Bogini Boho!

Wyjazd na Coachelle jest jednym z moich największych marzeń! Banalne? Być może… Ale dla kogoś kochającego podróże i muzykę, to jak połączenie dwóch świąt. Jeśli nie wiecie o czym mówię (piszę) to teraz wyobraźcie sobie, że Boże Narodzenie wypada w Wasze urodziny (wiem, że są tacy szczęściarze, ja jednak do nich nie należę), mamy więc podwójny powód do świętowania. 🙂 Wracając jednak do Coachelli, to jestem zwolenniczką wizualizacji swoich pragnień, marzeń, bo uważam, że w ten sposób się je po prostu przyciąga (więcej na ten temat w książkach „Potęga Podświadomości” i „Sekret”). Idąc więc tropem wizualizacji postanowiłam zacząć od stworzenia outfitu, który by idealnie  wpasował się w festiwalowy klimat. I tak odkryłam nową markę na polskim rynku odzieżowym- Bohogini. Dziewczyny z teamu Bohogini tworzą świetne, trochę odjechane jak na polskie warunki, ale piękne dzwony. Wierzcie mi, że ubierając te spodnie nikt nie przejdzie obok Was obojętnie. Taki element garderoby jest na tyle krzykliwy, że tak naprawdę na górę możecie zarzucić nawet zwykły biały t-shirt, a i tak otrzymacie efekt wow. Ja postawiłam na  oversizową jeansową kurtkę i krótki czarny top! Jak Wam się podoba? Wystąpiłybyście w tym stroju na którymś z letnich festiwali?

Foto: Bartosz Skopiński

Spodnie – Bohogini (KLIK)

Kurtka- Stradivarius

Buty- Softclox (KLIK)

Zegarek- Zemge ze sklepu Watchzone (KLIK)

Kolczyki- Stradivarius

Okulary- Komono

Continue Reading

Brazylijski sposób na pielęgnację włosów!

Dziś przeczytacie kilka słów o lecie i… o włosach. Nie wiem, czy warto kłamać, że wiosna minęła równie szybko jak się pojawiła, bo właściwie wcale jej było. Czy ubolewam? Trochę tak… wiosna to dla mnie coś więcej niż tylko pora roku. Wiosną często wszystko ma swój początek :), więc ciężko mi zbudzić się z zimowego snu i od razu zaaklimatyzować  w środku lata. Na takie przystosowanie nie mają również czasu nasze czupryny, które nagle wychodząc spod czapki, narażone są na silne promienie słoneczne, co jak wiadomo może je wysuszać. Jak więc pielęgnować nasze włosy, aby były zdrowe, nawilżone, mocne i zawsze wyglądały pięknie? Mnie pomogła seria kosmetyków do włosów marki g-synergie Brazilian Keratin. Odkąd używam jej do codziennej pielęgnacji głowy, za każdym razem czuję się wyjątkowo i to właśnie dzięki moim włosom, bo są jednym z głównych czynników (zaraz po makijażu oczywiście!), które powodują, że czuję się pięknie.

Moje włosy myję (prawie) codziennie, codziennie też używam suszarki i prostownicy. Przy wyborze szamponu,  odżywki i olejków zwracam więc uwagę na to aby nie obciążały mojego blond cuda. Przyznaję szczerze, że po kilku nietrafionych wyborach wreszcie odetchnęłam z ulgą, gdyż z pomocą przyszła mi marka g-synergie.

Szampon zwiększający objętość

Przede wszystkim nie zawiera SLS, a zawarte w nim naturalne białka keratyny odbudowują strukturę włosów.  Producent obiecuje, że produkt potrafi zamknąć łuskę, poprawić kondycję i zwiększyć połysk włosów. Faktycznie po tygodniu stosowania szamponu w asyście serum lub odżywki (nigdy nie stosuję podwójnego obciążania, więc jeśli po umyciu chwycę za odżywkę, to nie nakładam na włosy olejku i odwrotnie) moje włosy pięknie się błyszczą i nie jest to efekt przetłuszczenia. Co ważniejsze, kosmetyk ten nie zawiera soli i jest idealny dla osób, które zafundowały sobie keratynowe prostowanie włosów. Dla mnie bomba!

Odżywka zwiększająca objętość

Tak jak mówiłam, nie dubluję pielęgnacji odżywką i olejkiem. Jednak moje włosy trzeba przyznać, nie są w złej kondycji, nie mam większych problemów z ich nawilżeniem. Tak jak szampon, odżywka zawiera naturalne białka keratyny i odbudowuje strukturę włosów. Również jest zalecana dla osób, które keratynowo prostowały włosy. Przyznam szczerze, że ze wszystkich kosmetyków do włosów, odżywki zajmują u mnie ostatnio miejsca w klasyfikacji. Zdecydowanie wolę olejowanie.

Dlatego też serum intensywnie nawilżające to mój zdecydowany faworyt tej serii! Pomimo,  że moje włosy są zdrowe, to jednak zawsze po umyciu mam spory problem z ich rozczesaniem. Bardzo nie lubię tego etapu i choćbym zaopatrzyła się w miliona różnych szczotek i grzebieni, problem zawsze jest. Stop. Problem zawsze był, dopóki nie nałożyłam na wilgotne włosy kilku kropel serum marki g-synergie. Nagle moje włosy udało się rozczesać za jednym pociągnięciem pierwszym lepszym grzebieniem. Producent obiecuje, że serum wzmacnia mieszki włosowe i łamliwe końcówki. O tym więcej będę mogła powiedzieć po dłuższym stosowaniu produktu, ale czuję, że to mój strzał w dziesiątkę! Muszę tu jeszcze wspomnieć o zapachu, który utrzymywał się na włosach do końca dnia i co jakiś czas dyskretnie o sobie przypominał.

Ostatnim produktem z tej serii jest intensywnie nawilżająca maska do włosów. Tak jak wszystkie wyżej wymienione produkty, maska również nie zawiera SLS. Ma za zadanie naprawić uszkodzone, zniszczone przez zabiegi fryzjerskie włosy. W moim przypadku będzie to farbowanie, a odkąd wróciłam do koloru blond, tym bardziej staram się raz w tygodniu zafundować moim włosom takie SPA. Poprawa elastyczności i podatności na układanie zauważona już po pierwszym użyciu mówi sama za siebie. Maskę trzymałam na głowie około 15 minut (producent zaleca trzymać ją od 10 do 25 minut), później dokładnie spłukałam produkt letnią wodą. Fryzurę ułożyłam błyskawicznie bez specjalnej udręki.

Trudno jest pisać tak jednoznaczne opinie, ale jestem przekonana, że jeśli wypróbujecie te kosmetyki, to ciężko będzie Wam wrócić do typowych drogeryjnych, komercyjnych produktów.  Ja zakochałam się w tej pachnącej Brazylią serii i wiem, że długo musiałabym szukać zamienników, które spełnią moje oczekiwania. Fakt, że nie oszczędzam swoich włosów od teraz już nie spędza mi aż tak bardzo snu z powiek.

Continue Reading

Cukier Puder!

Dopiero co pokazywałam Wam na story przegląd nadchodzących trendów jeśli chodzi o kolory, a już wracam z propozycją looku na co dzień w odcieniach trendu o nazwie „cukier puder”. Tak słodko na blogu już dawno nie było. W kolorze różu jest zarówno oversizowy sweter jak i trapery, które mam nadzieję w tym roku założyłam pierwszy i ostatni raz. Wcale nie będzie mi żal, jeśli wiosna w końcu do nas przyjdzie, a ja schowam moją nową zdobycz do kartonu i wyjmę dopiero przy najbliższej okazji, czyli nie wcześniej jak za 7 miesięcy. 🙂 Ale wróćmy do „cukru pudru”! To oczywiście nic innego, jak rozbielony pastelowy róż. Fanki (jednorożców) świeżego, dziewczęcego looku będą zachwycone. Ja uwielbiam taki miejski luz, z nutką młodzieńczego uroku (bo przecież to właśnie jako młode damy pokochałyśmy ten kolor najbardziej. Nie pamiętam imprezy w przedszkolu, gdzie nie roiłoby się od księżniczek w różowych sukienkach :)) A Wy, lubicie takie cukierkowe stylizacje? Czy wolicie klasyczne odcienie?

Foto: Bartosz Skopiński

Sweter- H&M

Spodnie- Resrved

Buty- Wrangler

Zegarek- Cluse (KLIK)

Bransoletka- Paul Hewitt (Time & More)

Plecak- Guess

Kolczyki- Reserved

Continue Reading

Przedwiośnie!

Mamy wiosnę! Teoretycznie… bo w praktyce różnie to wygląda. Nie zmienia to faktu, że wielkimi krokami zbliża się okres skórzanych ramonesek, adidasów i (w moim przypadku) powrotu zwiewnych sukienek i spódniczek. Tak już mam, że na czas zimy moja kobieca natura, podobnie jak niektóre zwierzęta, zapada w zimowy sen, by na nowo obudzić się na wiosnę. Dzisiaj mam dla Was pierwszy w tym roku look, którym próbuję już na dobre przywołać cieplejsze dni. Skórzana ramoneska i zwiewna, tiulowa spódniczka to moje nowe zdobycze, w których jestem zakochana. Czuję się w nich kobieco, ale wygodnie bo wystarczy szpilki zamienić na cięższe botki i mamy fajny rockowy look. Do tego moje ulubione okulary i mogę śmiało ruszać na miasto szukając pierwszych oznak mojej ulubionej pory roku. A Wy, czujecie już wiosnę? 🙂

Foto: Dorota Siemianów

Ramoneska, spódniczka, szpilki- Top Secret

Chusta- Stradivarius

Zegarek- Cluse (KLIK)

Okulary- Komono od Freshbrands

Torebka- Mohito

Continue Reading

Dolina Śmierci w Kalifornii! Zachwycająco-przerażająca!

Dolina Śmierci w Kalifornii to miejsce tak zachwycające, że aż trudno mi je opisać słowami… Żeby ten post miał jakikolwiek sens, bo ileż można używać „ochów” i „achów” postanowiłam skupić się na zdjęciach. Myślę, że one najlepiej oddadzą panujący tam „klimat”.  Moim skromnym zdaniem, będzie to przepiękna foto-opowieść do tego jakże magicznego miejsca. Przespacerujemy się pustynnymi wydmami, staniemy na szczycie krateru i obejrzymy „paletę artysty”.

Zanim jednak przejdziemy do zdjęć, przyda się kilka informacji praktycznych, szczególnie jeśli myślicie, żeby w niedalekiej przyszłości odwiedzić to miejsce.

Death Valley to jedno z NAJgorętszych, NAJsuchszych i NAJniżej położonych miejsc na świecie. To najgorętsze miejsce w całych Stanach (w lipcu 1913 roku padł tam rekord temperatury – meteorolodzy z Furnace Creek zaobserwowali na termometrach 56,7 st. C). Uff jak gorąco, prawda?… Nie potrafię sobie nawet wyobrazić tak wysokiej temperatury…  Wierzcie mi na słowo – złowieszcza w Dolinie Śmierci jest nie tylko nazwa, czy temperatura, również niektóre krajobrazy przyprawiają o ciarki.

-> Absolutnie odradzam podróż do Death Valley latem, temperatury w dzień przekraczają tam 40 stopni Celsjusza, a i w nocy często nie spadają poniżej 30 stopni,

-> Pamiętajcie, że wjazd na teren Doliny Śmierci jest płatny. To, że (poza sezonem) stoi tam tylko automat z biletami, którego nikt nie pilnuje, nie oznacza, że można pominąć uiszczenie opłaty. Nie ma szlabanów, ani ochrony, a i tak wszyscy się zatrzymują i grzecznie podchodzą do „biletomatu”, aby opłacić wjazd. Płatność tylko kartą! Cena to 20$  – bilet uprawnia do wjazdu na teren parku przez 7 dni,

-> Na terenie Doliny Śmierci można spędzić noc – znajduje się tam kilka miejsc przeznaczonych na campingi. Jak to wygląda w praktyce, niestety nie wiem, bo my wybrałyśmy opcje z noclegiem w zajeździe na obrzeżach parku narodowego,

-> Wysokie ceny noclegów w sezonie powalają z nóg! Cena za dobę w samej Dolinie może sięgać od 100 do nawet 200 dolarów, dlatego opcja „poza sezonem” i „poza Doliną” jest wariantem optymalnym,

-> Koniecznie pamiętajcie, żeby przed wjazdem zatankować auto! Wjeżdżając na teren Doliny Śmierci trzeba mieć przynajmniej połowę baku, bo choć stacja benzynowa jest (jedna!), to paliwo tam jest dużo droższe. Spore odległości między poszczególnymi atrakcjami też nie ułatwiają sytuacji. A widząc opadającą wskazówkę poziomu paliwa można się nieźle zestresować,

-> Wybierając się do Doliny Śmierci w sezonie, kiedy temperatury sięgają 30-40 stopni, koniecznie trzeba zaopatrzyć się nie tylko w wodę, ale również w nakrycie głowy. Pamiętajcie, że w wielu miejscach, niestety, nie ma gdzie się schować przed lejącym się z nieba żarem. Krem z filtrem i co najmniej 2 litry wody to niezbędne minimum!

Co można zobaczyć w Dolinie Śmierci?

Zabriskie Point!

Było to pierwsze miejsce, z przepięknym punktem widokowym, które było nam dane podziwiać. Pofalowane formacje skalne robią piorunujące wrażenie i stojąc tam, pośrodku tych wyrzeźbionych skamieniałych fal, w głowie pojawia się jedno pytanie: czy to wszystko naprawdę stworzyła natura? Krajobraz rodem z dobrego filmu science-fiction zapada w głowie na długo.  Pamiętajcie – wjeżdżając do parku od strony drogi 127, będzie to pierwsze miejsce na mapie, którego nie można pominąć! Zabriskie Point podbiło  moje serce na tyle, że inne atrakcje Doliny wydały mi się jakby „mniejsze”.

Golden Canyon!

Złoty Kanion już samą nazwą przyciąga. Niestety, po Zabriskie Point nie zrobił już na mnie aż tak wielkiego wrażenia jak powinien. Szkoda… Myślę również, że gdyby to od niego zacząć zwiedzanie, to odczucia jakie mi towarzyszyły spacerując po tym miejscu byłyby zupełnie inne. Bo miejsce niewątpliwie ma swój urok. Zresztą zobaczcie sami.

Devil Golf Course!

Diabelskie Pole Golfowe to nic innego jak zbita sól, która w połączeniu z gliną i ziemią utworzyła niesamowity księżycowy krajobraz. Mówi się, że miejsce to jest tak nierówne i nieobliczalne w swojej fakturze, że tylko diabeł odważyłby się tutaj zagrać w golfa. Jak dla mnie bomba!  Trzeba byłoby mi tylko dać kij golfowy, a udowodniłabym, że śmiałków poza czortem jest więcej :). Myślę, że jedyne co było „diabelskie”, to droga, którą trzeba było pokonać, żeby dostać się na to księżycowo-diabelskie odludzie. Odcinek, który miał około kilometra, pokonałam w jakieś pół godziny!!! modląc się, żeby po drodze nie zgubić podwozia, albo, nie daj Boże, nie przebić opony. Ale wierzcie mi, warto było stawić temu czoła! Z pewnością jest to tańsza opcja „wycieczki na księżyc”, a widoki podobne! 😉

Artist’s Palette!

Jak przystało na prawdziwą paletę artysty to najbardziej „kolorowe” miejsce w całej Dolinie Śmierci. Choć biorąc pod uwagę jej szaro-brunatny krajobraz, to o to miano wcale nie jest trudno. Wystarczy odrobina koloru i już mamy odstępstwo od tej monochromatycznej normy, które śmiało można nazwać barwną atrakcją parku. Koloru tak naprawdę jest niewiele, ale już sama droga wiodąca do „Palety Artysty” robi wrażenie. Bardzo żałuję, że nie udało mi uwiecznić tej trasy na zdjęciach. Bezpieczeństwo wzięło jednak górę i zamiast robić fotki skupiłam się na prowadzeniu auta. Pamiętajcie, że jadąc do „Artist’s Palette” i widząc po drodze coś interesującego – warto się zatrzymać, bo niestety droga powrotna wytyczona została inną trasą, a piękne widoki i możliwość uwiecznienia ich na zdjęciach przejdzie Wam koło nosa.

Badwater!

Zła woda, to moje najmniej ulubione miejsce w Dolinie Śmierci. Straszne tłumy, niewidoczne w innych punktach widokowych, tutaj skutecznie utrudniały zrobienie chociażby jednego dobrego zdjęcia. Biorąc jednak pod uwagę wyjątkowość tego miejsca – zatrważające ilości turystów nie powinny mnie dziwić. Badwater – to najbardziej „depresyjne” miejsce, czyli najniżej położony punkt kontynentu. Chcecie dokładne liczby? Proszę bardzo: 85,5 m p.p.m.. Prawda, że działa na wyobraźnie? Woda tutaj jest tak słona, że nie jest zdatna do picia. Latem, przy wysokich temperaturach – wysycha, pozostawiając ogromne, białe połacie soli.

Mesquite Sand Dunes!

Ruchome wydmy w Dolinie Śmierci to kolejny obowiązkowy punkt programu. I chociaż nie różnią się zbytnio od tych w Łebie, to wyrastając nagle pośrodku surowego i raczej skalnego krajobrazu, prezentują się naprawdę okazale. Najpiękniej ponoć wyglądają tuż przed wschodem lub zachodem Słońca, kiedy mienią się w różnych odcieniach złota. My Mesquite Sand Dunes podziwiałyśmy za dnia. Może i kolory nie były tak spektakularne, ale szansa na spotkanie węża zdecydowanie mniejsza. Jak trafić na wydmy? Wystarczy jechać jedną i jedyną asfaltową trasą w Dolinie Śmierci, drogą nr 190. Widać je już z drogi – żółte, piaszczyste 30-metrowe wydmy wyrastają pomiędzy Pogrzebowymi Górami.

Krater Ubehebe!

Krater Ubehebe to drugie miejsce po Zabriskie Point, gdzie z zachwytu oniemiałam. Jeśli śledzicie mnie na instagramie, to zapewne pamiętacie, jak po raz dziesiąty powtarzałam na story: WOW!!! Niestety, nic więcej nie byłam w stanie wydukać, a stojąc na szczycie krateru czułam ogrom otaczającego mnie świata. Co ciekawe nazwa Ubehebe często jest błędnie tłumaczona jako „duży kosz w skale”.  Kosza to nie przypomina, ale duże i głębokie (na 600 metrów) jest na pewno :). Żeby zobaczyć krater z góry, trzeba się trochę namęczyć. Na śmiałków czeka dość strome podejście, ale widoki wynagradzają trudy wchodzenia.

Dolina Śmierci to miejsce tak fascynujące, że jeden dzień to zdecydowanie za mało, żeby wszystko na spokojnie zobaczyć. My musiałyśmy ominąć takie punkty widokowe jak The Racetrack czy Scotty’s Castle czego nie mogę odżałować. Warto, planując wycieczkę w tamte rejony, zarezerwować sobie przynajmniej dwa dni! Ja obiecałam sobie, że do Death Valley jeszcze wrócę, być może z noclegiem na campingu i nadrobię braki, zwiedzając pominięte atrakcje. 

Continue Reading