Polka Dot!

Hej Kochani! Dzisiaj chcę Wam pokazać jak za pomocą soczystych dodatków, można odświeżyć klasyczną, wydawać by się mogło, stylizację, tak by nabrała wakacyjnego klimatu. Do koszuli w grochy (które są jednym z najgorętszych trendów sezonu) dobrałam białe jeansy lekko rozszerzane u dołu. I gdyby tak zostało, mimo strzępień przy nogawkach,  śmiało można by nazwać tę stylizację- klasykiem. Pamiętajcie jednak, że klasyki mają  to do siebie, że lubią być przełamywane fajnymi dodatkami! 😉 Także, czując już lato w powietrzu, postawiłam na soczyste akcesoria, które od razu pojawiły się w mojej głowie przy komponowaniu tego zestawu. Fuksja pięknie uzupełnia i ożywia całość, a my zamiast nudnego outfitu, mamy fajną wakacyjną stylizację.

A Wy na jakie kolory stawiacie latem? Miłego wieczoru i do następnego! :*

Foto: Dorota Siemianów

Bluzka- H&M

Spodnie- Zara

Buty- Stradivarius

Torebka- Victoria’s Secret

Zegarek- Rosefield

 

Continue Reading

(Not) a classic white shirt!

Cześć wszystkim! Dzisiaj mam dla Was niby klasyczną (na pierwszy rzut oka) czarno-białą stylizację! Nic bardziej mylnego! Koszula, obecnie moja ulubiona, dzięki swoim rękawom jest naprawdę niezwykła i pięknie prezentuję się zarówno do eleganckich spódniczek jak i jeasnów boyfriendów. Uważam, że każdy w swojej szafie powinien mieć takie ubraniowe „perełki. Egzemplarze, które bez względu na to z czym je zestawimy wyglądają dobrze! 😉

Mam wrażenie, że trochę się spóźniłam z tą stylziacją…bo dobrze sprawdziłaby się na maturze, kiedy musimy wyglądać elegancko, ale chcemy również pozostać modnym! Nic straconego… Przed nami (a przynajmniej przed niekótrymi z Was) wciąż zakończenie roku szkolnego. Można się śmiało inspirować! 🙂 Życzę Wam cudownego weekendu i do następnego! :*

Foto: Dorota Siemianów

Koszula- Reserved

Spódnica, szpilki, choker – Orsay

Kopertówka- Primark

Continue Reading

Kosmetyczni Ulubieńcy Maja 2017!

Hej wszystkim! Tym razem szczególnie ciepło witam na blogu panie, bo jestem świadoma, że mężczyznom ten post raczej słabo przypadnie do gustu. Chociaż, kto wie… ?!w Korei ponoć, płeć brzydsza równie mocno interesuję się nowinkami kosmetycznymi co kobiety! Dlatego nikogo nie dyskryminując witam raz jeszcze wszystkich zainteresowanych tematyką „beauty”. Jedno jest pewne! Mamy już prawie połowę czerwca, a tutaj nie pojawili się jeszcze ulubieńcy maja! :O Trochę jestem w szoku, tym bardziej,  że w minionym miesiącu trochę tych produktów, co skradły moje serce, było. Zatem aby więcej nie igrać z czasem, który leci jak szalony zapraszam na wpis! Jeśli jesteście ciekawi moich kosmetycznych hitów maja- czytajcie dalej!

L’Oreal- Brown Artist Genius Kit

Na początek „przedstawiam” Wam produkt, który od jakiegoś czasu jest punktem „must do” mojego porannego rytuału makijażowego. Niestety nie wiem, jaki jest dokładny numer, czy też kolor mojego zestawu do brwi, a to dlatego, że po naklejce z tą informacją zostało tylko puste pole. Jedno jest pewne, kolor idealnie pasuje blondynkom. Nie jest ani za ciemny, ani za jasny- po prostu idealny. Dodam jeszcze, że wcześniej moja rutyna związana z brwiami zaczynała i kończyła się na pomalowaniu ich cieniem. Tutaj w zestawie mamy 2 produkty i 3 kroki do wykonania. Najpierw za pomocą skośnego pędzelka (który też dołączony jest do zestawu) przeciągamy brwi woskiem (to ten po lewej stronie) w celu przygładzenia wszystkich niesfornych włosków. Następnie przy pomocy tego samego pędzelka używając cienia (po prawej) rysujemy kształt jaki chcemy nadać naszym łukom brwiowym, po czym wypełniamy środek. No i na końcu pozostaje nam jeszcze przejechać, pięknie już wyglądające brwi, szczoteczką, którą również znajdziemy w tym secie. Czego więcej trzeba? Mi osobiście absolutnie niczego, dlatego Brown Artist Genius Kit stał się moim długofalowym ulubieńcem. Cena? Moim zdaniem bardzo w porządku, bo za taki pełnowymiarowy zestaw na ezebra.pl zapłacimy niecałe 30 zł. Żebyście nie musieli szukać–> TUTAJ podsyłam link do sklepu! 🙂

Rozświetlacz Dr Irena Eris- Sun Shimmer

Kolejny produkt z kategorii „beauty” o którym muszę wspomnieć to rozświetlacz od Pani Irki, a właściwie Dr Ireny Eris. Rozświetlacz nie tylko pięknie prezentuję się na toaletce, ale nadaje naszej cerze cudownie rozświetlony wygląd. Wydaje mi się, że bosko będzie wyglądał na muśniętej słońcem buzi podkreślając naszą opaleniznę. Efekt rozświetlenia nie jest tak mocny, jak na przykład w przypadku Mary Lou Manizer z firmy The Balm. Dlatego osoby, które w makijażu stosują zasadę make-up – nomake-up pokochają ten produkt. Ja kocham go też za obłędny zapach. Pierwszy raz spotkałam się z produktem rozświetlającym, który również pachnie! Rozświetlacz jest obecnie w promocji w Douglasie i można go kupić z 30%rabatem płacąc tylko 45 zł –> KLIK!

Peeling- Skin79

Kolejną rzeczą, z którą bardzo się polubiłam w maju jest peeling w żelu koreańskiej fitmy Skin 79, ale spokojnie można go też kupić na polskich stronach (na końcu opisu podeślę Wam link ;)) Jest to bardzo delikatny produkt, nie powodujący podrażnień, przynajmniej z mojego punktu widzenia, a warto tutaj dodać, że moja skóra jest bardzo wybredna i jak tylko coś jej nie pasuję to złości się niemiłosiernie, dając upust tej złości w postaci wyprysków, które niczym grzyby po deszczu zaczynają wychodzić na mojej buzi. Tutaj- nic takiego nie nastąpiło. Buzia po peelingu staję się gładka i promienna. Mimo delikatnego działania, peeling „robi robotę” czyli ściera martwy naskórek, przygotowując cerę do nałożenia innych produktów. Peeling znajdziecie zarówno w sklepach internetowych typu ekobieca.pl jak i Rossmannie, a regularna cena to około 49 zł. Ja, specjalnie dla Was przeszukałam pół internetu i znalazłam peeling w promocyjnej cenie –> KLIK 🙂

Max Factor- Lipfinity Lip Colour

Ostatni już produkt, który namiętnie eksploatowałam w maju to podwójna pomadka do ust z firmy Max Factor. Jest to produkt idealny dla wszystkich fanek trwałych pomadek. Trzyma się cały dzień, a do tego nie wysusza ust. Wszytko dzięki wazelinie dołączonej do pomadki(to ta druga tubka). Niech Was nie odstraszy to, że po nałożeniu warstwy koloru usta się kleją, na taką lepką bazę, nakładamy odrobinę wazeliny, którą znajdziecie w czarnym opakowaniu. Matowy efekt pojawia się dopiero po jakimś czasie, gdy wazelina nam się zetrze. Jest to produkt z którym naprawdę się polubiłam, a kolor 160, który posiadam jest tak naturalny, że pasuje niemal do wszystkiego.

No i na koniec, mam jeszcze jedną perełkę o której nie sposób nie wspomnieć w przypadku beauty ulubieńców. Mowa o wyszukiwarce salonów kosmetycznych Mójsalon.eu . Jest to świetne narzędzie, moim zdaniem niezbędne nam kobietom w tych zabieganych czasach. Kliknij –> TUTAJ a sama zobaczysz ile możliwości daje strona. Znajdziecie tu informacje na temat usług i cen salonów kosmetycznych bądź fryzjerskich z Waszego miasta, ale nie tylko. Wielkim plusem portalu są również opinie klientów, z którymi warto się zapoznać, jeśli chcemy trafić do fajnego, profesjonalnego miejsca. I to wszystko w jednym miejscu!!! Polecam!

A Wy, jakie produkty z kategorii beauty polubiliście w maju? Jak zwykle czekam na Wasze komentarze! Koniecznie dajcie znać czy stosowałyście, któryś z polecanych przeze mnie produktów. A może znacie portal Mójsalon.eu? Buziaki i do następnego!

Continue Reading

Kratka Vichy nie tylko na wybiegu!

Cześć wszystkim!

Dzisiaj chciałabym Wam pokazać stylizację, w której główną rolę gra kratka vichy (to jej ładniejsza nazwa, bo potocznie nazywana bywa  „kratką stołówkową” :)). Wielu osobom ten wzór kojarzy się głównie z kuchennym obrusem, czy o zgrozo z ceratą z czasów komunistycznych! Ja nie mam kulinarnych skojarzeń. Dla mnie kratka vichy to typowy wzór, który przez lata pojawiał się na męskich koszulach.  Nie wiem, czy kojarzcie kratkę vichy i kreacje Bridgette Bardot… To ona, jako pierwsza i chyba ostatnia, wybrała ten wzór na swoją kreację ślubną. Cóż to był za skandal! Na tamte czasy była to, delikatnie mówiąc, ekstrawagancja, a jej suknia ślubna w kratkę koloru różowego, w świecie mody, wywołała nie lada burzę.

Dziś kratka vichy z obrusów, męskich koszul i wybiegów ponownie  powraca do łask, a codzienny look z jej wykorzystaniem  wygląda nie tylko stylowo, ale też casualowo. Mi bardzo przypadło do gustu proste zestawienie typu: kratka vichy, zwykły biały t-shirt, jeansowa kurtka i tenisówki. Przyznam się Wam szczerze, że trochę inspirowałam się lookiem jednej z moich ulubionych blogerek Reni (jej wersję stylizacji znajdziecie TUTAJ :))

A jak jest u Was? Lubicie kratkę Vichy? Pojawia się w Waszych stylizacjach? Czy może wolicie jej konkurencję czyli marynarskie paski? Koniecznie dajcie znać w komentarzach!

Foto: Dorota Siemianów

Spódniczka- House (ten model znajdziecie TUTAJ)

T-shirt- House

Trampki- Sporting Leszno

Torebka- F&F

Jeansowa kurtka- No name (przyiweziona z Indii ;))

 

Continue Reading

sLOVEnia czyli miłość od pierwszego wejrzenia!

Cześć wszystkim!

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o maleńkim państewku, mającym zaledwie 20 273 km kwadratowych powierzchni i około 2 mln ludności – Słowenii (dla porównania, Wielkopolska ma 29 826 km2!). Ale nie o liczbach jest ten wpis, bo nie od dziś przecież wiadomo, że rozmiar, kiedy przychodzi co do czego, nie ma znaczenia 😉 Powiem Wam szczerze, że Słowenia, przy pierwszej i jestem pewna, nie ostatniej wizycie –  powaliła mnie na kolana :).

Z ręką na sercu mogę przysiąść, że Słowenia jest jednym z najpiękniejszych europejskich państw! Co więcej, wskaźnik indeksu szczęścia i długość życia mieszkańców są tam bardzo wysokie, ale to nikogo kto był na Słowenii, nie powinno akurat dziwić. Skąd to się bierze? Z moich obserwacji wynika, że z permanentnej potrzeby ruchu. Słoweńcy kochają sport i widać to na każdym kroku. Sport uprawiają dosłownie wszyscy, z tym, że starsi mieszkańcy w pewnym momencie przerzucają się z biegania na spacery po górach.

Do Słowenii wybraliśmy się samochodem, co przy 4 podróżujących osobach okazało się najbardziej ekonomiczną opcją. Paliwo plus winiety uczyniły nas około 350 zł od osoby. Wybierając się w podróż samochodem pamiętajcie, żeby zaopatrzyć się w dobrą nawigację (ta w telefonie, po przekroczeniu granicy, niestety przestaje działać!). Kiedyś pół dnia błądziłam po Pradze samochedem, zapominając o isteniu GPS i  będąc przekonana, że bez problemu trafię do celu. Guzik prawda!  Nie zapominajcie, że odpowiednią aplikację, która działa również w trybie offline,  można ściągnąć na smartfona. Jedno jest pewne – odpowiedni sprzęt na pewno zaoszczędzi nam sporo nerwów, czasu i dodatkowych kilometrów :).

Jeśli chodzi o noclegi to niestety nie wiem jak to się kształtuje cenowo. Mam to szczęście, że w Słowenii mieszka moja przyjaciółka, która przejeżdżając kiedyś przez ten maleńki kraj, tak go pokochała, że postanowiła tam zamieszkać! Jak mam być szczera, to wcale jej się nie dziwie i gdybym tylko nie miała w Polsce wspaniałej pracy, hipoteki i kilku marzeń do zrealizowania, to być może też zapuściłabym tam korzenie…

Czas chyba przejść do atrakcji, czyli tego co Słownia ma nam do zaoferowania:

  • na pierwszym miejscu postawiłabym na „naturę” – zrobiła na mnie największe wrażenie. Naturę widać tutaj na każdym kroku, nawet siedząc na balkonie masz to szczeście upajać się pięknymi widokami, a otaczające Cie z każdej strony góry zapierają dech w piersiach. Fani rozbójnika Rumcajsa też będą zadowoleni, bo aż 50% kraju stanowią lasy. Podczas naszego 4-dniowego pobytu odwiedziliśmy dwie „górki” – Jošt i Golice :). Wdrapanie się na tą pierwszy zajęło nam jakąś godzinę. I choć sapaniu i narzekaniu nie było końca (wszak człowiek mieszkający na nizinach nie jest przyzwyczajony do takich ekstremalnych ekscesów… haha), to przepiękny widok  zrekompensował nam cały trud i sprawił, że nabraliśmy ochoty na więcej. Nazajutrz postanowiliśmy wspiąć się na Golice. To rozłożysta góra nad Jesenicami, której osobliwością są kwitnące w drugiej połowie maja narcyzy białe. I choć, podczas naszego pobytu, narcyzy jeszcze się na dobre „nie rozhulały”, to i tak było warto (widoki były nieziemskie); 
  • następna obowiązkowa atrakcja to jezioro Bled. To właśnie tam, znajduje się najstarszy hotel (Hotel Golf powstał w 1937 roku). Piękne jezioro, z jeszcze piękniejszym widokiem i z dużym sercem umiejscowionym na pomoście (przy którym wszyscy turyści robią sobie pamiątkowe zdjęcia), okazało się też idealną miejscówką na zaręczyny. Spokojnie, nie moje, a moich przyjaciół! 😉 Mam nadzieję Asiu, że był to jeden z najcudowniejszych dni w Twoim życiu… Ja, z naszego wypadu nad Bled oprócz mile spędzonego czasu ze wspaniałymi przyjaciółmi, zapamiętam też grilla, którego, jak się poźniej okazało, wcale nie mieliśmy prawa w tym miejscu robić…
  • jeśli natomiast wypoczynek dla Was oznacza plażę, słońce i leżenie plackiem, to spokojnie – Słowenia też ma taką opcję do zaoferowania. Ze stolicy kraju – Lublany, jakąś godzinę zajmie droga samochodem nad morze. A stamtąd „rzut beretem” jest już do Chorwacji, którą pewnie kojarzycie z pięknych widoków i skalistych plaż. My zdecydowaliśmy się pozostać w Słowenii, bo po co jechać do Chorwacji, skoro w nadmorskim Piranie jest równie pięknie? I choć dostępu do morza Słowenia ma niewiele i mieszkańcy nawet sobie z tego żartują, że aby romantyczny spacer wzdłuż słoweńskiego wybrzeża trwał wystarczająco długo, trzeba zawracać przynajmniej 10 razy – to zapewniam Was, że aby to sprawdzić, należy tam pojechać ;-).

Pamiętajcie, że jeżeli wybieracie się do Piranu w sezonie, to warto zaparkować samochód w pobliskiej miejscowości Portorož (nazwa  dosłownie oznacza „Port Róż” i faktycznie zachwyca roślinnością). Warto też przejść się nadmorskim bulwarem do Piranu. My, mimo iż byliśmy poza sezonem, również wybraliśmy tę opcję, bo nie ma chyba nic przyjemniejszego niż spacer brzegiem morza. Podczas takich wypraw można nieźle naładować akumulatorki. Morska bryza, lekki wiatr i miasteczko, do którego zmierzaliśmy, a które było widać gdzieś w oddali sprawiły, że można by było tak iść i iść… zapominając o Bożym świecie.

A jak już wreszcie dotrzecie do Piranu to „przepadniecie”. Jestem pewna, że zakochacie się w tych kolorowych kamieniczkach, wąskich uliczkach i porcie, który pełen jest prywatnych jachtów. To właśnie tutaj odbyła się sesja z tego wpisu (KLIK).

To były 4 fantastyczne dni, spędzone zarówno na aktywnym wypoczynku, jak również leniuchowaniu. Z całego serca chciałąbym podziękować mojej przyjaciółce – Agnieszce ,  która dołożyła wszelkich starań, aby ten wyjazd był dla nas niezapomniany. Jestem na 100% pewna, że do Słowenii wrócę i to nie jeden raz i mam cichą nadzieję, że nastąpi to szybciej, niż myślę.

Continue Reading