Jesienny makijaż oka – krok po kroku!

Dzisiaj zapraszam Was na wpis jakiego na tym blogu jeszcze nie było. Mam nadzieję, po pierwsze, że przypadnie Wam do gustu, a po drugie – że będziecie wyrozumiali. 🙂 Jakiś czas temu zapytałam Was na instagramie czy chcecie tutorial do makijażu oczka jaki miałam na sobie. Odzew był bardzo duży i wszystkie z Was, które do mnie napisały, stwierdziły, że bardzo chętnie taki wpis zobaczą i przeczytają. Także zapraszam Was na mini poradnik jak zrobić jesienny połyskujący makijaż w odcieniach brązu. Od razu też przedstawiam Wam Asię – moją przyjaciółkę, która zgodziła się być moją modelką i udostępniła swoją buzię do tego makijażu. Gotowi? No to zaczynamy. 🙂

Przed przystąpieniem do makijażu oka odpowiednio przygotowałam twarz modelki. Nałożyłam podkład, Double Wear Estee Lauder w kolorze 1W2, korektor Catrice, żeby zniwelować delikatne sińce pod oczami i to wszystko przypudrowałam pudrem Hean. Kolejnym krokiem było wymodelowanie twarzy bronzerem i tutaj w ruch poszedł niezawodny Bahama Mama z The Balm, który ma idealny chłodny odcień i świetnie sprawdza się w przypadku modelowania. Mojej modelce, już przy nałożeniu niewielkiej ilości bronzera, pięknie uwydatniły się kości policzkowe, a przynajmniej jednego policzka ;). Drugi był niestety spuchnięty po wyrwaniu ósemki, co jest zauważalne na zdjęciach. Po takim przygotowaniu twarzy mogłam przejść do malowania oczu i tutaj już będę Wam opisywać cały proces krok po kroku.

Bardzo ważnym krokiem w makijażu oka, który kiedyś pomijałam, jest nałożenie bazy. Nie tylko przedłuża ona trwałość makijażu, ale też podbija kolor cienia i pozwala na przyklejenie pigmentu czy metalicznego cienia, który został użyty w tym makijażu. Ja akurat tym razem zdecydowałam się na bazę marki Inglot.

W całym makijażu z tego tutoriala korzystałam praktycznie z jednej paletki – Carmel Melange Zoevy, w której znajdziecie  piękne jesienne odcienie. Pytacie mnie często, czy warto zaopatrzyć się w paletki Zoeva. Oj z czystym sumieniem twierdzę, że warto! Jedną paletą jesteśmy w stanie zrobić cały, wcale nie nudny makijaż. Do tego świetna jakość i pigmentacja cieni sprawia, że pracuje się z nimi bardzo przyjemnie. Carmel Melange będzie idealna dla tych z Was, które kochają ciepłe brązy na oczach.

Po nałożeniu bazy najjaśniejszym cieniem z paletki o nazwie Wax Paper zmatowiłam górną części powieki i obszar pod okiem. Nie tylko, żeby rozjaśnić te obszary, ale również po to, żebym miała większą kontrolę podczas blendowania pozostałych kolorów, które następnie będę nakładać na powieki.

Kolejnym etapem było zrobienie cieniem Finish Sensual zarysu kształtu jaki chce nadać oku. Tutaj bardzo pomocny będzie precyzyjny pędzelek tzw. „pencil brush”. Chcąc nadać oku trochę kociego charakteru pociągnęłam cień od połowy dolnej powieki wychodząc aż za jej krawędzie, a następnie zaznaczyłam obszar trochę powyżej załamania. Nadany kształt  przypomina „<„, myślę, że wiecie o co chodzi :).

Następnie w ruch poszedł najciemniejszy cień z palety – Edible Gem, po to żeby trochę przyciemnić nadany wcześniej kształt.

Poźniej wszystko rozblendowałam moim cichym ulubieńcem z tej paletki czyli kolorkiem Alchemy. Ma on piękny, ciepły odcień, wpadający trochę w pomarańcz, który bardzo kojarzy mi się z kolorem jesiennych liści <3. Tutaj już zmieniamy precyzyjny „pencil brush” na puszysty pędzelek do blendowania.

Pora nadać oku trochę błysku. Żeby osiągnąć zamierzony efekt trzeba było sięgnąć po „ciężką artylerię” czyli metaliczny cień z MakeUp Revolution w odcieniu „Rose Gold”.

Taki foliowy cień najlepiej nakładać palcem, metodą na „wklepkę” czyli po prostu wklepując go w powiekę, a nie rozcierając. Wtedy uzyskamy piękny błysk, który da nam niesamowity efekt i praktycznie „zrobi” cały makijaż.

Ostatnie szlify pracy z cieniami, to roztarcie granic między cieniami matowymi, a cieniem foliowym i ten efekt uzyskałam dzięki użyciu cienia Liquid Center.

W tym makijażu czarna kreska jest elementem niezbędnym, ponieważ będę również przyklejać rzęsy, a bez narysowanej, chociażby cieniutkiej kreski, wygląda to po prostu słabo. W moim odczuciu czarna kreska na oku dodaje przysłowiowej „kropki nad i” oraz pięknie podkreśla to co wczarowałyśmy cieniami.

I choć piszę Wam tutaj o zaletach czarnej kreseczki na powiekach, to jest ona moją niewątpliwą zmorą. To właśnie podczas malowania kreski, ręce trzęsą mi się niemiłosiernie, a ja doznaję chwilowego zatrzymania akcji serca ;). Zdaje sobie sprawę, że moja kreska nie jest jeszcze perfekcyjna, ale przecież nie od razu Rzym zbudowano. Uczę się każdego dnia i zapewniam was, że następnym razem będzie lepiej. Mam taki charakter, że będę tak długo ćwiczyć, aż dojdę do perfekcji, a kreskę będę mogła namalować będąc obudzoną o 3 w nocy, z zamkniętymi oczami :).

Następnie poprawiłam trochę makijaż dolnej powieki, przyciemniłam i rozblendowałam tymi samymi cieniami, których użyłam na górnej powiece.

Przy makijażu oczu bardzo ważne jest też żeby zadbać odpowiednio o brwi. To one są tak naprawdę oprawą oczu i zaniedbane, niepodkreślone brwi strasznie szpecą naszą nawet najpiękniej wymalowaną buzię.

Po brwiach u mnie zawsze przychodzi czas na rzęsy! Te podkreślamy tylko delikatnie tuszem, bo tak jak pisałam wcześniej, będziemy doklejać sztuczne rzęsy.

A rzęsy, których użyłam to nowość na rynku marki Perhaeps.  Wysokiej jakości sztuczne rzęsy otrzymujemy wraz z klejem, który jest bardzo wygodny w użyciu i mocno trzyma rzęski tam gdzie powinien. Jeśli chodzi natomiast o same rzęsy to mam model na pasku – tj. Carmen i rzęsy w kępkach w trzech rozmiarach. Powiem Wam szczerze, że miałam problem z podjęciem decyzji, który model zastosować w przypadku tego makijażu. Ale ostatecznie, razem z modelką, uznałyśmy, że skoro ma to być makijaż na dzień to dużo lepiej sprawdzą się kępki, które nie dają aż tak mocnego, teatralnego efektu. W przypadku kępek ten ostateczny wygląd oczka można stopniować. Carmen sprawdzi się świetnie w makijażach wieczorowych, czy smokey eye.

Technika klejenia takich rzęs jest banalnie prosta. Wystarczy zaopatrzyć się w pensetę i mocne nerwy. Oczywiście przykleić rzęsy komuś jest dużo łatwiejszą sztuką, niż zrobić to sobie, zerkając w lusterko. Dlatego w tym drugim przypadku, dobrze zaopatrzyć się w dobre lusterko, najlepiej stojące, które postawimy na stole; ręce zaś z pęsetą, łokciami opieramy na blacie. Wtedy mamy pewność, że ręka z rzęską, która chcemy przykleić jest stabilna i ma odpowiednie podparcie. To bardzo ułatwia sprawę. Proste rzęsy i te które rosną do dołu podkręcamy zalotką jeszcze przed wytuszowaniem. Moja modelka swoje rzęsy ma naturalnie podkręcone, na jednym oku nawet za bardzo, dlatego zabieg z zalotką okazał się zbędny. Jak widzicie też na załączonym obrazku w zestawie kępek rzęs Perheaps mamy 3 długości: short, medium i long. Ja zazwyczaj longi kleje w samym zewnętrznym kąciku, mediumy na większości oka, a shorty w wewnętrznym kąciku.

Przechodzimy do klejenia. Na jedną dłoń wylewamy sobie trochę kleju, w drugą bierzemy pęsetę i delikatnie wyciągamy kępkę z opakowania. Trzeba robić to naprawdę bardzo ostrożnie, tak żeby nie zdeformować kształtu rzęski. Kępką następnie staramy się trafić w obszar tuż nad lub pomiędzy rzęsami. Pamiętajcie kępki kleimy do powieki, a nie do naszych naturalnych rzęs. Następnie dociskamy delikatnie palcami tak żeby nie odstawały od naszych naturalnych rzęs. Klejąc kępki pozostawiam zazwyczaj przerwę pomiędzy jedną a drugą, którą wypełniam następną kępką dopiero po zrobieniu obydwu oczu, kiedy klej już na pierwszych dwóch wysechł.

Takie kępki pięknie powiększają oko, dodają naszemu makijażowi ostatniego szlifu. Ale nie zapomnijcie też o zachowaniu równowagi, czyli wytuszowaniu dolnych rzęs. Inaczej efekt będzie groteskowy!

I tak prezentuje się gotowy makijaż! Dajcie znać czy Wam się podoba i czy próbowałyście kiedyś przykleić sobie sztuczne rzęsy. W razie jakichkolwiek pytań czy wątpliwości, śmiało piszcie! Obiecuję, że odpowiem na każde pytanie! 🙂 <3

Życzę Wam pięknych, jesiennych makijaży i mówię do następnego!

„Przed i po” – Jak to niewiele trzeba żeby podkreślić tak piękną buzię! <3

Modelka: Joanna Ren

Zdjęcia: Dorota Siemianów

Rzęsy – Perhaeps (kupicie je TUTAJ)

 

Continue Reading

Pastelowa jesień!

Wiecie, że w tegoroczne wakacje bardzo rzadko chodziłam w sukienkach? Trochę dlatego, że się po prostu „zgapiłam” i to lato przeleciało mi tak szybo, że nie zdążyłam nawet zareagować i wskoczyć w zwiewne kiecki. Dlatego jesienią mam mocne postanowienie poprawy. Obiecuję, że ta nadchodząca pora roku, będzie obfitować w kobiece stylizacje. Na przekór pogodzie często będę też sięgać po pastelowe looki, przywołujące na myśl te cieplejsze dni. Dzisiejszy zestaw jest tego potwierdzeniem, bo choć na nogach mam już botki, a nie sandałki, to dzięki kwiecistej sukience robi się cieplej na sercu. Sukienka pochodzi z kolekcji polskiej marki MILU by Milena Płatek, która skradła moje serce i oczarowała swoimi projektami. Natomiast botki są hitem w mojej kolekcji butów, zakochałam się w tym pięknym tłoczonym motywie jak tylko zobaczyłam je na stronie renee.pl , niżej podlinkuje Wam konkretny model. 🙂 A Wam, która rzecz z dzisiejszej stylizacji najbardziej przypadła do gustu? Zostawiam Was ze zdjęciami i mówię, do następnego!

Foto: Bartosz Skopiński

Buty – Renee (tutaj link–> KLIK)

Sukienka – MILU

Ramoneska – Medicine

Torebka – New Look

Zegarek – Rosefield

Continue Reading

Try Me! Why not?

Należę do osób, które z ogromną przyjemnością, jak tylko mam okazję – testuje różne nowinki. Dotyczy to oczywiście nie tylko kosmetyków, ale to właśnie do nich mam największą słabość. Dlatego, bardzo ucieszyła mnie możliwość przetestowania nowego pudełeczka – „Try Me Box”, które tak notabene jest pudełeczkiem z testerami, czy jak kto woli z próbkami. Odbierając paczuszkę od kuriera, tak naprawdę nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać w środku… Jeśli podobnie jak ja, jesteście ciekawi, jakie produkty otrzymałam do przetestowania – czytajcie dalej!

Na początku warto podkreślić, że ten, kto wpadł na ten świetny pomysł, miał głowę na karku. Bo przecież ile razy zdażyło się Wam, że po przeczytaniu pochlebnych opinii w internecie lub gazecie, biegliście do sklepu w celu zakupu pełnowymiarowego produktu, który summa summarum Was rozczarował? Mi osobiście – mnóstwo! Było tak między innymi w przypadku zachwalanych przez wszystkich kosmetyków koreańskich… Przykład? TUTAJ 🙂 Pudełko „Try Me” zawiera głównie próbki i testery kosmetyczne plus jeden pełnowymiarowy produkt za jedyne 19 zł. Przejdźmy zatem do zawartości:

Krem do rąk marki Herbolive!

 

Ten krem miałam okazję już wypróbować i jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Nie wyglądał zachęcająco… Ja osobiście lubię ładne, pastelowe, bądź jasne opakowania, a w tym przypadku Firma Herbolive zaproponowała opakowanie mało zachęcające do kupna (na półce w sklepie pewnie nie przyciągnęłoby mojego wzroku). Jak to się jednak kolokwialnie mówi – „nie należy oceniać książki po okładce”, a w tym przypadku – zawartości po opakowaniu. Zatem dałam mu szanse i go przetestowałam… I co się okazało – krem ma konsystencje, jakiej długo szukałam. Wchłania się błyskawicznie, nie zostawia tłustego filtra i uczucia „spoconych rąk”. I nawet moje „styrane siłownią dłonie” 🙂 po użyciu tego specyfiku są aksamitnie gładkie. Jedyny minus, którego nie mogę pominąć  – to mało przyjemny zapach (przypomina męski płyn po goleniu). Ale dla efektu, jaki daje, jestem w stanie to jakoś przeżyć :). Jak zapewnia producent – nie zawiera parabenów, parafiny ani wazeliny a jego skład oparty jest na naturalnych składnikach z roślin i ziół Krety. Regularna cena za 150ml to 18,99 zł.

Make Me Bio – nawilżający krem do skóry suchej i wrażliwej (próbki)

W pudełeczku znajdziemy również dwie próbki kremu Make Me Bio: nawilżający do skóry suchej i wrażliwej „Garden Roses” oraz nawilżający dla skóry normalnej i wrażliwej „Orange Energy”. Ten pierwszy już przetestowałam (och ta moja  słabość do różu ;-)) i powiem Wam, że nie powalił mnie na kolana. Plus – za ładny zapach. Regularna cena za 60ml produktu to 49 zł.

Biotherm – krem do twarzy Aquasource, Synchroline – krem do twarzy Lipoacid Intensive i Ultra (próbki)

Kolejne próbki z pudełeczka i kolejne kosmetyki do wypróbowania: ten pierwszy już testowałam i jestem nim absolutnie zachwycona. Świetna, treściwa konsystencja, szybkie wchłanianie i zapach, który bardzo mi odpowiada. Najważniejszy jest jednak efekt, jaki pozostawia na skórze. Po jego użyciu buzia jest promienna i nawilżona. Najpierw wypróbowałam, a później doczytałam, że efekt ten został osiągnięty dzięki zawartości 5000 litrów wody termalnej (którą skoncentrowano w słoiczku Aquasource). Faktycznie wyczuwa się przenikanie tych nawilżających substancji przez skórę, a uczucie nawilżenia utrzymuje się przez długi czas. Zastanawiacie się pewnie , czy znalazłam jakiś minus?Jedyny, jaki zauważyłam, to ten, że próbka za szybko się kończy, a cena pełnowymiarowego opakowania jest dość wysoka – 129 zł. 🙁

Próbek z firmy Synchroline jeszcze nie stosowałam, ale warto tutaj zaznaczyć, że jest to ten produkt z pudełka, który możecie, ale nie musicie otrzymać. Pośród produktów wymiennych (otrzymujemy 2 z 6) w tym boxie znalazły się jeszcze: olejek do masażu z arniką od Weledy, krem do wrażliwej skóry rąk – również Weledy i 2 inne kremy od Synchroline.

Szampony Milva i balsam-krem do ciała z olejem arganowym L’Erbolario (próbki).

I to są te produkty, które okazały się totalnymi „niewypałami”. Szampony Milva ewidentnie nie polubiły się z moimi włosami, a sklejona skorupa, która powstała już podczas mycia była naprawdę niemożliwa do rozczesania gdybym nie zastosowała odpowiednich produktów. Także tym szamponom mówię stanowcze NIE. Podobnie sprawa ma się w przypadku balsamu-kremu do ciała L’Erbolario. Balsam niestety ciężko się wchłania, zapach z kolei nie powala… powala natomiast cena za pełnowymiarowy produkt, która wynosi aż 148 zł. Ja wyznaje zasadę, że skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać i zapewniam Was, że dużo lepiej działające balsamy znajdziecie w drogeriach za max. 20 zł.

Żel do mycia twarzy – Kueshi

I to jest dla mnie absolutny hit tego pudełka. Nie dość, że  za jedyne 19 zł otrzymamy pełnowymiarowy produkt, który w regularnej sprzedaży kosztuje 44 zł, to jak dla mnie – jest to produkt rewelacyjny. Aloes i rumianek, które znajdziemy w składzie, działają na skórę kojąco. Dodatkowy plus za konsystencje żelu, która po nałożeniu na twarz zmienia się w lekką piankę. Świetnie pachnie, usuwa nadmiar sebum i zanieczyszczeń, jednocześnie nawilża i stabilizuje pH skóry. Ja mam buzię bardzo wymagającą, a ten produkt od pierwszego użycia polubił się z moją cerą. Na ten moment – odstawiłam wszystkie inne produkty do wieczornej toalety twarzy i przyznam Wam szczerze, że nie ma wieczoru, żebym nie sięgnęła po żel od Kueshi. Jak już się skończy – na pewno zakupię kolejne opakowanie. Gorąco polecam!

I to już wszystkie produkty, jakie miałam okazje przetestować dzięki Inspired By. Podsumowując – według mnie taki box/pudełeczko – tester to świetna sprawa. Bez zbędnego wydatku mogłam osobiście przetestować, co mi służy i co powinnam zakupić, a jakie produkty powinnam omijać szerokim łukiem :-). Dzięki temu nie będę wyrzucać pieniędzy w błoto na produkty, które i tak nie będę używać… A Wy, co myślicie o takich box’ach? Wolicie najpierw przetestować, czy wolicie ryzykować zakup, który może okazać się niewypałem? Czekam na Wasze komentarze i do następnego.

 

Continue Reading

Orange & Navy Blue!

Przygotowując dzisiejszą stylizację doszłam do wniosku, że w powietrzu zdecydowanie czuć już jesień… Zatem i ja zdecydowałam się na kolory, po które nigdy nie sięgnęłabym latem… Ale jesienią, w otoczeniu spadających kolorowych liści – w brązach, beżach i oranżach czuje się jak ryba w wodzie ;). Dzisiejszy look jest trochę z pogranicza lata, trochę z pogranicza jesieni (bo nadal zachowany jest wakacyjny trend „odkrytych ramion”, ale jednak z dużym już ukłonem w stronę tego, co niewątpliwie się zbliża). Ja osobiście bardzo lubię tę niedocenianą przez większość porę roku. Uważam, że nie ma nic bardziej magicznego niż „złota polska jesień” i spacer po drodze na której leżą różnobarwne liście. Marzy mi się też, żeby o tej porze roku pojechać w Bieszczady i podziwiać piękno bieszczadzkiej jesiennej przyrody. Słyszałam, że jesienią jest tam jeszcze piękniej niż latem. Może w przyszłym roku uda się zrealizować to marzenie… A Wy, jakie macie marzenia? Pytam, bo pewnie nie wszyscy wiedzą, że wczoraj – 8 września obchodziliśmy Dzień Marzyciela, więc przy okazji życzę spełnienia wszystkich Waszych pragnień i do następnego!

Foto: Bartosz Skopiński

Bluzka- Medicine

Spodnie- Mango

Marynarka- C&A

Buty- Reserved

Torebka- Wittchen

Naszyjnik- Alicja Maria Jewellery

 

Continue Reading

Książkowi Ulubieńcy Wakacji!

Przygotowując się do tego wpisu uświadomiłam sobie, że dawno takiego na blogu nie było, a przecież kocham książki. Gdy tylko wygospodaruję odrobinę czasu to sięgam po kolejną pozycję z mojej biblioteczki, w której aż roi się, nie od moli, a od nieprzeczytanych jeszcze książek, które co rusz trafiają w moje ręce. Tak sobie myślę, że gdyby można było rozciągnąć dobę to poprosiłabym o jakieś dodatkowe 5 godzin na czytanie. Wtedy na pewno ze wszystkim byłabym na bieżąco, a już na pewno szybciej pochłonęłabym najlepszą książkę jaką czytałam i która również znalazła się w tym zestawieniu. Jesteście ciekawi co to za pozycja i jakie gatunki uwielbiam? Czytajcie dalej! 🙂

1. „Byle Dalej w 888 dni dookoła świata”- Marta Owczarek i Bartek Skowroński

Nie jest tajemnicą, że książki podróżnicze to numer jeden w mojej biblioteczce! One też zajmują w niej zaszczytne, honorowe miejsce, co oznacza, że zawsze układam je na wysokości moich oczu, tak żebym w każdej chwili mogła wrócić do ulubionych tytułów. I tak jest właśnie w przypadku książki „Byle dalej. W 888 dni dookoła świata” Marty Owczarek i Bartłomieja Skowrońskiego. Historia Bartka i Marty to niby nic odkrywczego. Dwoje ludzi, wspólna pasja i ogromna chęć żeby zrobić coś dla siebie.  Tak naprawdę jest to historia banalnie prosta, która może być opowieścią każdego z nas i być może, właśnie dlatego tak mnie urzekła. Nasi bohaterowie postanowili  porzucić swoje dotychczasowe życie, prace i wyruszyć w podróż, o której większość z nas rozmyśla i marzy. Oni udowadniają, że ze sfery marzeń, łatwo przejść do czynów. Jedyne co trzeba mieć to wystarczająco duże „jaja”, które mam nadzieję i mi kiedyś urosną! 😉 Oczywiście jak każda podróż tak i ta nie obyła się bez miłych i tych trochę mniej miłych przygód, ale nie chce Wam tutaj za dużo zdradzać, bo gorąco zachęcam żebyście sięgnęli po tę książkę. Jak to się teraz mówi? „Winter is coming”, a nie ma chyba nic przyjemniejszego, niż jesienny wieczór, z kubkiem kakao i dobrą, lekko napisaną książką, która przeniesie nas w cieplejsze rejony globu! Czy coś może się z tym równać? Chyba tylko rzeczywiste odwiedzenie miejsc do których zawędrowali Marta i Bartek! 😉

2. „Swoją drogą”- Tomek Michniewicz

Kolejną pozycją „must read” na mojej liście jest „Swoją drogą” Tomka Michniewicza. Tutaj również pojawia się wątek wyprawy, a właściwie trzech wypraw, w trzy zupełnie różne rejony świata i w towarzystwie trzech różnych osób. Pozycja fascynuje, śmieszy, ale często też daje do myślenia.  Autor bierze trzy bliskie sobie osoby: przyjaciela, żonę i tatę do miejsc, które sami mogą sobie wybrać. Na początku więc przenosimy się na Czarny Ląd i poznajemy kolegę Tomka oraz historię plemienia Baka. Zdradzę Wam w sekrecie, że jest to moja ulubiona podróż z tej książki i coraz częściej mam ochotę spakować plecak i ruszyć do Afryki, w której mnie jeszcze nie było. Historia wciąga, jak dobry kryminał, gwarantuję, że jeden dłuższy jesienny wieczór, a będziecie już po tej części i pozostanie tylko rozpacz, że skończyło się tak szybko. Ale książka się jeszcze nie kończy, są przecież jeszcze wyprawy, do Arabii Saudyjskiej, gdzie Tomek zabrał żonę i do Nowego Orleanu gdzie wybrał się z tatą. Mam wrażenie, że ta ostatnia miała być tą najmocniejszą częścią, a jakoś nie wyszło. Mnie osobiście dużo bardziej wciągnęły i zaintrygowały dwie wcześniejsze. Ale nie oznacza to, że podróż do Stanów Zjednoczonych była nijaka, warto sprawdzić to na własnej skórze. Być może Wam bardziej przypadnie do gustu wyprawa po amerykańskich pubach i ulicach w rytmie dźwięków bluesa. Wiem z dobrych źródeł, od  samego autora, że w przygotowywaniu jest nowa książka, której nie mogę się już doczekać. Tym bardziej, że ma się w niej pojawić wątek moich Indii…

3. „Shantaram”- Gregory David Roberts

A propos Indii, to do nich przeniesiemy się z 3 pozycją, która jest absolutną petardą w tym zestawieniu. Właściwie znalazłaby się na podium nawet jeśli brałabym pod uwagę wszystkie książki jakie do tej pory przeczytałam! :O „Shantaram” G.D Roberts’a nie bez powodu jest światowym bestsellerem i dziwie się tylko, że w moje ręce trafiła tak późno. Jest to inspirowana prawdziwymi wydarzeniami opowieść , która przenosi nas w brudne, tajemnicze, ale i piękne zakątki Bombaju. Główny bohater – Australijczyk, który w biały dzień uciekł z więzienia i przedostał się do Indii, właśnie w Bombaju odnajduje drugi dom. Tylko nie myślcie sobie, że to sielankowa opowieść o Bollywood i pięknych Indiach. O nie! To co tu znajdziemy, to szemrane interesy, bombajską mafię z niedopowiedzianymi praktycznie do samego końca wątkami i postaciami, które co rusz wkraczają w życie naszego bohatera, oraz kobietę – femme fatale dla której Lin traci głowę. Jest też moja ulubiona postać czyli Prabaker, którego nie da się nie lubić. Czytając zachwyty Marcina Mellera nad tą książką, myślałam sobie: „pic na wodę, na pewno przesadza, jak to zwykle w przypadku recenzji bywa”, a on pisał prawdę i tylko prawdę i wcale się nie dziwie, że pozycja ta na stałe zagościła w jego repertuarze podarków dla rodziny, przyjaciół, a nawet znajomych przyjaciół. Jeśli chcecie poznać Indie takie jakie ja znam, wyjątkowe, nieobliczalne i zaskakujące na każdym kroku,  wyjścia są dwa: albo kupcie bilet do Delhi albo sięgnijcie po Shantaram. Wszystkie sytuacje tam opisane, nawet te najdziwniejsze, dla kogoś kto tak jak ja, rok czasu spędził w Indiach, wcale nie były aż tak szokujące. I wierzcie lub nie, ale jestem prawie w 100% pewna, że każda z tych najbardziej absurdalnych historii zdarzyła się naprawdę.

I to były 3 książki z mojej biblioteczki, które polecam Wam na długie jesienne wieczory. Ja już rozglądam się za drugą częścią „Shantaram” czyli książką „Cień Góry” niestety w Empiku widziałam tylko wydanie w twardej oprawie, a 800-stronicowa pozycja i tak już jest wyjątkowo ciężka i nieporęczna, szczególnie w przypadku czytania na leżąco. 😉 Ale może i dobrze, że jeszcze jej nie dorwałam, bo pewnie znowu przepadłabym na kilka dni, a mam kilka ważnych projektów do zrealizowania. Także nie sięgajcie po wyżej wymienione pozycje, jeśli nie dysponujecie wystarczająco dużą ilością wolnego czasu, bo może to się źle skończyć! 😀 Ja lecę… czytać! Do następnego!

Continue Reading