Cukier Puder!

Dopiero co pokazywałam Wam na story przegląd nadchodzących trendów jeśli chodzi o kolory, a już wracam z propozycją looku na co dzień w odcieniach trendu o nazwie „cukier puder”. Tak słodko na blogu już dawno nie było. W kolorze różu jest zarówno oversizowy sweter jak i trapery, które mam nadzieję w tym roku założyłam pierwszy i ostatni raz. Wcale nie będzie mi żal, jeśli wiosna w końcu do nas przyjdzie, a ja schowam moją nową zdobycz do kartonu i wyjmę dopiero przy najbliższej okazji, czyli nie wcześniej jak za 7 miesięcy. 🙂 Ale wróćmy do „cukru pudru”! To oczywiście nic innego, jak rozbielony pastelowy róż. Fanki (jednorożców) świeżego, dziewczęcego looku będą zachwycone. Ja uwielbiam taki miejski luz, z nutką młodzieńczego uroku (bo przecież to właśnie jako młode damy pokochałyśmy ten kolor najbardziej. Nie pamiętam imprezy w przedszkolu, gdzie nie roiłoby się od księżniczek w różowych sukienkach :)) A Wy, lubicie takie cukierkowe stylizacje? Czy wolicie klasyczne odcienie?

Foto: Bartosz Skopiński

Sweter- H&M

Spodnie- Resrved

Buty- Wrangler

Zegarek- Cluse (KLIK)

Bransoletka- Paul Hewitt (Time & More)

Plecak- Guess

Kolczyki- Reserved

Continue Reading

Przedwiośnie!

Mamy wiosnę! Teoretycznie… bo w praktyce różnie to wygląda. Nie zmienia to faktu, że wielkimi krokami zbliża się okres skórzanych ramonesek, adidasów i (w moim przypadku) powrotu zwiewnych sukienek i spódniczek. Tak już mam, że na czas zimy moja kobieca natura, podobnie jak niektóre zwierzęta, zapada w zimowy sen, by na nowo obudzić się na wiosnę. Dzisiaj mam dla Was pierwszy w tym roku look, którym próbuję już na dobre przywołać cieplejsze dni. Skórzana ramoneska i zwiewna, tiulowa spódniczka to moje nowe zdobycze, w których jestem zakochana. Czuję się w nich kobieco, ale wygodnie bo wystarczy szpilki zamienić na cięższe botki i mamy fajny rockowy look. Do tego moje ulubione okulary i mogę śmiało ruszać na miasto szukając pierwszych oznak mojej ulubionej pory roku. A Wy, czujecie już wiosnę? 🙂

Foto: Dorota Siemianów

Ramoneska, spódniczka, szpilki- Top Secret

Chusta- Stradivarius

Zegarek- Cluse (KLIK)

Okulary- Komono od Freshbrands

Torebka- Mohito

Continue Reading

Dolina Śmierci w Kalifornii! Zachwycająco-przerażająca!

Dolina Śmierci w Kalifornii to miejsce tak zachwycające, że aż trudno mi je opisać słowami… Żeby ten post miał jakikolwiek sens, bo ileż można używać „ochów” i „achów” postanowiłam skupić się na zdjęciach. Myślę, że one najlepiej oddadzą panujący tam „klimat”.  Moim skromnym zdaniem, będzie to przepiękna foto-opowieść do tego jakże magicznego miejsca. Przespacerujemy się pustynnymi wydmami, staniemy na szczycie krateru i obejrzymy „paletę artysty”.

Zanim jednak przejdziemy do zdjęć, przyda się kilka informacji praktycznych, szczególnie jeśli myślicie, żeby w niedalekiej przyszłości odwiedzić to miejsce.

Death Valley to jedno z NAJgorętszych, NAJsuchszych i NAJniżej położonych miejsc na świecie. To najgorętsze miejsce w całych Stanach (w lipcu 1913 roku padł tam rekord temperatury – meteorolodzy z Furnace Creek zaobserwowali na termometrach 56,7 st. C). Uff jak gorąco, prawda?… Nie potrafię sobie nawet wyobrazić tak wysokiej temperatury…  Wierzcie mi na słowo – złowieszcza w Dolinie Śmierci jest nie tylko nazwa, czy temperatura, również niektóre krajobrazy przyprawiają o ciarki.

-> Absolutnie odradzam podróż do Death Valley latem, temperatury w dzień przekraczają tam 40 stopni Celsjusza, a i w nocy często nie spadają poniżej 30 stopni,

-> Pamiętajcie, że wjazd na teren Doliny Śmierci jest płatny. To, że (poza sezonem) stoi tam tylko automat z biletami, którego nikt nie pilnuje, nie oznacza, że można pominąć uiszczenie opłaty. Nie ma szlabanów, ani ochrony, a i tak wszyscy się zatrzymują i grzecznie podchodzą do „biletomatu”, aby opłacić wjazd. Płatność tylko kartą! Cena to 20$  – bilet uprawnia do wjazdu na teren parku przez 7 dni,

-> Na terenie Doliny Śmierci można spędzić noc – znajduje się tam kilka miejsc przeznaczonych na campingi. Jak to wygląda w praktyce, niestety nie wiem, bo my wybrałyśmy opcje z noclegiem w zajeździe na obrzeżach parku narodowego,

-> Wysokie ceny noclegów w sezonie powalają z nóg! Cena za dobę w samej Dolinie może sięgać od 100 do nawet 200 dolarów, dlatego opcja „poza sezonem” i „poza Doliną” jest wariantem optymalnym,

-> Koniecznie pamiętajcie, żeby przed wjazdem zatankować auto! Wjeżdżając na teren Doliny Śmierci trzeba mieć przynajmniej połowę baku, bo choć stacja benzynowa jest (jedna!), to paliwo tam jest dużo droższe. Spore odległości między poszczególnymi atrakcjami też nie ułatwiają sytuacji. A widząc opadającą wskazówkę poziomu paliwa można się nieźle zestresować,

-> Wybierając się do Doliny Śmierci w sezonie, kiedy temperatury sięgają 30-40 stopni, koniecznie trzeba zaopatrzyć się nie tylko w wodę, ale również w nakrycie głowy. Pamiętajcie, że w wielu miejscach, niestety, nie ma gdzie się schować przed lejącym się z nieba żarem. Krem z filtrem i co najmniej 2 litry wody to niezbędne minimum!

Co można zobaczyć w Dolinie Śmierci?

Zabriskie Point!

Było to pierwsze miejsce, z przepięknym punktem widokowym, które było nam dane podziwiać. Pofalowane formacje skalne robią piorunujące wrażenie i stojąc tam, pośrodku tych wyrzeźbionych skamieniałych fal, w głowie pojawia się jedno pytanie: czy to wszystko naprawdę stworzyła natura? Krajobraz rodem z dobrego filmu science-fiction zapada w głowie na długo.  Pamiętajcie – wjeżdżając do parku od strony drogi 127, będzie to pierwsze miejsce na mapie, którego nie można pominąć! Zabriskie Point podbiło  moje serce na tyle, że inne atrakcje Doliny wydały mi się jakby „mniejsze”.

Golden Canyon!

Złoty Kanion już samą nazwą przyciąga. Niestety, po Zabriskie Point nie zrobił już na mnie aż tak wielkiego wrażenia jak powinien. Szkoda… Myślę również, że gdyby to od niego zacząć zwiedzanie, to odczucia jakie mi towarzyszyły spacerując po tym miejscu byłyby zupełnie inne. Bo miejsce niewątpliwie ma swój urok. Zresztą zobaczcie sami.

Devil Golf Course!

Diabelskie Pole Golfowe to nic innego jak zbita sól, która w połączeniu z gliną i ziemią utworzyła niesamowity księżycowy krajobraz. Mówi się, że miejsce to jest tak nierówne i nieobliczalne w swojej fakturze, że tylko diabeł odważyłby się tutaj zagrać w golfa. Jak dla mnie bomba!  Trzeba byłoby mi tylko dać kij golfowy, a udowodniłabym, że śmiałków poza czortem jest więcej :). Myślę, że jedyne co było „diabelskie”, to droga, którą trzeba było pokonać, żeby dostać się na to księżycowo-diabelskie odludzie. Odcinek, który miał około kilometra, pokonałam w jakieś pół godziny!!! modląc się, żeby po drodze nie zgubić podwozia, albo, nie daj Boże, nie przebić opony. Ale wierzcie mi, warto było stawić temu czoła! Z pewnością jest to tańsza opcja „wycieczki na księżyc”, a widoki podobne! 😉

Artist’s Palette!

Jak przystało na prawdziwą paletę artysty to najbardziej „kolorowe” miejsce w całej Dolinie Śmierci. Choć biorąc pod uwagę jej szaro-brunatny krajobraz, to o to miano wcale nie jest trudno. Wystarczy odrobina koloru i już mamy odstępstwo od tej monochromatycznej normy, które śmiało można nazwać barwną atrakcją parku. Koloru tak naprawdę jest niewiele, ale już sama droga wiodąca do „Palety Artysty” robi wrażenie. Bardzo żałuję, że nie udało mi uwiecznić tej trasy na zdjęciach. Bezpieczeństwo wzięło jednak górę i zamiast robić fotki skupiłam się na prowadzeniu auta. Pamiętajcie, że jadąc do „Artist’s Palette” i widząc po drodze coś interesującego – warto się zatrzymać, bo niestety droga powrotna wytyczona została inną trasą, a piękne widoki i możliwość uwiecznienia ich na zdjęciach przejdzie Wam koło nosa.

Badwater!

Zła woda, to moje najmniej ulubione miejsce w Dolinie Śmierci. Straszne tłumy, niewidoczne w innych punktach widokowych, tutaj skutecznie utrudniały zrobienie chociażby jednego dobrego zdjęcia. Biorąc jednak pod uwagę wyjątkowość tego miejsca – zatrważające ilości turystów nie powinny mnie dziwić. Badwater – to najbardziej „depresyjne” miejsce, czyli najniżej położony punkt kontynentu. Chcecie dokładne liczby? Proszę bardzo: 85,5 m p.p.m.. Prawda, że działa na wyobraźnie? Woda tutaj jest tak słona, że nie jest zdatna do picia. Latem, przy wysokich temperaturach – wysycha, pozostawiając ogromne, białe połacie soli.

Mesquite Sand Dunes!

Ruchome wydmy w Dolinie Śmierci to kolejny obowiązkowy punkt programu. I chociaż nie różnią się zbytnio od tych w Łebie, to wyrastając nagle pośrodku surowego i raczej skalnego krajobrazu, prezentują się naprawdę okazale. Najpiękniej ponoć wyglądają tuż przed wschodem lub zachodem Słońca, kiedy mienią się w różnych odcieniach złota. My Mesquite Sand Dunes podziwiałyśmy za dnia. Może i kolory nie były tak spektakularne, ale szansa na spotkanie węża zdecydowanie mniejsza. Jak trafić na wydmy? Wystarczy jechać jedną i jedyną asfaltową trasą w Dolinie Śmierci, drogą nr 190. Widać je już z drogi – żółte, piaszczyste 30-metrowe wydmy wyrastają pomiędzy Pogrzebowymi Górami.

Krater Ubehebe!

Krater Ubehebe to drugie miejsce po Zabriskie Point, gdzie z zachwytu oniemiałam. Jeśli śledzicie mnie na instagramie, to zapewne pamiętacie, jak po raz dziesiąty powtarzałam na story: WOW!!! Niestety, nic więcej nie byłam w stanie wydukać, a stojąc na szczycie krateru czułam ogrom otaczającego mnie świata. Co ciekawe nazwa Ubehebe często jest błędnie tłumaczona jako „duży kosz w skale”.  Kosza to nie przypomina, ale duże i głębokie (na 600 metrów) jest na pewno :). Żeby zobaczyć krater z góry, trzeba się trochę namęczyć. Na śmiałków czeka dość strome podejście, ale widoki wynagradzają trudy wchodzenia.

Dolina Śmierci to miejsce tak fascynujące, że jeden dzień to zdecydowanie za mało, żeby wszystko na spokojnie zobaczyć. My musiałyśmy ominąć takie punkty widokowe jak The Racetrack czy Scotty’s Castle czego nie mogę odżałować. Warto, planując wycieczkę w tamte rejony, zarezerwować sobie przynajmniej dwa dni! Ja obiecałam sobie, że do Death Valley jeszcze wrócę, być może z noclegiem na campingu i nadrobię braki, zwiedzając pominięte atrakcje. 

Continue Reading

Neapol- miasto pysznej pizzy!

Pomimo tego, iż z Neapolu wróciliśmy już jakiś czas temu, to nadal, czuje smak wspaniałej pizzy, aromatycznej kawy, czy nieziemskich lodów (i mam tu na myśli nie tylko doznania smakowe, ale również ich wielkość). To włoskie miasto kusi nie tylko smakami… Pewnie zastanawiacie się, co warto zobaczyć w Neapolu i czy zaledwie 3 dni wystarczą? W dzisiejszym wpisie znajdziecie odpowiedź na to pytanie oraz kilka praktycznych wskazówek, zatem zapraszam do lektury!

Po pierwsze dojazd – ponieważ mieszkam w Wielkopolsce – najwygodniej mi było wylecieć z Wrocławia. Bilety można, i to bez promocji, kupić za śmieszne pieniądze. Ja leciałam Rayanairem i za bilet, w obie strony, zapłaciłam zaledwie 110 zł. To była cena za tak zwaną „podstawę”, czyli podróż tylko z małym, podręcznym bagażem. Przyznam szczerze, że trochę się obawiałam, czy uda mi się spakować… Bo wiecie –  my kobiety, lubimy brać „dużo za dużo”. No ale dałam radę! A skoro ja dałam, to każdy z Was też da :).

Po Neapolu najlepiej poruszać się pieszo. Mieszkając w centrum jesteśmy w stanie dojść do wszystkich najważniejszych atrakcji turystycznych i najpyszniejszych restauracji (a wierzcie mi – jest ich tyle, że trudno się zdecydować, ponieważ wszystkie są pyszne :)). Natomiast, jeżeli zarezerwujecie nocleg na uboczu (tak jak my), to do samiuteńkiego centrum, bez problemu, możecie się dostać autobusem kursującym co 13 minut za 1,10 Euro.

Co robić w Neapolu? Przede wszystkim jeść i jeszcze raz jeść :-). Nigdzie nie znajdziecie i nie skosztujecie tak pysznej pizzy, jak w małych knajpkach Neapolu. To tutaj, pierwszy raz, skosztowałam pizzy smażonej na głębokim tłuszczu! Taka smażona pizza wygląda jak ogromny, pokrytymi pęcherzami pieróg calzone, wypełniony w środku farszem. Obawiałam się, że taki rarytas będzie ociekał tłuszczem i że moja wątroba może tego nie wytrzymać. Jednak nic bardziej mylnego  – lekkość tej potrawy (biorąc pod uwagę sposób przygotowania) pozytywnie mnie zaskoczyła. Była pysznaaaa! Knajpka, która serwuje wspaniałą smażoną pizze nazywa się Pizzeria De’Figliole i znajdziecie ją na ulicy Via Giudecca Vecchia, 39. Zresztą, równie pyszna jest tradycyjna odmiana neapolitańskiego przysmaku. Pizza w Neapolu ma nieregularny kształt, zazwyczaj jest trochę przypalona i prawie w całości pokryta pomidorowym sosem. Moim zdaniem to właśnie ten sos robi „całą robotę” – smakuje zupełnie inaczej niż ten serwowany w Polsce. Po prostu „niebo w gębie”. Będąc w Neapolu mogłabym przez cały czas jeść pizze i pić wspaniałe wino! Na szczęście, mój zdrowy rozsądek, w natarczywy sposób podpowiadał mi, że będąc w tak pięknym miejscu wypadałoby jednak coś zobaczyć ;-). Mając zaledwie 3 dni musiałam dokonać wyboru i z wiadomych względów pominąć kilka z atrakcji na rzecz innych, które moim zdaniem były absolutnie warte zobaczenia. Zresztą, nic straconego, bo do Neapolu jeszcze wrócę i wtedy, jak już odkleję się od pizzy, nadrobię wszystkie miejsca „must visit”.

Wezuwiusz i Herkulanum!

Wezuwiusz! Nie wyobrażam sobie być tak blisko i go nie zobaczyć – to przecież wciąż aktywny wulkan, który znajduje się zaledwie kilkanaście kilometrów od Neapolu! Wezuwiusz jest jedynym czynnym wulkanem na stałym lądzie Europy! A biorąc pod uwagę, że już kiedyś się zbuntował i wybuchł, niszcząc sławne Pompeje i nie tylko, to obcowanie i to bliskie, z tak potężnym i groźnym wytworem natury robi wrażenie. Ja do teraz mam ciarki na rękach, jak pomyśle sobie, co by było gdyby…  Pewnie się zastanawiacie, jak do niego dotrzeć i czy można się dostać na sam szczyt? Wystarczy na głównej stacji – Stazione di Napoli, na Piazza Garibaldi wsiąść do kolejki, która nazywa się Circumvesuviana. Obieramy trasę w kierunku Sorrento i wysiadamy na stacji Ercolano Scavi. Będąc już na miejscu, warto wybrać się również na zwiedzanie Herkulanum, które znajduje się dosłownie 10 minut spacerem od stacji kolejowej. Herkulanum – nie tak sławne i wielkie, jak Pompeje, ale to przecież drugie starożytne miasto zniszczone przez Wezuwiusza. Choć oba miasta zostały zniszczone podczas wybuchu wulkanu w 1979 roku, to Herkulanum jest tym miastem, które zachowało się w lepszym stanie (ponoć ze względu na błoto wulkaniczne, które pozwoliło zachować sporo konstrukcji, zarówno tych z kamienia, jak i z drewna). W Pompejach nie byłam, ale to co zobaczyłam w Herkulanum, w zupełności mi wystarczyło, żeby poczuć klimat tego miejsca. Podczas podróży, warto wybrać się przynajmniej do jednego z tych antycznych miast.

Wychodząc z Herkulanum zaczepił nas Włoch, który zaoferował nam „usługę pokazania wulkanu”, także kwestia tego, jak się dostaniemy na Wezuwiusza rozwiązała się sama :-). Pamiętajcie, aby w takich przypadkach dość mocno się targować, inaczej skończycie tak, jak  para Czechów, która zapłaciła dwa razy tyle co my! Samo wejście na Wezuwiusza to koszt 10 Euro.  Od podnóża na szczyt Wezuwiusza, tam gdzie znajduje się krater, jest kawałek drogi. Dostanie się na sam szczyt zajęło nam jakieś 20 minut. Jednak, przy kalkulowaniu czasu potrzebnego na zwiedzanie, warto dodać jeszcze obowiązkowe i częste postoje na zrobienie zdjęć. Widok z góry robi naprawdę piorunujące wrażenie, a wydobywające się z krateru gazy, przypominają nam, że Wezuwiusz, po którego głowie spacerujemy, tylko śpi i że lepiej go nie drażnić :).

Procida!

Procida to niewielka wyspa nieopodal Neapolu, na którą można dostać się promem. Koszt to 15 euro w jedną stronę. I choć wydaje się, że 30 euro za sam transport nie jest małym wydatkiem, to wierzcie mi, że warto! Klimat jaki panuje na tej maleńkiej wysepce jest nie do opisania. Dopiero tam, spacerując po tych wąskich uliczkach, poczułam się jak na wakacjach. Miałam wrażenie, że na wyspie czas jakby się zatrzymał! Nikt się tam nie spieszy, nie hałasuje… Pełen relaks! A widoki? Zapierają dech w piersiach! Zresztą zobaczcie sami!

Neapol: Stacja Metra Toledo!

Uważana za najbardziej spektakularną. Została wyróżniona przez Daily Telegraph jako najpiękniejsza i najbardziej imponująca stacja metra w Europie! Największe wrażenie robi chyba wychodzący na powierzchnie komin, sprawiający wrażenie błyszczącej gwiazdy. Mogłabym tam spędzić godziny… Niestety tłum pojawiających się co chwile ludzi utrudniał mi cieszenie się tym pięknym widokiem. Słyszałam również, że  inne stacje metra w Neapolu są równie imponujące… Będę musiała to koniecznie sprawdzić… oczywiście następnym razem :).

Galeria Umberto!

Galeria Umberto to nic innego, jak ogromna galeria handlowa (jej powierzchnia to ponad tysiąc metrów kwadratowych!). Spacerując po jej wnętrzu poczujecie się, jakbyście spacerowali po zakamarkach jakiegoś przepięknego pałacu, ale  zamiast komnat mamy sklepy, kawiarnie i biura. Galeria Umberto to niewątpliwie jeden z symboli Neapolu wyróżniająca się wspaniałą neorenesansową architekturą. Nawet, jeżeli nie planujecie zakupów, zajrzyjcie do niej – nacieszcie oczy, zróbcie kilka fotek, a później koniecznie skosztujcie pysznych i ogromnych lodów, które znajdziecie na Via Toledo, tuż na przeciwko wyjścia z galerii.

Pałac Królewski w Neapolu!

Palazzo Reale di Napoli to obiekt, który z zewnątrz wygląda, jak mnóstwo innych budynków w Neapolu, a wewnątrz – skrywa prawdziwe skarby. Wchodząc do Pałacu, nie wiedziałam, czego mogę się wewnątrz spodziewać. Obiekt przytłoczył mnie swoim bogactwem, pięknem i przepychem. Oprócz „tradycyjnych” komnat, znajdziemy tu ogromny hol (tak nawiasem mówiąc idealny do zdjęć :)), teatr  oraz kaplicę. Kupując bilet wstępu (4 euro) dostajemy słuchawki z audio przewodnikiem, który opowiada nam o zakamarkach tego miejsca. Z całego serca polecam! Nie będziecie zawiedzeni! Obok Pałacu Królewskiego znajduję się chyba najsłynniejsza kawiarnia Neapolu – Gambrinus! Wpadnijcie na Caffe alla nocciola a zrozumiecie fenomen tego miejsca :).

Kiedyś przeczytałam, że Neapol albo się kocha, albo nienawidzi – nie ma stanów pośrednich! Jak dla mnie – Neapol jest cudowny! I tak, jak pisałam na samym początku, na pewno jeszcze nie raz go odwiedzę. Jestem zachwycona nie tylko lokalną, przepyszną kuchnią, ale również gwarem zatłoczonych ulic i pięknem budowli, które robią piorunujące wrażenie.

A w mojej głowie, już są kolejne plany podróżnicze, o których na pewno tu przeczytacie :).

Continue Reading

Cozy Black & White!

Połączenie bieli i czerni to klasyka w najczystszym wydaniu. Co więcej, sprawdza się w każdej sytuacji, zarówno jeśli chodzi o spotkanie biznesowe, randkę czy spotkanie z przyjaciółką. Ja uwielbiam takie nieskomplikowane kolorystycznie zestawy. Kiedy to nie trzeba zastanawiać się, co do czego pasuję i czy barwny akcent w postaci torebki to nie będzie za dużo. Dzisiejszy zestaw jest propozycją roboczo nazwanego przeze mnie „cozy looku biznesowego”. Szpilki zastępujemy tutaj eleganckimi baletkami, a koszule i marynarkę oversizowym białym swetrem. Jest wygodnie, ale i elegancko. Gdybym pracowała w biurze, śmiało na codzień sięgałabym właśnie po takie zestawy. A Wy wolicie klasyczną elegancję czy jej wygodne wydanie? 🙂

Foto: Bartosz Skopiński

Spodnie, sweter, torebka- Promod

Buty- CCC

Continue Reading