Kolorowa czerń!

Czerń! Ci, którzy śledzą mnie od dłuższego czasu, pewnie zauważyli, że zazwyczaj jej unikam. Wydaje mi się smutna i mało twarzowa (przynajmniej jeśli chodzi o moją twarz ;)). Ale jak się przekonałam wystarczy do czarnej bazy dodać trochę kolorów, uzupełnić to moimi ukochanymi nudziakami i wychodzi całkiem fajny look, który śmiało można wykorzystać zarówno w te ostatnie letnie dni, jak i podczas zbliżającej się jesieni. Sukienka pochodzi z nowej kolekcji Medicine i od razu skradła moje serce. Odkryte ramiona nadal są jednym z moich ulubionych trendów bo wyglądają jednocześnie kobieco, ale i subtelnie. Coś czuje, że czarny kolor od teraz częściej będzie się pojawiał na blogu. Lecę oglądać ostatni odcinek „Gry o Tron”, a Was zostawiam ze zdjęciami! 🙂 Do następnego!

Foto: Bartosz Skopiński

Sukienka- Medicine

Buty- Top Secret

Torebka- Orsay

Pasek- Stradivarius

Kolczyki- Pepco

Continue Reading

Herbatki Hello Slim- czy one faktycznie odchudzają?

Zastanawialiście się kiedyś, czy to możliwe, że „zwykła” herbatka może zdziałać cuda: dodać energii, przyspieszyć metabolizm, zapewnić spokojny sen, zniwelować boczki, czy też poprawić wygląd naszej cery? Brzmi co najmniej jak jakiś magiczny wywar z kociołka, do którego wpadł Obelix bedąc dzieckiem… A chyba nie muszę nikomu przypominać, jaką nadludzką siłą ta postać dysponowała?! Co więcej, mam dla Was dobrą wiadomość – żeby spróbować takiego cudownego naparu nie trzeba szukać Panoramixa… Jedyne co trzeba – to posiadać dostęp do internetu i wiedza pt. „gdzie szukać”. Zainteresowani? Obiecuję, że wszystko wyjaśni się w dalszej części wpisu!

Wróćmy więc na ziemię ;). Doszły mnie słuchy, że niektórzy z Was wprost nie mogą się doczekać opinii na temat kuracji teatoxowej Hello Slim od firmy OHTOMI. Dlatego, nie będę Was już dłużej trzymać w niepoewności i osobiście zdam Wam relację, jak teatox sprawdził się u mnie. Zacznijmy od tego, że paczka, którą otrzymałam do testów zawierała miesięczną kurację,  po której powinny pojawić się już pierwsze efekty. Zestaw to tak naprawdę 2-stopniowy program, którego zadaniem jest poprawa naszego metabolizmu oraz pozbycie się z organizmu nagromadzonych toksyn. Mamy więc zestaw z saszetkami na dzień – Hello Slim Good Morning i zestaw z herbatkami na noc – Hello Slim Good Night. Obie wersje mają spełnić zupełnie różne funkcje, także zwróćcie koniecznie uwagę na oznaczenie na opakowaniu, no chyba, że chcecie np. rano wypić napar zaewniający spokojny sen! Wtedy drzemka przed komputerem w pracy gwarantowana!

Zacznijmy od przyjrzenia się bliżej herbatkom na dzień. Hello Slim Good Morning z założenia mają pomóc nam spalić kalorie, przyspieszyć metabolizm, zmniejszyć apetyt i zapewnić dodatkowy zastrzyk energii! Skład tego zestawu jest bardzo obiecujący, zresztą przekonajcie się sami. W składzie porannej herbatki znajdziemy:

  • zieloną herbatę – która jak wszyscy  wiemy wspomaga spalanie kalorii i zapewnia zastrzyk energii,
  • yerba mate – która znana jest ze swoich właściwości pobudzających i zmniejeszających apetyt,
  • dziką różę – która cudownie wpływa na naszą cerę, rozjaśnia ją i redukuje zmiany potrądzikowe,
  • liść eukaliptusa – który wspomaga trawienie glukozy,
  • guarane – która niweluje uczucie zmęczenia zarówno fizycznego, jak i psychicznego; poprawia również funkcjonowanie naszego układu nerwowego,
  • owoc czarnego bzu – który znany jest ze swoich właściwości antyoksydacyjnych,
  • korzeń cykorii – który wspomaga pracę wątroby.

Zadałam sobie pytanie: czy faktycznie Hello Slim Good Morning pomógł mi spalić zbędne kalorie? Tego nie wiem, nie mam przecież żadnej maszyny, która by to monitorowała. Jedno jest pewne – picie herbatek Hello Slim podczas posiłku sprawiało, że organizm nie domagał się takiej ilości jedzenia, jaką byłabym w stanie zjeść popijając śniadanie zwykłą herbatą. W połowie owsianki, która zazwyczaj nie stanowiła dla mnie najmniejszego problemu, miałam dość i byłam w pełni syta. Czułam się też o niebo lepiej, jeśli chodzi o poziom energetyczny. Wiecie, że zazwyczaj wstaje o 5 rano, więc około 8 – odczuwałam spadek formy. Po wypiciu Hello Slim na dzień dobry, zdecydowanie dłuzej mogłam funkcjonować na wyższych obrotach. Tyle z „plusów”. Nie mogę pominąć małego minusa – myślałam, że produkt pozwoli mi pohamować mój ogromny apetyt na słodkie… Niestety, tak wielkiego fana czekolady chyba nikt i nic nie jest w stanie od niej odciągnąć! 😉 Aaa i jeszcze jedno (prawie bym zapomniała) –  w pierwszym tygodniu od rozpoczęcia kuracji miałam mały wysyp „niechcianych gości na skórze”. Myślę, że był to efekt uboczny oczyszczania organizmu z toksyn. Dlatego też, nie zrażając się tym – ja nie przerwałam kuracji, a po jakimś czasie wszystko samoistnie wróciło do normy!

 

Herbatki na dzień dobry powinniśmy pić do śniadania (zaparzamy je zazwyczaj od 5 do 7 minut), natomiast Hello Slim Good Night – pijemy po ostatnim posiłku, ja zazwyczaj piłam na godzinę przed snem (parzymy krócej, bo tylko 2-3 minuty). Wieczorny napar ma za zadanie wyciszyć nas, poprawić jakość naszego snu i ukoić zszargane nerwy. Wieczorem herbatka ma także swoje „zadanie specjalne” – walczy z nagromadzonymi w ciągu dnia toksynami. W skład wieczornego naparu wchodzą:

  • korzeń lukrecji  który od bardzo dawna stosowany jest w leczeniu wrzodów żołądka,
  • trawa cytrynowa  udowodniono, że regularne picie z niej naparu pozwala znacząco pobudzić organizm, a tym samym zwalczyć objawy depresji; zmniejsza też wydzielanie przez cerę łoju, co ucieszy osoby borykające się z trądzikiem,
  • skórka pomarańczowa – nie dość, że pięknie pachnie, to ma również właściwości relaksujące i poprawiające jakość naszego snu,
  • mięta – która wspomaga trawienie,
  • korzeń imbiru – który przeciwdziała wzdęciom,
  • hibiskus – ma silne działanie antyoksydacyjne i zmniejszające stres oksydacyjny (niszczy wolne rodniki); działa również jako środek wspomagający lecznie otyłości.

Jeśli chodzi o moje spostrzeżenia: faktcznie – po takiej herbatce śpi się jak dziecko… Po wypiciu Hello Slim na noc mój sen był spokojniejszy, głębszy, a wczesne wstawanie nie tak dokuczliwe! 😉

Wróćmy jednak do pytania z początku wpisu: „Czy herbatki Hello Slim faktycznie odchudzają”? Chcąc być z Wami szczerą (bo nikt nie lubi, jak mu się wciska kit) – wydaje mi się, że to, czy schudniemy, czy też nie zależy tylko od nas! EUREKA! No nie oszukujmy się, cudów nie ma… Jeśli ktoś będzie z jednej strony pił herbatki, ale przy tym nie zmieni swoich nawyków (sport, zdrowe jedzenie) i  nadal będzie wcinać fast foody, a jedyną aktywnością będzie przesuwanie palcem po ekranie smartfona, to nie ma siły… Nic się nie zmieni!  Jeżeli natomiast do teatoxowego programu dodacie aktywność fizyczną i zdrowe posiłki, to rezultaty mogą przejść Wasze najśmielsze oczekiwania. Ja wreszcie pozbyłam się niechcianych boczków a mój brzuch już dawno tak pięknie się nie prezentował… Zatem zachęcam Was do eksperymentowania – nie wierzcie mi na słowo! Sami sprawdźcie i dajcie znać w komentarzach. Oryginalne herbatki Hello Slim możecie kupić TUTAJ!

I na koniec niespodzianka! Dla jednej/jednego z Was mam box z miesięczną kuracją Hello Slim (dokładnie taki sam jak na zdjęciu poniżej)! Wszystko, a raczej jedyne co musicie zrobić to wejść na mojego instagrama: KLIK i wziąć udział w konkursie! Powodzenia i trzymam kciuki! :*

Continue Reading

Pink Vichy!

W Polsce nadal trwa sezon na pogodę w kratkę, wczoraj w moich okolicach było jeszcze pięknie, słonecznie i ciepło (czego dowodem jest niniejsza sesja), a dzisiaj już szaro, buro i ponuro. No ale zamiast narzekać, jak to mam w zwyczaju, wolę się skupić na pozytywach. Wreszcie miałam czas przeczytać do końca książkę, o której Wam już wspominałam 🙂 i dzięki temu może powstać wpis na temat książkowych ulubieńców miesiąca! :O Spodziewajcie się go w najbliższym czasie. Ale zanim zdradzę Wam jaka książka, zasługuję na to żeby znaleźć się w TOP5 książek, które w swoim życiu przeczytałam, wróćmy do mojego looku! Dzisiaj to na nim chcę skupić Waszą uwagę. Słowo „kratka” pojawiło się na początku, nie bez powodu. Bo jak się okazuję kratka, a dokładniej kratka vichy, nie jedno ma imię. Widzieliście już zestaw z klasyczną biało- granatową spódnicą z wykorzystaniem tego wzoru (kto nie widział, zapraszam TUTAJ), a teraz czas na wakacyjne szaleństwo, czyli różową odmianę tego trendu. Tym razem kraciasty motyw pojawia się na sukience, którą udało mi się upolować na letnich wyprzedażach za śmieszne pieniądze. Wydaję mi się, że takie wydanie kratki vichy, nabiera świeżości i świetnie nadaję się dla tych trochę młodszych fanek mody. Chociaż „starsze panie” jak widać na załączonym obrazku też wyglądają w nim całkiem fajnie! 😉 A Wy, co myślicie? Lubicie takie kolorowe wariacje, czy stawiacie na klasykę? Jak zwykle czekam na Wasze opinie i komentarze. :*

Foto: Dorota Siemianów

Sukienka- Mohito

Torebka- Victoria’s Secret

Zegarek- Mohito

Buty- Sporting

 

Continue Reading

Off the shoulder & SUI bag!

W związku z tym, że lato nam się na dobre rozchulało, dzisiaj przygotowałam dla Was kolejną wakacyjną stylizację, w której pierwsze skrzypce, wbrew pozorom, nie gra tegoroczny trend (odkryte ramiona), a torebka – która stała się absolutną „perełką” w mojej kolekcji torebek. Ci którzy mnie śledzą również na Instagramie, mieli już okazję zobaczyć to cudeńko. Torebka od SUI  „dotarła” do mnie już jakiś czas temu i zanim trafiła do Polski, przebyła bardzo długą drogę… To właśnie w Chinach  powstają wspaniałe, mało znane jeszcze w Polsce  torebki. Wszystkie torebki są ręcznie szyte i widać, że zadbano tutaj o każdy najdrobniejszy szczegół. Model, który ja posiadam, jest wykonany z żółtego adamaszku z „niebieskimi kroplami deszczu”. Coś mi się wydaję, że torebka od SUI jeszcze nie raz pojawi się na blogu. Może już czas obalić mit, że w Chinach produkuje się tylko rzeczy niskiej jakości…? Na mnie, osobiście, kunszt chińskiego rękodzieła zrobił ogromne wrażenie i z czystym sumieniem mogę Wam polecić torebki z tej Firmy. TUTAJ macie link do sklepu internetowego!

A jak to wygląda u Was? Mieliście już kiedyś do czynnienia z chińskim ręodziełem? Czekam na komentarze i do następnego!

Foto: Dorota Siemianów

Torebka- SUI (mój model tutaj)

Sukienka- Top Secret

Naszyjnik-Alicja&Maria Jewellery

Buty- DeeZee

Continue Reading

Kosmetyczni Ulubieńcy Lipca!

Mamy już sierpień, a to oznacza, że czas podsumować miniony miesiąc. O ile na książkowych ulubieńców będziecie musieli jeszcze trochę poczekać (kończę właśnie 800-stronnicową książkę, która jest jedną z lepszych książek jakie ostatnio czytałam i na pewno znajdzie się w tym zestawieniu:-)), o tyle ulubieńców kosmetycznych mogę Wam wymienić bez probemu. W końcu to ja sama wiem jakich kosmetyków używałam w lipcu najczęściej i które  rzeczy z mojej kosmetyczki okazały się niezawodne.

W poście tym znajdą się aż 3 nowości! Rzadko to się zdarza, że jakiś produkt od razu, po pierwszym użyciu, trafia na listę ulubieńców, ale wierzcie mi, te 3 kosmetyki są warte każdej złotówki i  zasłużyły na każdą pochwałę, jaką kiedykolwiek na ich temat słyszeliście. Jest też jedna rzecz, której do tej pory nie doceniałam, a jak się okazuje, jest niezbędna przy zrobieniu ładnego makijażu oka. Jesteście ciekawi…?

No to zapraszam do lektury! 🙂

Kiehl’s Ultra Facial Cream!

Zaczniemy od kremu, o którym słyszałam wiele dobrego, sama jednak wcześniej nie miałam okazji go wypróbować.  Jeśli czytacie mojego bloga już jakiś czas to wiecie, że po zawodzie, jakiego doznałam kupując krem Mizon z wyciągiem ze śluzu ślimaka (który narobił mi więcej szkód niż pożytku), do takich rewelacyjnych rzekomo produktów podchodzę bardzo ostrożnie. Biorąc pod uwagę jego niemałą cenę (około 110 zł), wyjątkowo! zachowałam zdrowy rozsądek i czekałam grzecznie, aż będę mogła go przetestować na własnej skórze. Taka okazja nadażyła się pod koniec czerwca, kiedy w końcu dotarłam do sklepu stacjonarnego Kiehl’sa w galerii Posnania w Poznaniu. Powąchałam, pooglądałam, posmarowałam kawałek szyi i ruszyłam na dalsze zakupy. Produkt okazał się jednak tym czego szukałam i nie minęło pół godziny, jak wróciłam do uśmiechniętej Pani ekspedientki, po pełnowymiarowe opakwanie :). Kremu używam codziennie rano i prawie codziennie wieczorem. Jest to idealny produkt pod makijaż. Szybko się wchłania i ma lekką, bardzo fajną konsystencję, która idealnie dogaduję się z drugim ulubieńcem, o którym przeczytacie niżej. Dodam jeszcze nieskromnie, że ostatnio dostaje coraz więcej komplemetnów odnośnie makijażu i wyglądu mojej cery! Chcecie poznać przepis na promienną twarz? Potrzebne są tylko dwa kosmetyki, żeby taki efekt osiągnąć. Podstawa to dobre nawilżenie – czyli krem Ultra Facial i genialny podkład – Double Wear Estee Lauder, które jak dla mnie tworzą duet idealny! Czas więc przejść do drugiej połowy tego duetu!

 

Estee Lauder Double Wear!

Jest to podkład idealny! Serio! I żałuję, że tak późno się na niego zdeycowałam (pewnie trochę odstraszała mnie cena – 175 zł w Sephorze; dzięki Bogu za sklepy online, w których można go kupić za 140 zł;)). Wg producenta, jest to produkt, który powinien trzymać się na naszej buzi przez 15 godzin. I wiecie co? On się naprawdę tyle trzyma! Nawet po treningu na siłowni… Tak wiem, pewnie się teraz zastanawiacie, jaki oszołom chodzi na siłownie w make-upie… (odpowiedzi nie trzeba daleko szukać- Ja! :)) – mój wygląd pozostawał bez zarzutu i bez jakichkolwiek poprawek mogłabym spokojnie ruszyć na imprezę. Ja wybrałam 1W2 Sand, który idealnie pasuje do mojej karnacji.  W internecie znalazłam opinie i negatywne komentarze, że tłusta cera się po nim świeci… No dziewczyny litości, która tłusta buzia, bez przypudrowania, się nie świeci? Chyba wszystkie posiadaczki takiego typu cery są świadome tego, że niezeleżnie, jak cudowny byłby to podkład, trzeba go przypudrować i nie rozumiem, jak można oczekiwać od podkładu zadań, które przeznaczone są dla pudrów. Z zalet muszę wymienić mocne krycie, dość dużą gamę kolorów (dzięki czemu podkład można dobrać prawie idealnie) oraz trwałość. Jest to dość „ciężki” produkt, dlatego bardzo ważne jest dobre nawilżenie buzi przed aplikacją. Inaczej skóra może wyglądać dużo gorzej niż przed nałożeniem podkładu. Jak temu zapobiec? To już przecież wiecie! A jeśli nie – to odsyłam do pierwszego ulubieńca :).

 

Evree – Peeling cukrowy do ust i balsam do ust!

Kolejne dwa produkty to też „duet idealny”, ale zdecydownie z niższej półki cenowej. Bardzo podręczny zestaw, z którego korzystam jak tylko czuję, że moje usta wymagają regeneracji (co przy używaniu matowych pomadek zdarza się dość często). Najpierw nakładam peeling cukrowy, którym delikatnie masuje usta, po czym ścieram nadmiar produktu chusteczką. Na tak przygotowane usta nakładam balsam, który zostawiam przeważnie na noc. Po takim zabiegu, rano, moje usta są gotowe na przyjęcie nowej dawki, nawet bardzo ciężkich i wysuszających kosmetyków.

 

Zoeva – pencil brush nr 230!

I ostatni ulubieniec – nie jest to może stricte kosmetyk, ale z kosmetykami ma dużo wspólnego! Pędzel od Zoevy, tak zwany pencil brush, którego do tej pory nie doceniałam… a to właśnie nim, podczas nakładania cieni, można nadać oku ładny kształt. Od kiedy go używam moje makijaże są zdeydownie ładniejsze, bardziej precyzyjne (polecam ten pędzel każdemu, nawet jeśli jest na początku swojej drogi makijażowej…). Pamiętajcie – dobre pędzle to podstawa, bez nich, mając nawet najlepsze cienie, nie będziemy w stanie „zrobić” ładnego oka :).

I to już wszyscy dzisiejsi ulubieńcy!

Ja kocham te kosmetyki i wiem, że jak tylko dacie im szanse, to Wy również je polubicie.

A może już stosujecie któryś z wymienionych przez mnie, w dzisiejszym wpisie, ulubieńców? Starsznie jestem ciekawa co myślicie o tych produktach. Koniecznie dajcie znać w komentarzach!

Buziaki i do następnego!

Continue Reading