Neapol- miasto pysznej pizzy!

Pomimo tego, iż z Neapolu wróciliśmy już jakiś czas temu, to nadal, czuje smak wspaniałej pizzy, aromatycznej kawy, czy nieziemskich lodów (i mam tu na myśli nie tylko doznania smakowe, ale również ich wielkość). To włoskie miasto kusi nie tylko smakami… Pewnie zastanawiacie się, co warto zobaczyć w Neapolu i czy zaledwie 3 dni wystarczą? W dzisiejszym wpisie znajdziecie odpowiedź na to pytanie oraz kilka praktycznych wskazówek, zatem zapraszam do lektury!

Po pierwsze dojazd – ponieważ mieszkam w Wielkopolsce – najwygodniej mi było wylecieć z Wrocławia. Bilety można, i to bez promocji, kupić za śmieszne pieniądze. Ja leciałam Rayanairem i za bilet, w obie strony, zapłaciłam zaledwie 110 zł. To była cena za tak zwaną „podstawę”, czyli podróż tylko z małym, podręcznym bagażem. Przyznam szczerze, że trochę się obawiałam, czy uda mi się spakować… Bo wiecie –  my kobiety, lubimy brać „dużo za dużo”. No ale dałam radę! A skoro ja dałam, to każdy z Was też da :).

Po Neapolu najlepiej poruszać się pieszo. Mieszkając w centrum jesteśmy w stanie dojść do wszystkich najważniejszych atrakcji turystycznych i najpyszniejszych restauracji (a wierzcie mi – jest ich tyle, że trudno się zdecydować, ponieważ wszystkie są pyszne :)). Natomiast, jeżeli zarezerwujecie nocleg na uboczu (tak jak my), to do samiuteńkiego centrum, bez problemu, możecie się dostać autobusem kursującym co 13 minut za 1,10 Euro.

Co robić w Neapolu? Przede wszystkim jeść i jeszcze raz jeść :-). Nigdzie nie znajdziecie i nie skosztujecie tak pysznej pizzy, jak w małych knajpkach Neapolu. To tutaj, pierwszy raz, skosztowałam pizzy smażonej na głębokim tłuszczu! Taka smażona pizza wygląda jak ogromny, pokrytymi pęcherzami pieróg calzone, wypełniony w środku farszem. Obawiałam się, że taki rarytas będzie ociekał tłuszczem i że moja wątroba może tego nie wytrzymać. Jednak nic bardziej mylnego  – lekkość tej potrawy (biorąc pod uwagę sposób przygotowania) pozytywnie mnie zaskoczyła. Była pysznaaaa! Knajpka, która serwuje wspaniałą smażoną pizze nazywa się Pizzeria De’Figliole i znajdziecie ją na ulicy Via Giudecca Vecchia, 39. Zresztą, równie pyszna jest tradycyjna odmiana neapolitańskiego przysmaku. Pizza w Neapolu ma nieregularny kształt, zazwyczaj jest trochę przypalona i prawie w całości pokryta pomidorowym sosem. Moim zdaniem to właśnie ten sos robi „całą robotę” – smakuje zupełnie inaczej niż ten serwowany w Polsce. Po prostu „niebo w gębie”. Będąc w Neapolu mogłabym przez cały czas jeść pizze i pić wspaniałe wino! Na szczęście, mój zdrowy rozsądek, w natarczywy sposób podpowiadał mi, że będąc w tak pięknym miejscu wypadałoby jednak coś zobaczyć ;-). Mając zaledwie 3 dni musiałam dokonać wyboru i z wiadomych względów pominąć kilka z atrakcji na rzecz innych, które moim zdaniem były absolutnie warte zobaczenia. Zresztą, nic straconego, bo do Neapolu jeszcze wrócę i wtedy, jak już odkleję się od pizzy, nadrobię wszystkie miejsca „must visit”.

Wezuwiusz i Herkulanum!

Wezuwiusz! Nie wyobrażam sobie być tak blisko i go nie zobaczyć – to przecież wciąż aktywny wulkan, który znajduje się zaledwie kilkanaście kilometrów od Neapolu! Wezuwiusz jest jedynym czynnym wulkanem na stałym lądzie Europy! A biorąc pod uwagę, że już kiedyś się zbuntował i wybuchł, niszcząc sławne Pompeje i nie tylko, to obcowanie i to bliskie, z tak potężnym i groźnym wytworem natury robi wrażenie. Ja do teraz mam ciarki na rękach, jak pomyśle sobie, co by było gdyby…  Pewnie się zastanawiacie, jak do niego dotrzeć i czy można się dostać na sam szczyt? Wystarczy na głównej stacji – Stazione di Napoli, na Piazza Garibaldi wsiąść do kolejki, która nazywa się Circumvesuviana. Obieramy trasę w kierunku Sorrento i wysiadamy na stacji Ercolano Scavi. Będąc już na miejscu, warto wybrać się również na zwiedzanie Herkulanum, które znajduje się dosłownie 10 minut spacerem od stacji kolejowej. Herkulanum – nie tak sławne i wielkie, jak Pompeje, ale to przecież drugie starożytne miasto zniszczone przez Wezuwiusza. Choć oba miasta zostały zniszczone podczas wybuchu wulkanu w 1979 roku, to Herkulanum jest tym miastem, które zachowało się w lepszym stanie (ponoć ze względu na błoto wulkaniczne, które pozwoliło zachować sporo konstrukcji, zarówno tych z kamienia, jak i z drewna). W Pompejach nie byłam, ale to co zobaczyłam w Herkulanum, w zupełności mi wystarczyło, żeby poczuć klimat tego miejsca. Podczas podróży, warto wybrać się przynajmniej do jednego z tych antycznych miast.

Wychodząc z Herkulanum zaczepił nas Włoch, który zaoferował nam „usługę pokazania wulkanu”, także kwestia tego, jak się dostaniemy na Wezuwiusza rozwiązała się sama :-). Pamiętajcie, aby w takich przypadkach dość mocno się targować, inaczej skończycie tak, jak  para Czechów, która zapłaciła dwa razy tyle co my! Samo wejście na Wezuwiusza to koszt 10 Euro.  Od podnóża na szczyt Wezuwiusza, tam gdzie znajduje się krater, jest kawałek drogi. Dostanie się na sam szczyt zajęło nam jakieś 20 minut. Jednak, przy kalkulowaniu czasu potrzebnego na zwiedzanie, warto dodać jeszcze obowiązkowe i częste postoje na zrobienie zdjęć. Widok z góry robi naprawdę piorunujące wrażenie, a wydobywające się z krateru gazy, przypominają nam, że Wezuwiusz, po którego głowie spacerujemy, tylko śpi i że lepiej go nie drażnić :).

Procida!

Procida to niewielka wyspa nieopodal Neapolu, na którą można dostać się promem. Koszt to 15 euro w jedną stronę. I choć wydaje się, że 30 euro za sam transport nie jest małym wydatkiem, to wierzcie mi, że warto! Klimat jaki panuje na tej maleńkiej wysepce jest nie do opisania. Dopiero tam, spacerując po tych wąskich uliczkach, poczułam się jak na wakacjach. Miałam wrażenie, że na wyspie czas jakby się zatrzymał! Nikt się tam nie spieszy, nie hałasuje… Pełen relaks! A widoki? Zapierają dech w piersiach! Zresztą zobaczcie sami!

Neapol: Stacja Metra Toledo!

Uważana za najbardziej spektakularną. Została wyróżniona przez Daily Telegraph jako najpiękniejsza i najbardziej imponująca stacja metra w Europie! Największe wrażenie robi chyba wychodzący na powierzchnie komin, sprawiający wrażenie błyszczącej gwiazdy. Mogłabym tam spędzić godziny… Niestety tłum pojawiających się co chwile ludzi utrudniał mi cieszenie się tym pięknym widokiem. Słyszałam również, że  inne stacje metra w Neapolu są równie imponujące… Będę musiała to koniecznie sprawdzić… oczywiście następnym razem :).

Galeria Umberto!

Galeria Umberto to nic innego, jak ogromna galeria handlowa (jej powierzchnia to ponad tysiąc metrów kwadratowych!). Spacerując po jej wnętrzu poczujecie się, jakbyście spacerowali po zakamarkach jakiegoś przepięknego pałacu, ale  zamiast komnat mamy sklepy, kawiarnie i biura. Galeria Umberto to niewątpliwie jeden z symboli Neapolu wyróżniająca się wspaniałą neorenesansową architekturą. Nawet, jeżeli nie planujecie zakupów, zajrzyjcie do niej – nacieszcie oczy, zróbcie kilka fotek, a później koniecznie skosztujcie pysznych i ogromnych lodów, które znajdziecie na Via Toledo, tuż na przeciwko wyjścia z galerii.

Pałac Królewski w Neapolu!

Palazzo Reale di Napoli to obiekt, który z zewnątrz wygląda, jak mnóstwo innych budynków w Neapolu, a wewnątrz – skrywa prawdziwe skarby. Wchodząc do Pałacu, nie wiedziałam, czego mogę się wewnątrz spodziewać. Obiekt przytłoczył mnie swoim bogactwem, pięknem i przepychem. Oprócz „tradycyjnych” komnat, znajdziemy tu ogromny hol (tak nawiasem mówiąc idealny do zdjęć :)), teatr  oraz kaplicę. Kupując bilet wstępu (4 euro) dostajemy słuchawki z audio przewodnikiem, który opowiada nam o zakamarkach tego miejsca. Z całego serca polecam! Nie będziecie zawiedzeni! Obok Pałacu Królewskiego znajduję się chyba najsłynniejsza kawiarnia Neapolu – Gambrinus! Wpadnijcie na Caffe alla nocciola a zrozumiecie fenomen tego miejsca :).

Kiedyś przeczytałam, że Neapol albo się kocha, albo nienawidzi – nie ma stanów pośrednich! Jak dla mnie – Neapol jest cudowny! I tak, jak pisałam na samym początku, na pewno jeszcze nie raz go odwiedzę. Jestem zachwycona nie tylko lokalną, przepyszną kuchnią, ale również gwarem zatłoczonych ulic i pięknem budowli, które robią piorunujące wrażenie.

A w mojej głowie, już są kolejne plany podróżnicze, o których na pewno tu przeczytacie :).

Continue Reading

Cozy Black & White!

Połączenie bieli i czerni to klasyka w najczystszym wydaniu. Co więcej, sprawdza się w każdej sytuacji, zarówno jeśli chodzi o spotkanie biznesowe, randkę czy spotkanie z przyjaciółką. Ja uwielbiam takie nieskomplikowane kolorystycznie zestawy. Kiedy to nie trzeba zastanawiać się, co do czego pasuję i czy barwny akcent w postaci torebki to nie będzie za dużo. Dzisiejszy zestaw jest propozycją roboczo nazwanego przeze mnie „cozy looku biznesowego”. Szpilki zastępujemy tutaj eleganckimi baletkami, a koszule i marynarkę oversizowym białym swetrem. Jest wygodnie, ale i elegancko. Gdybym pracowała w biurze, śmiało na codzień sięgałabym właśnie po takie zestawy. A Wy wolicie klasyczną elegancję czy jej wygodne wydanie? 🙂

Foto: Bartosz Skopiński

Spodnie, sweter, torebka- Promod

Buty- CCC

Continue Reading

Puchówka w roli głównej!

Puchówka to rzecz, którą bardzo długo omijałam szerokim łukiem, zupełnie nie wiedzieć czemu. Wydawała mi się zbyt szeroka, zbyt sportowa, zupełnie nie w moim stylu… bo przecież kurtka puchowa z założenia miała być okryciem wierzchnim alpinistów. Obecnie odkrywam ją na nowo. Od kiedy egzemplarz ten trafił do mojej szafy, zupełnie zmieniłam zdanie na temat puchówki. I wiecie co? Ona naprawdę pasuję do wszystkiego! Można z jej udziałem stworzyć typowo casualowe stylizację (jak ta, którą Wam dzisiaj prezentuję), ale i trochę bardziej zaszaleć. Zakładając ją do eleganckiego bądź glamour looku nadamy całości więcej nonszalancji! No bo przecież obecnie w modzie wszystkie chwyty są dozwolone. Zatem nie bójcie się eksperymentować! 🙂

Foto: Dorota Siemianów

Kurtka, bluza, kolczyki- Stradivarius

Spodnie, buty- Reserved

Torba- Bon Prix

Okulary- Komono (KLIK)

Szalik- H&M

 

Continue Reading

Los Angeles! City Break w Mieście Aniołów, czyli co zobaczyć w 1 dzień!

Zapraszam Was na kolejną podróż po Stanach. Tym razem skupimy się na tym co warto zwiedzić będąc w Mieście Aniołów. Los Angeles to ogromna metropolia, która co roku, z całego świata, przyciąga miliony turystów. Jeszcze przed wyjazdem do USA, postanowiłam sobie, że LA jest miastem, które koniecznie muszę zobaczyć! Z uwagi na mocno napięty plan podróży, w Los Angeles spędziłam zaledwie 1,5 dnia. To jednak wystarczyło, żeby postanowić, że do Miasta Aniołów jeszcze wrócę… Dziś chciałabym Wam pokazać, co warto zobaczyć mając tak, jak ja dość mocne ograniczenia czasowe! 🙂

1.  Studio Filmowe!

Być w LA i nie odwiedzić przynajmniej jednego ze studiów filmowych (a mamy ich do wyboru naprawdę sporo – Universal, Disney, Warner Bros. i wiele innych), to jak być w Polsce i nie napić się wódki. ^^ My, zdecydowałyśmy się na Warner Bros., co w dość krótkim czasie okazało się strzałem w dziesiątkę. Jako fanki takich produkcji jak „Przyjaciele”, „Harrego Potter’a”, czy „Batmana” byłyśmy zachwycone. Cena biletu początkowo powaliła nas na łopatki (63$), ale wierzcie mi, wejście do tego magicznego świata jest warte każdej złotówki… tfu każdego centa. 🙂 Polecam kupić bilet wstępu przez Internet, wtedy nie będziemy tracić czasu na oczekiwanie (ok. 2 godz.). Muszę podkreślić, że cena biletu zawiera zwiedzanie Warner Bros.’a z przewodnikiem, co jest niewątpliwym atutem – przewodnik świetnie przybliża perypetie różnych seriali i opowiada o tym,co działo się na planach poszczególnych produkcji. Do niewątpliwych atrakcji tego miejsca należy zwiedzanie „garażu”, a właściwie to ogromnego hangaru, z samochodami i innymi pojazdami użytymi w filmie „Batman”. Gdybym była fanką serialu „Big Bang Theory” pewnie równie mocno byłabym podekscytowana wizytą na faktycznym planie, gdzie kręcone są poszczególne odcinki (w piątek, zawsze przy udziale prawdziwej publiczności, a nie tak zwanego „śmiechu z puszki”). Jakież było moje zdumienie, gdy dowiedziałam się, że jeden odcinek kręci się od 3 do 5 godzin! A teraz mała podpowiedź dla fanów serialu – jeżeli chcecie pojawić się na planie – wystarczy, przez stronę internetową, zgłosić się i liczyć na to, że w planowanym terminie przyjazdu będzie jeszcze miejsce wśród publiczności. Kolejnym miejscem, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie – to pomieszczenie z rekwizytami i strojami z filmów „Wonder Woman” i „Harry Potter”. Jeśli chodzi o ten drugi, to możnabyło nawet przymierzyć prawdziwą „tiarę przydziału” i dowiedzieć się do jakiego domu byśmy trafili będąc częścią tego magicznego świata. Trochę abstrakcyjne, ale z drugiej strony ile przy tym było frajdy! ^^ Ostatnim już punktem zwiedzania studia Warner Bros. jest wizyta w interaktywnym hangarze, gdzie m.in. można polatać na miotle, poprowadzić Bat Mobile, czy sterować ruchami Zgredka. No i dla mnie, ogromnej fanki serialu „Przyjaciele”, punktem obowiązkowym było zdjęcie na słynnej kanapie z Central Perku.

2. Napis Hollywood!

Mało wyszukany, ale obowiązkowy punkt zwiedzania LA, czyli fotka z napisem „Hollywood”. Jestem pewna, że na starość nie raz mi się łezka w oku zakręci na jej widok. A tak na poważnie, to fajnie mieć taką pamiątkę i wcale nie przeszkadza mi fakt, że wszyscy odwiedzający Miasto Aniołów, zapewne mają podobną w swojej kolekcji. Jeśli chodzi o idealne miejsce na fotkę, to najciekawszy, moim zdaniem, punkt widokowy, znajduje się nieco powyżej przecięcia Coldwater Canyon i Mulholland Drive. Na pewno traficie – zatrzymuje się tam mnóstwo samochodów.

3. Rodeo Drive!

Rodeo Drive to chyba najsłynniejsza ulica w tym zaskakującym na każdym kroku mieście. Znajdują się tu luksusowe butiki i restauracje. Normalnemu człowiekowi, aż strach wejść do tych wychuchanych i ociekających przepychem i luksusem sklepów. Niemniej jednak, taki spacer po Rodeo Drive należy do całkiem przyjemnych. Można się poczuć, jak prawdziwa żona Hollywood, tylko bez milionów na koncie… No, ale przecież wszystko w swoim czasie! 😀 Dla osób kochających modę, podziwianie samych witryn sklepowych jest już niemałym przeżyciem. Panowie też nie powinni być zawiedzeni, bowiem znajdziemy tutaj chyba największą w Los Angeles kumulację drogich i sportowych samochodów. No i nie przejmujcie się, jeśli wyglądacie jak prawdziwi turyści, w trampkach i z aparatem fotograficznym na szyi. Na nasze szczęście takich jak my jest na Rodeo Drive całkiem sporo!

4. Long Beach!

Ostatni i oczywiście obowiązkowy punkt na naszej liście jednodniowego zwiedzania, to wizyta na Long Beach. Jak sama nazwa wskazuje –  Long Beach to długa plaża z białym piaskiem, ta sama, na której ponoć kręcili „Słoneczny Patrol” (chociaż po wizycie w studiu filmowym, nie jestem tego na 100% pewna ;)) Będąc na tej cudnej plaży, musiałam wskoczyć na jedną z ratowniczych budek, tak dobrze mi znanych z amerykańskiego serialu, a później i filmu o bohaterskich ratownikach. Tutaj panuje zupełnie „inny klimat” niż w centrum LA, czy chociażby na Rodeo Drive. Wszyscy są bardziej wyluzowani, uśmiechnięci, jakby zadowoleni z obecności wody. Przyznam Wam szczerze, że nie myślałam, że Long Beach aż tak przypadnie mi do gustu i bardzo żałuję, że nie miałam wystarczająco dużo czasu, żeby porządnie się nią przespacerować i nacieszyć widokiem.

Te 4 punkty, to moim subiektywnym zdaniem, minimum, które będąc w LA trzeba zobaczyć! Spokojnie, jeden dzień Wam w zupełności wystarczy. A jeśli, tak jak mi, spędzony w Mieście Aniołów czas tylko zaostrzy apetyt, to zawsze możecie tu wrócić po więcej… Ale o tym innym razem, przy okazji mojej kolejnej wizyty w Kalifornii… 🙂

 

Continue Reading

Postanowienia Noworoczne 2018!

Temat postanowień noworocznych jest u mnie wałkowany co roku… Co roku również obiecuję sobie, że w tych postanowieniach wytrwam. I pewnie nie trudno się domyślić, że z wytrwałością różnie to bywa… Po części dlatego, że z biegiem czasu zapominam, co też sobie w ramach „noworocznej euforii” obiecałam ^^, a po części dlatego, że gdzieś po drodze – brakuje mi motywacji. Ale w 2018 roku powiedziałam „basta”! Czas wreszcie dojrzeć i podejść odpowiedzialnie do realizacji wyznaczonych sobie celów; czas wreszcie spełnić postanowienia, które przecież mają sprawić, że moje życie będzie lepsze, pełniejsze… A ten wpis ma mi o tym nieustannie przypominać! Gotowi? No to zapraszam do lektury mojej listy postanowień noworocznych.

1. Przynajmniej raz w miesiącu gdzieś wyjechać!

Ten kto śledzi mojego instagrama wie, że nie ma drugiej takiej rzeczy, która sprawiałaby mi tyle radości i dawała tyle szczęścia co podróże. Wybierając się chociażby na weekendowy wyjazd wracam z maksymalnie naładowanymi akumulatorami, a pozytywną energią mogłabym zarazić co najmniej pół Leszna (a musicie wiedzieć, że nie jest to wcale takie małe miasto :)). Właśnie tak na mnie działa odkrywanie nowych miejsc, poznawanie nowych ludzi, zwyczajów i pysznej kuchni z różnych zakątków globu. W związku z powyższym – obiecałam sobie, że w tym roku będęco miesiąc, regularnie wyjeżdżać. Nie musi to być od razu kraniec świata, zadowoli mnie chociażby krótki weekend w Karpaczu, do którego mam całkiem blisko. Postanowienie póki co ma się świetnie. Bilety na koniec stycznia już zarezerwowane. A gdzie się wybieram? O tym na pewno niebawem tu przeczytacie! 🙂

2. Nieustannie się doskonalić!

W różnych dziedzinach. Chociaż myśląc o tym postanowieniu, głównie chodzi mi po głowie jedna rzecz – MAKIJAŻE. Pomimo tego, że w ciągu minionego roku zrobiłam niesamowity postęp, jeśli chodzi o sztukę makijażu, to bardzo chciałabym uczyć się więcej i więcej :). Wystarczy ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Na moją listę na rok 2018 obowiązkowo wpisałam udział w co najmniej dwóch kursach makijażu (oczywiście u moich ulubionych wizażystek). Dodatkowo, w ramach doskonalenia w domowym zaciszu, obiecałam sobie, że raz w tygodniu będę przygotowywać dla Was makijażową inspirację i będę ją wrzucać na instagram. Uważam, że jak do tej pory, całkiem nieźle mi wychodzi dotrzymywanie tego postanowienia. Zresztą zerknijcie sami –> KLIK 

3. Czytać!

Nie żebym mało czytała. Przeglądam przecież codziennie masę blogów, instagramowych profili, czy stron internetowych… ^^ Nie zmienia to jednak faktu, że strasznie brakuje mi tej dość oldschoolowej formy spędzania wolnego czasu, czyli czytania książek. Obiecałam sobie, że codziennie będę czytać chociażby 30 minut. Ktoś może powiedzieć – niby niewiele, ale jak to się zbierze w tygodnie, miesiące, a później podliczy rok to wyjdzie całkiem sporo – jakieś 160 godzin. Nieźle, prawda? Sama jestem też ciekawa ile książek uda mi się przeczytać, jeśli będę działać wg tego schematu…

4. Wspierać potrzebujących!

To chyba jedno z tych postanowień, za które najbardziej trzymam kciuki. Wierzę, że mój zapał dotyczący wspierania różnych akcji/aukcji charytatywnych nie zmaleje i że kończąc 2018 rok z dumą spojrzę na ten wpis, myśląc sobie „I did it!”. Postanowiłam sobie, że co miesiąc będę zasilać określoną sumą pieniędzy różne cele charytatywne. Na stronie „siepomaga.pl” można znaleźć mnóstwo tego typu próśb, a każda złotówka dla tych potrzebujących ma znaczenie! Dlatego, każdego z Was, chciałabym również gorąco zachęcić do tego typu działań. Jak to się kolokwialnie mówi „w kupie siła” , a ja wiem, że my Polacy, w dobrym celu potrafimy się pięknie jednoczyć, czego dowodem jest chociażby rekordowa zbiórka na WOŚP. Poza tym pamiętajcie, że dobro zawsze wraca ze zdwojoną siłą!

5. Skończyć remont domu!

Pewnie nie wszyscy z Was wiedzą, że od zeszłego roku mieszkam w swoich własnych „czterech kątach”. Dom, który sobie wymarzyłam, nadal jest w fazie remontu i urządzania. O ile można by było powiedzieć, że dół jest już prawie całkowicie skończony, o tyle góra –  wymaga jeszcze mnóstwa pracy. Wierzę jednak, że w tym roku uda się postawić przysłowiową „kropkę nad i” i wreszcie z dumą będę mogła powiedzieć „zrobiłam to”. Póki co, najbardziej doskwiera mi brak garderoby, która chyba nie tylko dla mnie, jest jedną z niezbędnych przedmiotów. Trzymajcie zatem kciuki, aby skończenie remontu było kwestią kilku najbliższych miesięcy.

6. Postawić na aktywność fizyczną!

Pod koniec 2017 roku złapałam jakiegoś treningowego doła. Mając do wyboru siłownie, czy wieczór z Netflixem i paczką popcornu, czy też chipsów, zawsze stawiałam na to drugie! Na efekty moich wyborów nie musiałam długo czekać… (odbiło się to oczywiście na mojej sylwetce). Ale, od tego tygodnia wreszcie powróciłam na właściwe tory i od poniedziałku zaliczyłam już 3 treningi!!! Oczywiście zamierzam do treningów podchodzić z głową – będę ćwiczyć regularnie, ale nie więcej niż 5 razy w tygodniu (tak, żeby znowu nie pojawiło się przetrenowanie i niechęć do sali treningowej). Dodatkowo, odstawiłam wszystkie smażone rzeczy i słone przekąski, a w to miejsce pojawiły się warzywa. O i tutaj przydadzą mi się niesamowite pokłady silnej woli, ale wierzę, że się uda! 🙂

7. Próbowanie nowych rzeczy!

Postanowienie, które tak naprawdę może przybierać różne formy (ze względu na to, że jest bardzo ogólne). Generalnie chodzi o to, żeby próbować czegoś, czego nigdy wcześniej nie robiłam, bo: albo się bałam, albo byłam zbyt leniwa, albo nie miałam ku temu okazji. Pierwszą z rzeczy, która przychodzi mi do głowy jest spróbowanie jazdy na snowboardzie. Na nartach jeżdzę od wielu, wielu lat i nie wywołują one u mnie już takiej ekscytacji jak kiedyś, dlatego z chęcią przerzucę się na coś nowego. W związku z tym przy najbliższej wizycie w górach wypożyczam dechę i próbuję. Jestem bardzo ciekawa, czy snowboard podbije moje serce równie mocno, jak kiedyś narty.

Kolejna rzecz, z tych których nigdy nie robiłam, to hybrydowy manicure w domowym zaciszu. Całkiem niedawno zaopatrzyłam się w zestaw startowy od Firmy NeoNail i już nie mogę się doczekać pierwszych efektów. Zatem koniec wymówek. Czas sprawdzić, czy faktycznie jest to takie łatwe, jak wszyscy mówią. Dodatkowo, nowa kolekcja Paris My Love, całkowicie skradła moje serce i dlatego, jako pierwsza, wyląduje na moich paznokciach.

Jeśli również chcecie zacząć swoją przygodę z hybrydą, to firma NeoNail przygotowała dla Was bardzo fajny konkurs, w którym do wygrania między innymi: tydzień metamorfoz z Ewą Chodakowską, zestaw biżuterii marki Lilou oraz Starter Set Premium od NeoNail. Aby wziąć w nim udział należy zrobić zakupy za minimum 50 zł, zachować paragon, wejść na stronę https://happynewyou.neonail.pl/ i odpowiedzieć na proste pytanie: „Jak dotrzymać swoich postanowień noworocznych”. Prawda, że łatwe? Zatem do dzieła!

8. Dbać o relacje z przyjaciółmi!

Ubiegły rok nauczył mnie, że jedną z najważniejszych rzeczy w życiu jest otaczanie się właściwymi, życzliwymi i ciepłymi ludźmi. Takimi, którzy ciągną nas w górę, a nie pchają w dół. Prawdziwymi przyjaciółmi, którzy życzą Ci dobrze, cieszą się z Twoich sukcesów, a nie takimi, którzy czerpią radość z naszych potknięć i porażek. Rok 2017 był dla mnie rokiem weryfikacji wielu znajomości. Teraz wiem, w jakie przyjaźnie warto wchodzić i w 2018 roku zamierzam pielęgnować te znajomości. Mogę nie widzieć się z kimś bardzo długo, bo na przykład dzieli nas sporo kilometrów, ale jeśli ta osoba jest na liście życzliwych mi osób, prawdziwych przyjaciół, to obiecuję, że zrobie wszystko aby ta znajomość nie uschła.

9. Cieszyć się życiem!

 Tak po prostu!

Continue Reading