Gray Jumpsuit!

Hej Kochani! Dzisiaj mam dla Was casualową, bardzo wygodną, ale zarazem modną stylizację. Ramoneska w pastelowym kolorze jest absolutnym „must-have” sezonu. W sieciówkach znaleźć można te modne kurtki we wszystkich kolorach tęczy, ale najwięcej  jest chyba tych w odcieniach różu. Ja również zdecydowałam się na wersję różową, ale zamiast „cukierkowego”, „słodkiego” odcienia wybrałam wersję „przybrudzoną”. Od kiedy ramoneska trafiła do mojej szafy, non-stop po nią sięgam, ponieważ pasuje zarówno do zwiewnych sukienek (o czym się jeszcze przekonacie przy okazji kolejnego wpisu z Włoch), jak i casualowych stylizacji. Dzisiaj, w połączeniu z dresowym kombinezonem, okazała się idealną opcją na weekend :). Tym razem, szpilki zastąpiłam trampkami, ale jakże eleganckimi, bo w kolorze „rose gold”. Na żywo prezentują się jeszcze piękniej.

A Wy, z czym łączycie ramoneski i czy macie już w swojej szafie tą w odcieniu pudrowym?

Jak zwykle z niecierpliwością czekam na Wasze komentarze! Buziaki i do następnego!

Foto: Dorota Siemianów

Kombinezon- Reserved

Buty- Reserved

Ramoneska- Medicine

Choker- Orsay

Okulary- Mohito

Torebka- Parfois

Continue Reading

Catch the moment!

Hej Kochani! Dzisiaj trochę powrotu do dzieciństwa, które zawsze wywołuje uśmiech na mojej twarzy…  Ale od razu uspakajam, nie będziemy się tutaj bawić w Benjamina Buttona 🙂 a jedynie przenosić do przeszłości za pomocą swoistego rodzaju wehikułu czasu, czyli albumu ze zdjęciami. Dzięki mojej mamie, każdy rok z mojego dzieciństwa jest dokładnie udokumentowany w postaci wydrukowanych zdjęć, które poukładane są w kolejności chronologicznej w dziesiątkach albumów. To ona, z ogromną dbałością pilnowała, żeby nic mi z tych najwcześniejszych chwil nie umknęło. Otwierając album ze zdjęciami, za każdym razem, zapominam o „Bożym świecie” i przenoszę się do czasów bez komórek, komputerów i innych bajerów. Wiem, powiecie, że teraz jest prościej, łatwiej, że zdjęcia możemy zapisać na dysku, albo w telefonie… Ale sami sobie odpowiedzcie, czy siedzenie przed ekranem komputera i oglądanie zdjęć w „jpgach” ma ten sam urok i klimat, co otwieranie albumu i przerzucanie kolejnych stron? Nie wiem, może to ja jestem dziwna, ale przeglądanie fotografii na tego typu urządzeniach mnie osobiście nie kręci! Bardzo się ucieszyłam, że wspólnie z Saal Digital (KLIK) mogłam stworzyć swoją pierwszą, osobistą foto-książkę. Ktoś może powiedzieć, że foto-książka to przecież nie to samo, co album ze zdjęciami… Czyżby? Jak dla mnie, to nowocześniejsza wersja właśnie dawnych albumów. Samemu można zaprojektować okładkę i umieścić na niej opis nakierowujący na to, jakich zdjęć możemy spodziewać się w środku…  Sztywne strony zabezpieczają przed ewentualnym zniszczeniem i dają bardzo dużo frajdy (przewracanie ich jest zdecydowanie bardziej ekscytujące niż scrollowanie myszką). I wreszcie – pięknie oprawioną foto-książkę można podarować w prezencie, albo postawić na półce i sięgnąć po nią w każdej chwili, kiedy najdzie nas ochota na wspomnienia. Wyobrażacie sobie, że dajecie komuś w prezencie, albo stawiacie na półce pendrive’a z fotami? Trochę słabe, prawda?! 🙂

A jak zaprojektować taką foto-książkę?

Najpierw trzeba zainstalować na swoim komputerze program. Jeśli na słowa „komputer”, „zainstalować” i „program” włos się Wam na głowie zjeżył, to od razu uspokajam – jest to dziecinnie proste, a cały proces przebiega bardzo sprawnie. Następnie, zanim zdecydujemy, jakie zdjęcia chcemy umieścić w naszej foto-książce, musimy podjąć jeszcze kilka ważnych decyzji – odnośnie formatu, rodzaju okładki, ilości oraz rodzaju stron (do wyboru mamy błyszczące oraz matowe). Fajne jest również to, że w programie, do wyboru, są już gotowe układy, które można wykorzystać do komponowania własnych kolaży. Ja w swojej foto-książce zdecydowałam się na uwiecznienie kilku chwil z moich podróży (stanowią dla mnie bardzo ważną część mojego życia i chętnie do nich wracam).

I tym sposobem powstał mój pierwszy „Travel Diary”! 😉 Co do tytułu nie miałam wątpliwości; napis mógł być w sumie po polsku, ale tutaj odezwało się chyba moje zboczenie zawodowe i wykształcenie filologa ;). Przyznam się, że dużą trudność stanowiło dla mnie wybranie kilkunastu odpowiednich zdjęć, ponieważ  mam ich tysiące (mój dysk już się powoli buntuje i ciągle przypomina, że za chwilę zabraknie mu miejsca :-))… i to chyba kolejny argument za tym, żeby wybrane zdjęcia archiwizować w postacie książek, a nie folderów. Swoje kolaże opatrzyłam też cytatami oraz datą, kiedy dana podróż miała miejsce.

Przekopanie się przez tysiące zdjęć było nie lada wyzwaniem… Ale ostatecznie dałam radę i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jestem zachwycona ostatecznym efektem! <3

Zwróćcie też uwagę na jakość zdjęć, które zamierzacie wydrukować. Co prawda, program podpowiada nam, czy dana fotka jest w rozdzielczości dopuszczalnej do poprawnego wydruku, jednakże nie zważając na ostrzeżenia i dodając zdjęcia słabej jakości, sami strzelamy sobie w kolano – wszystkie błędy niestety będą widoczne.

I na koniec „naszego projektowania” – pamiętajcie, mamy możliwość podglądu przed wydrukiem oraz wprowadzenia ewentualnych poprawek; sprawdźcie, czy wszystko wygląda tak, jak to sobie zaplanowaliście (Saal Digital oferuje taką opcję).

Uff, wreszcie zaprojektowałam, zatwierdziłam i złożyłam zamówienie, które dotarło do mnie bardzo szybko.

Powiem Wam szczerze, że przeglądanie swojej własnej foto-książki jest bardzo miłym uczuciem; z ekscytacją po raz pierwszy przewracałam kartki i przeglądałam zawartość. I już teraz wiem, że nie będzie to moja ostatnia przygoda w uwiecznianie wspomnień! Wiem, że kolejna foto-książka na jaką się zdecyduję, będzie już prezentem. Wiem nawet dla kogo i na jaką okazję ją zamówię… Ale póki co, nic więcej nie zdradzę, żeby nie psuć niespodzianki! 🙂

A Wy, jakie zdjęcia byście umieścili we własnym egzemplarzu?

Buziaki i do następnego! :*

Continue Reading

Alberobello- OOTD!

Hej Kochani! Dzisiaj, na przekór pogodzie, zapraszam Was na stylizację z ciepłych i słonecznych Włoch! Zatem proponuję na moment oderwać się od świątecznych stołów i zerknąć na mój outfit, który, moim zdaniem, świetnie wpisał się w klimat niezwykłych, kamiennych domków trulli, które znajdziecie w południowych Włoszech, a dokładniej miejscowości Alberobello. Podczas mojego małego, włoskiego wypadu stawiałam przede wszystkim na wygodę, ale wpisującą się w obowiązujące trendy. Dlatego postawiłam na zwiewną bluzkę, z rękawami zakończonymi falbanką i białe spodnie ze streczem i postrzępioną nogawką. Jest to jeden  najmocniejszych trendów jeśli chodzi o jeansy, a w sieciówkach znajdziecie mnóstwo spodni, których nogawka wygląda tak jakby pogryzł ją pies, co mnie osobiście bardzo się podoba. 😉 Dzisiaj ostatni dzień Świąt, także żeby nie przedłużać zapraszam Was do obejrzenia zdjęć, a ja wracam do świętowania. Buziaki i do następnego! 🙂

Foto: Dorota Siemianów

Bluzka- Stradivarius

Spodnie- Stradivarius

Okulary- Mohito

Torebka- Orsay

Continue Reading

The rythym of my life!

Hej Kochani! Dzisiaj trochę o tym co mi w duszy gra! 😉  Ci, którzy od dłuższego czasu śledzą mojego bloga wiedzą, że jedną z moich największych pasji jest podróżowanie. Warto jednak dodać, że nie samymi podróżami człowiek żyje… Trzeba jakoś na nie zarobić, prawda?! 🙂 Ja należę do tych szczęściarzy, którzy robią to co lubią i jeszcze im za to płacą, także narzekać nie mogę… <3 Już od dobrych paru lat pracuję w radiu i uwielbiam tę robotę.  Co więcej, muzyka jest nieodłącznym elementem mojego życia, bo zarówno w pracy, jak i w podróży non stop mi towarzyszy. Nie lubię ciszy, nie czuję się z nią komfortowo – właśnie mi się przypomniało, że nawet będąc w liceum, czy na studiach, uczyłam się przy włączonym telewizorze lub radiu. Hmmm, czy to już czas zadać sobie pytanie czy ze mną wszystko w porządku? ;>

Jedno jest pewne, muzyka jest często mało inwazyjnym lekarstwem na naszą duszą. Wiedzieliście, że nasze ulubione rytmy wyzwalają aktywność w tej samej strukturze mózgu, która uwalnia dopaminę – hormon szczęścia i przyjemności wyzwalany również podczas jedzenia na przykład czekolady. A chyba nie muszę przypominać, że słuchając muzyki nie tylko nie przytyjemy, ale też możemy zrzucić zbędne kilogramy. Wystarczy do ulubionych rytmów potupać trochę nóżką :). Słuchanie muzyki jest nie tylko świetną formą przywoływania uśmiechu na naszej twarzy, ale też sposobem na relaks. A wiadomo, w czasach, gdy pojawia się coraz więcej czynników stresogennych, te działające pozytywnie są nam bardzo potrzebne.

Dlatego też, dzisiaj podzielę się z Wami moimi ulubionymi ostatnio utworami. Takimi, które potrafią poprawić mi humor po ciężkim dniu, zrelaksować i naładować pozytywną energią. Chętnie też dopisze do mojej listy kolejne utwory, także jeśli macie w swojej playliście jakieś niezawodne hity, to koniecznie dajcie mi o tym znać w komentarzach! 🙂

Ed Sheeran- Shape Of You

Justin Timberlake- CAN’T STOP THE FEELING

WALK THE MOON- Shut Up and Dance

John Mamann- Love Life ft. Kika

Robbie Williams- Love My Life

Robbie Williams- Pretty Woman

Madcon- Don’t Worry feat. Ray Dalton

Mark Ronson- Uptown Funk ft. Bruno Mars

Alvaro Soler- Libre ft. Monika Lewczuk

The Weekend- I Feel It Coming ft. Daft Punk

To tylko ostatnie z moich muzycznych ulubieńców. No, ale czym byłaby muzyka, szczególnie w podróży, bez odpowiedniego sprzętu. Kiedyś miałam z tym ogromny problem, dlatego cieszę się, że od jakiegoś czasu towarzyszą mi słuchawki marki SUDIO. Mój model to Sudio Vasa w kolorze różowym. Firma oferuje ten model również w kolorze czarnym, białym i niebieskim, także każdy na pewno znajdzie coś dla siebie. Są to słuchawki przewodowe, ale jakże wygodne. Dzięki kablowi w kształcie tasiemki, słuchawki nie plączą się, co jest, oprócz dźwięku oczywiście… no i koloru, największym plusem tego zestawu. Do tego modelu, została opracowana też nowa generacja sterownika 10,2 mm, dzięki któremu jesteśmy w stanie usłyszeć w swoim ulubionym utworze, każdy dźwięk i instrument. Tu macie link do mojego modelu–> KLIK .

Mam też dla Was miłą niespodziankę! 🙂 Na hasło: FIT.ASHIONN15 otrzymacie 15% zniżki na wszystkie produkty zakupione na www.sudiosweden.com/pl .

Niech muzyka będzie z Wami i do następnego! :*

Continue Reading

Kosmetyczni Ulubieńcy Marca!

Hej Kochani! W kalendarzu już 9 dzień kwietnia, czas więc podsumować ubiegły miesiąc jeśli chodzi o kosmetyki. Wśród beauty ulubieńców jest kilka perełek, które trafiły w moje ręce przypadkiem, a coś czuję, że na dłużej zagoszczą w mojej kosmetyczce, jesteście ciekawi co to za produkty? Czytajcie dalej! 😉

Różana seria marki Bielenda to można powiedzieć moje kosmetyczne odkrycie 2017 roku (i żeby być tak do końca z Wami szczerym, to nie moje tylko mojej przyjaciółki, której dziękuję za uświadomienie, że coś takiego istnieje). Zachwycałam się już na blogu olejkiem i serum z różanej serii (KLIK do wcześniejszego wpisu), czas więc na wodę, również różaną, która przepięknie pachnie. Nie wiem czy wiecie, ale róża ma właściwości nawilżające, a przy okazji łagodzące i faktycznie już po pierwszym użyciu czuć poprawę w kondycji skóry. Jest to również kosmetyk przeznaczony dla kobiet z wrażliwą cerą, także nie powoduję żadnego uczulenia, nie szczypie i nie podrażnia. Jest to bardzo fajny produkt, który świetnie radzi sobie również z oczyszczaniem buzi. Zmywa makijaż równie dobrze jak o wiele droższe kosmetyki.  Polecam, wypróbujcie, a myślę, że się nie zawiedziecie! 😉

Kolejni ulubieńcy to maseczki w płachcie od koreańskiej firmy Lomi Lomi. Powiem Wam szczerze, bez ściemy, że obecnie nie wyobrażam sobie pielęgnacji cery bez zastosowania chociażby dwa razy w tygodniu maski w płachcie. Rewelacyjnie działanie, przyjemna aplikacja i komfort użytkowania to coś co zauważymy już po „pierwszym razie” ;). Jedynym minusem jest (zazwyczaj) dość wysoka cena takiej maseczki bo może ona wynosić nawet 20 zł za sztukę. A biorąc pod uwagę, że jest to maska jednorazowego użytku to 40 zł na tydzień jak dla mnie to zdecydowanie za dużo. Dlatego cieszę się, że w Hebe znalazłam firmę Lomi Lomi, nie dość, że jakościowo maski te nie odbiegają od droższych odpowiedników to jeszcze kosztują niecałe 5 zł.  Dodatkowo wybór jest naprawdę spory bo mamy maski na każdy dzień tygodnia. Aloes nawilżający na poniedziałek, miłorząb japoński, który ma działać przeciwzmarszczkowo na wtorek, winogrono, które rozjaśnia naszą buzię na środę, ujędrniający ogórek na czwartek, regenerująca acerola na piątek, witalizujący granat na sobotę i kojący jaśmin na niedzielę! Czyli dla każdego coś miłego! Oczywiście ja nie stosuję ich codziennie, także zdarza mi się (o zgrozo ;P) kojący jaśmin z niedzieli nałożyć we wtorek. No jak tak można?! 😉 Kolejnym plusem jest to, że tkanina maski jest naprawdę porządnie nasączona płynem z wyciągiem z poszczególnej rośliny, super przylega do twarzy i nie powoduje żadnego dyskomfortu podczas noszenia. Moją ulubioną jest ta z granatu, ale jeszcze nie wszystkie wypróbowałam, także na podium mogą jeszcze zajść przetasowania. 🙂

Kolejny produkt czyli matowy błyszczyk od Maybelline to produkt z którym mam pewien problem. Nie polecam dziewczynom, które oczekują po zastosowaniu błyszczyka matu na ustach bo mat to to zdecydowanie nie jest. Konsystencja jest aksamitna albo jak kto woli kremowa, ale na pewno nie matowa. Błyszczyk nie jest trwały bo nie zasycha na ustach, ale z drugiej strony nie wysusza ich tak jak inne matowe produkty. Duży plus za kolor, bo takiego odcienia szukałam bardzo długo. Oko cieszy też estetyczne opakowanie. Zastanawiacie się pewnie teraz dlaczego Vivid Matte Liquid znalazł się w ulubieńcach, skoro nie do końca mi pasuję…? Spieszę z wyjaśnieniem! 😉 Kilka dni temu zdałam sobie sprawę, że był to kosmetyk do ust po który najczęściej sięgałam w marcu.

Rozświetlający korektor od firmy Catrice to bardzo lekki produkt, dlatego nie nastawiajcie się, że zakryje Wam on cienie pod oczami. Na tego typu problemy są korektory, jak ja to nazywam, do zadań specjalnych, a nie produkty rozświetlające. Dlatego nie rozumiem oburzenia dziewczyn na forach internetowych, przecież nikt nam nie obiecywał, że korektor ten ukryje sińce pod oczami i zaczerwienienia. Już sama nazwa wskazuję na to jakie jest jego zadanie. Dlatego tym wszystkim marudom radzę porządnie czytać opis produktu. Kremowa konsystencja po dokładnym przypudrowaniu nie zbiera się w zmarszczkach i ładnie  rozświetla okolice pod oczami, zapewniając nam promienne spojrzenie. Ja używam go również do rozświetlania grzbietu nosa, okolicy nad ustami i miedzy brwiami i jestem bardzo zadowolona z efektu.

Ostatni już produkt dzisiejszych ulubieńców to Instantly Ageless of firmy Jeunesse. Jest to skondensowany mikro krem przeciwzmarszczkowy, który już jakiś czas temu dostałam do przetestowania. I jak to ja, kompletnie o nim zapomniałam. Do czasu aż… (i tutaj nastąpi mała dygresja ;)) Ci którzy mnie obserwują na instagramie i oglądają moje Insta Story wiedzą, że w marcu miałam do poprowadzenia bardzo ważną dla mnie imprezę, a niestety rozkładała mnie choroba. Wyglądałam fatalnie, na pewno nie jak okaz zdrowia, za który chciałam uchodzić… i tutaj z pomocą przyszedł mi Instantly Ageless. Co więcej wiem już dlaczego krem ten stał się hitem firmy Jeunesse?! Jego działanie widać już w chwile po zaaplikowaniu produktu. Wygładza zmarszczki, rozjaśnia i wyrównuję koloryt skóry. Na to wystarczy nałożyć trochę pudru i voila! Efekt wow gwarantowany! Wiele z Was pisało mi, tego marcowego dnia, że wyglądam super i wcale po mnie nie widać, że jestem chora… No to teraz znacie już moją tajemnicę. 😉 Więcej o produkcie przeczytacie TUTAJ

I to tyle jeśli chodzi o marcowych beauty ulubieńców. Mam nadzieję, że dotrwałyście do końca. 😉 I koniecznie dajcie znać jakie kosmetyki u Was się ostatnio sprawdziły! Buziaki i do następnego!

Continue Reading