sLOVEnia czyli miłość od pierwszego wejrzenia!

Cześć wszystkim!

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o maleńkim państewku, mającym zaledwie 20 273 km kwadratowych powierzchni i około 2 mln ludności – Słowenii (dla porównania, Wielkopolska ma 29 826 km2!). Ale nie o liczbach jest ten wpis, bo nie od dziś przecież wiadomo, że rozmiar, kiedy przychodzi co do czego, nie ma znaczenia 😉 Powiem Wam szczerze, że Słowenia, przy pierwszej i jestem pewna, nie ostatniej wizycie –  powaliła mnie na kolana :).

Z ręką na sercu mogę przysiąść, że Słowenia jest jednym z najpiękniejszych europejskich państw! Co więcej, wskaźnik indeksu szczęścia i długość życia mieszkańców są tam bardzo wysokie, ale to nikogo kto był na Słowenii, nie powinno akurat dziwić. Skąd to się bierze? Z moich obserwacji wynika, że z permanentnej potrzeby ruchu. Słoweńcy kochają sport i widać to na każdym kroku. Sport uprawiają dosłownie wszyscy, z tym, że starsi mieszkańcy w pewnym momencie przerzucają się z biegania na spacery po górach.

Do Słowenii wybraliśmy się samochodem, co przy 4 podróżujących osobach okazało się najbardziej ekonomiczną opcją. Paliwo plus winiety uczyniły nas około 350 zł od osoby. Wybierając się w podróż samochodem pamiętajcie, żeby zaopatrzyć się w dobrą nawigację (ta w telefonie, po przekroczeniu granicy, niestety przestaje działać!). Kiedyś pół dnia błądziłam po Pradze samochedem, zapominając o isteniu GPS i  będąc przekonana, że bez problemu trafię do celu. Guzik prawda!  Nie zapominajcie, że odpowiednią aplikację, która działa również w trybie offline,  można ściągnąć na smartfona. Jedno jest pewne – odpowiedni sprzęt na pewno zaoszczędzi nam sporo nerwów, czasu i dodatkowych kilometrów :).

Jeśli chodzi o noclegi to niestety nie wiem jak to się kształtuje cenowo. Mam to szczęście, że w Słowenii mieszka moja przyjaciółka, która przejeżdżając kiedyś przez ten maleńki kraj, tak go pokochała, że postanowiła tam zamieszkać! Jak mam być szczera, to wcale jej się nie dziwie i gdybym tylko nie miała w Polsce wspaniałej pracy, hipoteki i kilku marzeń do zrealizowania, to być może też zapuściłabym tam korzenie…

Czas chyba przejść do atrakcji, czyli tego co Słownia ma nam do zaoferowania:

  • na pierwszym miejscu postawiłabym na „naturę” – zrobiła na mnie największe wrażenie. Naturę widać tutaj na każdym kroku, nawet siedząc na balkonie masz to szczeście upajać się pięknymi widokami, a otaczające Cie z każdej strony góry zapierają dech w piersiach. Fani rozbójnika Rumcajsa też będą zadowoleni, bo aż 50% kraju stanowią lasy. Podczas naszego 4-dniowego pobytu odwiedziliśmy dwie „górki” – Jošt i Golice :). Wdrapanie się na tą pierwszy zajęło nam jakąś godzinę. I choć sapaniu i narzekaniu nie było końca (wszak człowiek mieszkający na nizinach nie jest przyzwyczajony do takich ekstremalnych ekscesów… haha), to przepiękny widok  zrekompensował nam cały trud i sprawił, że nabraliśmy ochoty na więcej. Nazajutrz postanowiliśmy wspiąć się na Golice. To rozłożysta góra nad Jesenicami, której osobliwością są kwitnące w drugiej połowie maja narcyzy białe. I choć, podczas naszego pobytu, narcyzy jeszcze się na dobre „nie rozhulały”, to i tak było warto (widoki były nieziemskie); 
  • następna obowiązkowa atrakcja to jezioro Bled. To właśnie tam, znajduje się najstarszy hotel (Hotel Golf powstał w 1937 roku). Piękne jezioro, z jeszcze piękniejszym widokiem i z dużym sercem umiejscowionym na pomoście (przy którym wszyscy turyści robią sobie pamiątkowe zdjęcia), okazało się też idealną miejscówką na zaręczyny. Spokojnie, nie moje, a moich przyjaciół! 😉 Mam nadzieję Asiu, że był to jeden z najcudowniejszych dni w Twoim życiu… Ja, z naszego wypadu nad Bled oprócz mile spędzonego czasu ze wspaniałymi przyjaciółmi, zapamiętam też grilla, którego, jak się poźniej okazało, wcale nie mieliśmy prawa w tym miejscu robić…
  • jeśli natomiast wypoczynek dla Was oznacza plażę, słońce i leżenie plackiem, to spokojnie – Słowenia też ma taką opcję do zaoferowania. Ze stolicy kraju – Lublany, jakąś godzinę zajmie droga samochodem nad morze. A stamtąd „rzut beretem” jest już do Chorwacji, którą pewnie kojarzycie z pięknych widoków i skalistych plaż. My zdecydowaliśmy się pozostać w Słowenii, bo po co jechać do Chorwacji, skoro w nadmorskim Piranie jest równie pięknie? I choć dostępu do morza Słowenia ma niewiele i mieszkańcy nawet sobie z tego żartują, że aby romantyczny spacer wzdłuż słoweńskiego wybrzeża trwał wystarczająco długo, trzeba zawracać przynajmniej 10 razy – to zapewniam Was, że aby to sprawdzić, należy tam pojechać ;-).

Pamiętajcie, że jeżeli wybieracie się do Piranu w sezonie, to warto zaparkować samochód w pobliskiej miejscowości Portorož (nazwa  dosłownie oznacza „Port Róż” i faktycznie zachwyca roślinnością). Warto też przejść się nadmorskim bulwarem do Piranu. My, mimo iż byliśmy poza sezonem, również wybraliśmy tę opcję, bo nie ma chyba nic przyjemniejszego niż spacer brzegiem morza. Podczas takich wypraw można nieźle naładować akumulatorki. Morska bryza, lekki wiatr i miasteczko, do którego zmierzaliśmy, a które było widać gdzieś w oddali sprawiły, że można by było tak iść i iść… zapominając o Bożym świecie.

A jak już wreszcie dotrzecie do Piranu to „przepadniecie”. Jestem pewna, że zakochacie się w tych kolorowych kamieniczkach, wąskich uliczkach i porcie, który pełen jest prywatnych jachtów. To właśnie tutaj odbyła się sesja z tego wpisu (KLIK).

To były 4 fantastyczne dni, spędzone zarówno na aktywnym wypoczynku, jak również leniuchowaniu. Z całego serca chciałąbym podziękować mojej przyjaciółce – Agnieszce ,  która dołożyła wszelkich starań, aby ten wyjazd był dla nas niezapomniany. Jestem na 100% pewna, że do Słowenii wrócę i to nie jeden raz i mam cichą nadzieję, że nastąpi to szybciej, niż myślę.

Continue Reading

Niebieska sukienka na dwa sposoby!

Cześć wszystkim! Dzisiaj chcę Wam pokazać, jak za pomocą odpowiednich dodatków można całkowicie odmienić charakter stylizacji. Na moją bazę wybrałam sukienkę z najnowszej kolekcji Top Secret w pięknym błękitnym kolorze. Spróbuję Was przekonać, że taka baza świetnie sprawdzi się zarówno w przypadku eleganckich zestawów, jak i bardziej casualowych wersji. W końcu od czego ktoś wymyślił dodatki? 😉

Na początek coś dla tych, którzy kochają klasykę i elegancję. Welurowa torebka, szpilki w kolorze nude i apaszka sprawiają, że zestaw nabiera szyku. Ten strój idealnie sprawdzi się w upalne dni, kiedy pomimo panującej temeratury musimy wyglądać szykownie. Zwróćcie uwagę, że czasami wystarczy dodać apaszkę, aby letnią sukienkę zmienić w biznesowy outfit!

Sukienka- Top Secret

Buty- Top Secret

Torebka- Mohito

Apaszka- Versace

 Kolejny zestaw z wykorzystaniem tej samej bazy jest już zdecydowanie bardziej casualowy. Taki zabieg, wymiany dodatków, świetnie sprawdzi się kiedy w ciągu dnia nie chcemy albo nie mamy czasu wracać do domu żeby zmienić strój. Szpilki zostały zamienione na bardzo modne ostatnio baletki ze wstążką, które choć wyglądają ładnie, to niestety są mało praktyczne. Tego dnia nie raz się o tym przekonałam – wstążki bardzo szybko zsuwają się z nóg, powodując wybuchy irytacji. Osobom o słabych nerwach, nie polecam! 🙂 Kolejny dodatek, który w tej stylizacji poszedł w odstawkę to torebka. Tym razem postawiłam na zgrabny, mały plecak, z którym ostatnio się nie rozstaję. Zrezygnowałam też z apaszki, zastępując ją złotym piórkiem z Lilou . Wystarczyło jeszcze tylko do stylizacji dorzucić moje ulubione ostatnio słuchawki Sudio Sweden, które idealnie wpisały się w tą pastelową stylizację i mamy gotowy look na spotkanie z przyjaciółką.

Pamiętajcie też, że mam dla Was kod rabatowy na produkty Sudio Sweden. Wystarczy, podczas składania zamówienia, wpisać kod: FIT.ASHIONN15, aby móc cieszyć się 15% rabatem!

Foto : Dorota Siemianów

Słuchawki- Sudio Sweden

Plecak- Parfois

Baletki- WeShoesYou

Naszyjnkik- Lilou

Continue Reading

Książkowi Ulubieńcy Maja!

Hejka wszystkim!

Dzisiejszy post będzie o książkowych ulubieńcach… Ostatnio mam dość chaotyczną technikę czytania książek, zaczynam jedną, po czym porzucam ją na rzecz innej, nie doczytawszy do końca, a następnie znowu do niej wracam. No normalne to to nie jest, ale cóż… Ważne, że jeszcze jestem w stanie się w tym połapać, chociaż muszę przyznać, że czasami jest naprawdę ciężko :). Jednak jestem zdania, że trening pamięci i rozruszanie szarych komórek jeszcze nikomu nie zaszkodził…

Ale do rzeczy! Mimo majowego skakania z „kwiatka na kwiatek”, czy raczej z „książki na książkę” – trzy pozycje urzekły mnie i pochłonęły na tyle, że przeczytałam je od razu od deski do deski i własnie o tych 3 książkach chce Wam dzisiaj napisać.

Jeśli jesteście ciekawi, co trafiło na listę moich majowych książkowych ulubieńców – czytajcie dalej! 🙂

Zaczynamy od „Ciszy” Erlinga Kagge, który jest nie tylko autorem tej przepięknie wydanej książki, ale też podróżnikiem i filiozofem. Wyobraźcie sobie, że ten mający 54 lata Norweg jako pierwszy człowiek na Ziemi dotarł samotnie na biegun południowy. To oczywiście nie wszystko, a tylko przedsmak tego czego dokonał. Erling Kagge zdobył również Mount Everest, dwukrotnie przepłynął Ocean Atlantycki… Jeżeli sądzicie, że ta książka jest stricte o podróżach, to autor szybko wyprowadzi was z błędu… Książka traktuje o doświadczeniach z tych najdalszych zakątków, o tym co zainspirowało autora do samotnych wypraw… Zastanawiacie się pewnie, czy w książce znajdziemy odpowiedź na pytanie – czym tak naprawdę jest cisza, gdzie ją można znaleźć, dlaczego jest tak ważna i potrzebna w naszym życiu? Być może… Ja znalazłam w niej dużo więcej… ale teraz już ciiii…sza! I tak jak śpiewają chłopki z Depeche Mode – po prostu „Enjoy the silence”.

Kolejna książka, w której po prostu się zakochałam to „Blondynka w Japonii” Beaty Pawlikowskiej. Ci, którzy śledzą mojego bloga od samego początku wiedzą, że uwielbiam książki podróżnicze i dosłownie „pochłaniam” je w każdej ilości :). A jeżeli do tego, książka podróżnicza dotyczy kraju, który mnie fascynuje – to nie ma zmiłuj – muszę ją kupić i jak najszybciej przeczytać!

I tak właśnie było z książką Pani Beaty. Z „Blodnynki w Japonii” dowiedziałam się mnóstwo ciekawych i jednocześnie przydatnych informacji… Bo czy wiedzieliście na przykład, że w Japonii jest zakaz wydmuchiwania nosa podczas jedzenia? Odbierane jest to jako coś bardzo nieeleganckiego. W restauracjach serwujących słynne japońskie gorące zupy Miso, na porządku dziennym jest pociąganie  nosem. Jak dla mnie – trochę obrzydliwe, ale cóż, z obcą kulturą raczej się nie dyskutuje i pozostaje nam uszanować dziwne, jak dla nas, zwyczaje Japończyków. Takich ciekawostek w tej książce znajdziecie od „groma i trochę”, a ja, po jej przeczytaniu, jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że chiałabym w niedalekiej przyszłości odwiedzić ten baaaardzo dziwny, ale i fascynujący kraj! Jeśli kiedyś będzie mi dane go odwiedzić, to na pewno przypomnę sobie wszystkie rady Beaty Pawlikowskiej i być może, dzieki temu, uniknę sytuacji, w których zrobie z siebie przysłowiowego „głupka” 😉

Kolejna, ostatnia już książka, to „Dzika Fermentacja” Sandora Katza. Jest to swego rodzaju kulinarny przewodnik po sztuce fermentacji, który zachęca do eksperymentów w kuchni.

Czy dacie wiarę, że ja – ogromna fanka kiszonych ogórków i kapuchy, do tej pory nie miałam pojęcia, ile jeszcze produktów można poddać procesowi fermentacji? Sandor w swojej książce udowadnia, że ukisić można prawie wszystko! 😉 W swoim przewodniku poprowadzi nas praktycznie za rękę. Ten fascynujący człowiek to krótko mówiąc po prostu maniak i odkrywca niecodziennych smaków, to pasjonat fermentacji, to wreszcie człowiek kochający zdrowe jedzenie. „The New York Times” okrzyknął go „kulinarną gwiazdą rocka” i choć jego sceną jest tylko, albo aż – kuchnia, to przyznam szczerze, że ja na takim kulinarnym koncercie Katza ustawiłabym się w pierwszym rzędzie.

 

I to wszystko jeśli chodzi o książkowych ulubieńców maja! Dajcie znać co Wy ciekawego przeczytaliście w ubiegłym miesiącu! A może mieliście styczność z którąś z polecanych przeze mnie pozycji? Jeśli tak, to koniecznie podzielcie się wrażeniami!

Buziaki i do następnego!

Continue Reading