Herbatki Hello Slim- czy one faktycznie odchudzają?

Zastanawialiście się kiedyś, czy to możliwe, że „zwykła” herbatka może zdziałać cuda: dodać energii, przyspieszyć metabolizm, zapewnić spokojny sen, zniwelować boczki, czy też poprawić wygląd naszej cery? Brzmi co najmniej jak jakiś magiczny wywar z kociołka, do którego wpadł Obelix bedąc dzieckiem… A chyba nie muszę nikomu przypominać, jaką nadludzką siłą ta postać dysponowała?! Co więcej, mam dla Was dobrą wiadomość – żeby spróbować takiego cudownego naparu nie trzeba szukać Panoramixa… Jedyne co trzeba – to posiadać dostęp do internetu i wiedza pt. „gdzie szukać”. Zainteresowani? Obiecuję, że wszystko wyjaśni się w dalszej części wpisu!

Wróćmy więc na ziemię ;). Doszły mnie słuchy, że niektórzy z Was wprost nie mogą się doczekać opinii na temat kuracji teatoxowej Hello Slim od firmy OHTOMI. Dlatego, nie będę Was już dłużej trzymać w niepoewności i osobiście zdam Wam relację, jak teatox sprawdził się u mnie. Zacznijmy od tego, że paczka, którą otrzymałam do testów zawierała miesięczną kurację,  po której powinny pojawić się już pierwsze efekty. Zestaw to tak naprawdę 2-stopniowy program, którego zadaniem jest poprawa naszego metabolizmu oraz pozbycie się z organizmu nagromadzonych toksyn. Mamy więc zestaw z saszetkami na dzień – Hello Slim Good Morning i zestaw z herbatkami na noc – Hello Slim Good Night. Obie wersje mają spełnić zupełnie różne funkcje, także zwróćcie koniecznie uwagę na oznaczenie na opakowaniu, no chyba, że chcecie np. rano wypić napar zaewniający spokojny sen! Wtedy drzemka przed komputerem w pracy gwarantowana!

Zacznijmy od przyjrzenia się bliżej herbatkom na dzień. Hello Slim Good Morning z założenia mają pomóc nam spalić kalorie, przyspieszyć metabolizm, zmniejszyć apetyt i zapewnić dodatkowy zastrzyk energii! Skład tego zestawu jest bardzo obiecujący, zresztą przekonajcie się sami. W składzie porannej herbatki znajdziemy:

  • zieloną herbatę – która jak wszyscy  wiemy wspomaga spalanie kalorii i zapewnia zastrzyk energii,
  • yerba mate – która znana jest ze swoich właściwości pobudzających i zmniejeszających apetyt,
  • dziką różę – która cudownie wpływa na naszą cerę, rozjaśnia ją i redukuje zmiany potrądzikowe,
  • liść eukaliptusa – który wspomaga trawienie glukozy,
  • guarane – która niweluje uczucie zmęczenia zarówno fizycznego, jak i psychicznego; poprawia również funkcjonowanie naszego układu nerwowego,
  • owoc czarnego bzu – który znany jest ze swoich właściwości antyoksydacyjnych,
  • korzeń cykorii – który wspomaga pracę wątroby.

Zadałam sobie pytanie: czy faktycznie Hello Slim Good Morning pomógł mi spalić zbędne kalorie? Tego nie wiem, nie mam przecież żadnej maszyny, która by to monitorowała. Jedno jest pewne – picie herbatek Hello Slim podczas posiłku sprawiało, że organizm nie domagał się takiej ilości jedzenia, jaką byłabym w stanie zjeść popijając śniadanie zwykłą herbatą. W połowie owsianki, która zazwyczaj nie stanowiła dla mnie najmniejszego problemu, miałam dość i byłam w pełni syta. Czułam się też o niebo lepiej, jeśli chodzi o poziom energetyczny. Wiecie, że zazwyczaj wstaje o 5 rano, więc około 8 – odczuwałam spadek formy. Po wypiciu Hello Slim na dzień dobry, zdecydowanie dłuzej mogłam funkcjonować na wyższych obrotach. Tyle z „plusów”. Nie mogę pominąć małego minusa – myślałam, że produkt pozwoli mi pohamować mój ogromny apetyt na słodkie… Niestety, tak wielkiego fana czekolady chyba nikt i nic nie jest w stanie od niej odciągnąć! 😉 Aaa i jeszcze jedno (prawie bym zapomniała) –  w pierwszym tygodniu od rozpoczęcia kuracji miałam mały wysyp „niechcianych gości na skórze”. Myślę, że był to efekt uboczny oczyszczania organizmu z toksyn. Dlatego też, nie zrażając się tym – ja nie przerwałam kuracji, a po jakimś czasie wszystko samoistnie wróciło do normy!

 

Herbatki na dzień dobry powinniśmy pić do śniadania (zaparzamy je zazwyczaj od 5 do 7 minut), natomiast Hello Slim Good Night – pijemy po ostatnim posiłku, ja zazwyczaj piłam na godzinę przed snem (parzymy krócej, bo tylko 2-3 minuty). Wieczorny napar ma za zadanie wyciszyć nas, poprawić jakość naszego snu i ukoić zszargane nerwy. Wieczorem herbatka ma także swoje „zadanie specjalne” – walczy z nagromadzonymi w ciągu dnia toksynami. W skład wieczornego naparu wchodzą:

  • korzeń lukrecji  który od bardzo dawna stosowany jest w leczeniu wrzodów żołądka,
  • trawa cytrynowa  udowodniono, że regularne picie z niej naparu pozwala znacząco pobudzić organizm, a tym samym zwalczyć objawy depresji; zmniejsza też wydzielanie przez cerę łoju, co ucieszy osoby borykające się z trądzikiem,
  • skórka pomarańczowa – nie dość, że pięknie pachnie, to ma również właściwości relaksujące i poprawiające jakość naszego snu,
  • mięta – która wspomaga trawienie,
  • korzeń imbiru – który przeciwdziała wzdęciom,
  • hibiskus – ma silne działanie antyoksydacyjne i zmniejszające stres oksydacyjny (niszczy wolne rodniki); działa również jako środek wspomagający lecznie otyłości.

Jeśli chodzi o moje spostrzeżenia: faktcznie – po takiej herbatce śpi się jak dziecko… Po wypiciu Hello Slim na noc mój sen był spokojniejszy, głębszy, a wczesne wstawanie nie tak dokuczliwe! 😉

Wróćmy jednak do pytania z początku wpisu: „Czy herbatki Hello Slim faktycznie odchudzają”? Chcąc być z Wami szczerą (bo nikt nie lubi, jak mu się wciska kit) – wydaje mi się, że to, czy schudniemy, czy też nie zależy tylko od nas! EUREKA! No nie oszukujmy się, cudów nie ma… Jeśli ktoś będzie z jednej strony pił herbatki, ale przy tym nie zmieni swoich nawyków (sport, zdrowe jedzenie) i  nadal będzie wcinać fast foody, a jedyną aktywnością będzie przesuwanie palcem po ekranie smartfona, to nie ma siły… Nic się nie zmieni!  Jeżeli natomiast do teatoxowego programu dodacie aktywność fizyczną i zdrowe posiłki, to rezultaty mogą przejść Wasze najśmielsze oczekiwania. Ja wreszcie pozbyłam się niechcianych boczków a mój brzuch już dawno tak pięknie się nie prezentował… Zatem zachęcam Was do eksperymentowania – nie wierzcie mi na słowo! Sami sprawdźcie i dajcie znać w komentarzach. Oryginalne herbatki Hello Slim możecie kupić TUTAJ!

I na koniec niespodzianka! Dla jednej/jednego z Was mam box z miesięczną kuracją Hello Slim (dokładnie taki sam jak na zdjęciu poniżej)! Wszystko, a raczej jedyne co musicie zrobić to wejść na mojego instagrama: KLIK i wziąć udział w konkursie! Powodzenia i trzymam kciuki! :*

Continue Reading

sLOVEnia czyli miłość od pierwszego wejrzenia!

Cześć wszystkim!

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o maleńkim państewku, mającym zaledwie 20 273 km kwadratowych powierzchni i około 2 mln ludności – Słowenii (dla porównania, Wielkopolska ma 29 826 km2!). Ale nie o liczbach jest ten wpis, bo nie od dziś przecież wiadomo, że rozmiar, kiedy przychodzi co do czego, nie ma znaczenia 😉 Powiem Wam szczerze, że Słowenia, przy pierwszej i jestem pewna, nie ostatniej wizycie –  powaliła mnie na kolana :).

Z ręką na sercu mogę przysiąść, że Słowenia jest jednym z najpiękniejszych europejskich państw! Co więcej, wskaźnik indeksu szczęścia i długość życia mieszkańców są tam bardzo wysokie, ale to nikogo kto był na Słowenii, nie powinno akurat dziwić. Skąd to się bierze? Z moich obserwacji wynika, że z permanentnej potrzeby ruchu. Słoweńcy kochają sport i widać to na każdym kroku. Sport uprawiają dosłownie wszyscy, z tym, że starsi mieszkańcy w pewnym momencie przerzucają się z biegania na spacery po górach.

Do Słowenii wybraliśmy się samochodem, co przy 4 podróżujących osobach okazało się najbardziej ekonomiczną opcją. Paliwo plus winiety uczyniły nas około 350 zł od osoby. Wybierając się w podróż samochodem pamiętajcie, żeby zaopatrzyć się w dobrą nawigację (ta w telefonie, po przekroczeniu granicy, niestety przestaje działać!). Kiedyś pół dnia błądziłam po Pradze samochedem, zapominając o isteniu GPS i  będąc przekonana, że bez problemu trafię do celu. Guzik prawda!  Nie zapominajcie, że odpowiednią aplikację, która działa również w trybie offline,  można ściągnąć na smartfona. Jedno jest pewne – odpowiedni sprzęt na pewno zaoszczędzi nam sporo nerwów, czasu i dodatkowych kilometrów :).

Jeśli chodzi o noclegi to niestety nie wiem jak to się kształtuje cenowo. Mam to szczęście, że w Słowenii mieszka moja przyjaciółka, która przejeżdżając kiedyś przez ten maleńki kraj, tak go pokochała, że postanowiła tam zamieszkać! Jak mam być szczera, to wcale jej się nie dziwie i gdybym tylko nie miała w Polsce wspaniałej pracy, hipoteki i kilku marzeń do zrealizowania, to być może też zapuściłabym tam korzenie…

Czas chyba przejść do atrakcji, czyli tego co Słownia ma nam do zaoferowania:

  • na pierwszym miejscu postawiłabym na „naturę” – zrobiła na mnie największe wrażenie. Naturę widać tutaj na każdym kroku, nawet siedząc na balkonie masz to szczeście upajać się pięknymi widokami, a otaczające Cie z każdej strony góry zapierają dech w piersiach. Fani rozbójnika Rumcajsa też będą zadowoleni, bo aż 50% kraju stanowią lasy. Podczas naszego 4-dniowego pobytu odwiedziliśmy dwie „górki” – Jošt i Golice :). Wdrapanie się na tą pierwszy zajęło nam jakąś godzinę. I choć sapaniu i narzekaniu nie było końca (wszak człowiek mieszkający na nizinach nie jest przyzwyczajony do takich ekstremalnych ekscesów… haha), to przepiękny widok  zrekompensował nam cały trud i sprawił, że nabraliśmy ochoty na więcej. Nazajutrz postanowiliśmy wspiąć się na Golice. To rozłożysta góra nad Jesenicami, której osobliwością są kwitnące w drugiej połowie maja narcyzy białe. I choć, podczas naszego pobytu, narcyzy jeszcze się na dobre „nie rozhulały”, to i tak było warto (widoki były nieziemskie); 
  • następna obowiązkowa atrakcja to jezioro Bled. To właśnie tam, znajduje się najstarszy hotel (Hotel Golf powstał w 1937 roku). Piękne jezioro, z jeszcze piękniejszym widokiem i z dużym sercem umiejscowionym na pomoście (przy którym wszyscy turyści robią sobie pamiątkowe zdjęcia), okazało się też idealną miejscówką na zaręczyny. Spokojnie, nie moje, a moich przyjaciół! 😉 Mam nadzieję Asiu, że był to jeden z najcudowniejszych dni w Twoim życiu… Ja, z naszego wypadu nad Bled oprócz mile spędzonego czasu ze wspaniałymi przyjaciółmi, zapamiętam też grilla, którego, jak się poźniej okazało, wcale nie mieliśmy prawa w tym miejscu robić…
  • jeśli natomiast wypoczynek dla Was oznacza plażę, słońce i leżenie plackiem, to spokojnie – Słowenia też ma taką opcję do zaoferowania. Ze stolicy kraju – Lublany, jakąś godzinę zajmie droga samochodem nad morze. A stamtąd „rzut beretem” jest już do Chorwacji, którą pewnie kojarzycie z pięknych widoków i skalistych plaż. My zdecydowaliśmy się pozostać w Słowenii, bo po co jechać do Chorwacji, skoro w nadmorskim Piranie jest równie pięknie? I choć dostępu do morza Słowenia ma niewiele i mieszkańcy nawet sobie z tego żartują, że aby romantyczny spacer wzdłuż słoweńskiego wybrzeża trwał wystarczająco długo, trzeba zawracać przynajmniej 10 razy – to zapewniam Was, że aby to sprawdzić, należy tam pojechać ;-).

Pamiętajcie, że jeżeli wybieracie się do Piranu w sezonie, to warto zaparkować samochód w pobliskiej miejscowości Portorož (nazwa  dosłownie oznacza „Port Róż” i faktycznie zachwyca roślinnością). Warto też przejść się nadmorskim bulwarem do Piranu. My, mimo iż byliśmy poza sezonem, również wybraliśmy tę opcję, bo nie ma chyba nic przyjemniejszego niż spacer brzegiem morza. Podczas takich wypraw można nieźle naładować akumulatorki. Morska bryza, lekki wiatr i miasteczko, do którego zmierzaliśmy, a które było widać gdzieś w oddali sprawiły, że można by było tak iść i iść… zapominając o Bożym świecie.

A jak już wreszcie dotrzecie do Piranu to „przepadniecie”. Jestem pewna, że zakochacie się w tych kolorowych kamieniczkach, wąskich uliczkach i porcie, który pełen jest prywatnych jachtów. To właśnie tutaj odbyła się sesja z tego wpisu (KLIK).

To były 4 fantastyczne dni, spędzone zarówno na aktywnym wypoczynku, jak również leniuchowaniu. Z całego serca chciałąbym podziękować mojej przyjaciółce – Agnieszce ,  która dołożyła wszelkich starań, aby ten wyjazd był dla nas niezapomniany. Jestem na 100% pewna, że do Słowenii wrócę i to nie jeden raz i mam cichą nadzieję, że nastąpi to szybciej, niż myślę.

Continue Reading

O tym dlaczego moi znajomi przestali ze mną jeść + stylizacja z Piranu.

Cześć wszystkim!

Dzisiaj chciałabym Wam opisać pewne zdarzenie. Sytuacja sprzed kilku dni. Jestem z moimi przyjaciółmi  w przepięknej Słowenii, a dokładniej – tego dnia nad Adriatykiem, w malowniczej miejscowości Piran. Wszyscy zadowoleni. Chodzimy, zwiedzamy… Czasami komuś zdarzy się trochę ponarzekać, że trochę za mocno wieje… Ale ogólnie jest fajnie, wakacyjnie i przyjemnie. Tak intensywnie zachwycamy się malowniczym Piranem, że zapominamy o „Bożym świecie”, a o którym drastycznie postanowiły nam przypomnieć nasze „kiszki”, które zaczęły grać przysłowiowego marsza. Co tu robić? Szukamy fajnej miejscówki, niezbyt tłocznej, najlepiej też nie za drogiej, ukrytej w którejś z licznych wąskich uliczek. Ma być kameralnie i pysznie, ot takie nasze małe widzimisię! Jednak znalezienie naszej idealnej knajpki  okazuje się nie lada wyzwaniem! Na szczęście jest w naszej paczce ktoś, kto mimo długiego pobytu na słońcu, jeszcze potrafi trzeźwo myśleć i wpada na pomysł skorzystania z niezwodnego Trip Advisora. Dzięki niemu, trafiamy do klimatycznego Fritolin pri Cantini, położonego na malutkim placyku, mało uczęszczanym przez turystów. Jest dokładnie tak jak być powinno: owoce morza i potrawy z ryb na sąsiednich stolikach wyglądają tak smakowicie, że „marsz” naszych żołądków przekształca się w „bieg”. Zamawiamy i czekamy! Czekamy… czekamy! Wcale nie tak długo, ale pamiętajcie, że Polak głodny, to Polak zły. Minuty oczekiwania na nasz posiłek zamieniają się w tryliardy lat świetlnych! 😉 W końcu obsługa wiesza kartonową rybkę z numerkiem naszego zamówienia na haku… Nasze danie jest wreszcie gotowe! Odbieramy talerze pełne pyszności, chwytamy za widelce i…

Nagle przypomina mi się, że przecież jestem również blogerką, że co jak co, ale moi czytelnicy na pewno chcieliby zobaczyć zdjęcia tych pyszności… A nóż będą kiedyś w Piranie. Mówię: STOP! I patrzę na zbolałe miny moich towarzyszy. Ale nie ma zmiłuj, nie jemy dopóki nie zrobię satysfakcjonujących mnie zdjęć (a wierzcie mi, że wykonanie ich aparatem stanowi dla mnie nie lada wyzwanie). Po dłuższej chwili  odkładam aparat, zdjęcia wreszcie zrobione, możemy zacząć delektować się pysznościami słoweńskiej kuchni… Moi współtowarzysze sięgają po widelce, a mi nagle przypomina się, że przecież jeszcze Instagram!. Żeby nie przeginać, tym razem chwytam za telefon… Kątem oka zauważam lekkie zirytowanie osób siedzących przy stole, moi przyjaciele podejrzanie mocniej zaciskają ręce na swoich nożach… Szybko nagrywam Instastory, cykam kilka fot i łaskawie pozwalam na konsumpcję. Uff, groźne miny znikają, a na ich twarzach pojawia się błogie zadowolenie, że wreszcie mogą kosztować tych pyszności… Szkoda tylko, że nasze dania, pierwotnie ciepłe, trochę ostygły… Na moje szczęście, wszyscy byli tak głodni, że nikt tego faktu nie raczył zauważyć.

Foto: Bartosz Skopiński

Sukienka- Sugarfree

Plecak, zegarek- Parfois

Okulary- Mohito

Naszyjnik- Ania Kruk

Continue Reading

Metamorfoza!

Hej Kochani! Dzisiaj zapraszam Was na wpis jakiego jeszcze na tym blogu nie było ;-). Jego bohaterką, wyjątkowo, będzie Patrycja -zwyciężczyni konkursu „Wygraj Metamorfozę”, w jakim mogliście wziąć udział, jakiś czas temu, na moim profilu na facebooku–> KLIK Patrycję pozanałam tydzień temu, kiedy to odbyła się cała „akcja” łącznie ze sesją zdjęciową, a której efekty będziecie mogli zobaczyć poniżej. Jest to przesympatyczna mama dwójki urwisów, która na codzień pracuje w przedszkolu. Zazwyczaj cały swój wolny czas poświęca rodzinie i dzieciom, dlatego bardzo się ucieszyłam, że tym razem to „my” mogliśmy ją trochę porozpieszczać.

Zapraszam na fotorelację z tego wyjątkowego dnia!

Metamorfozę zaczęłyśmy od Salonu Beauty Design (KLIK). Na początek, konieczne okazało się „ujarzmienie” i  nawilżenie włosów naszej bohaterki. Patrycja została poddana zabiegowi „ozonowej sauny parowej”, która jest idealnym zabiegiem głębokiego nawilżania włosów, a w szczególności włosów wysuszonych, słabych, porowatych, zniszczonych, łamliwych i pozbawionych blasku. Daje efekt pięknych, elastycznych, sprężystych i lśniących włosów, który w domowych warunkach niestety jest nie do osiągnięcia.

Następnie, wspólnie z Agnieszką z Beauty Design, ustaliłyśmy fryzurę w jakiej Patrycja będzie nie tylko wyglądać „odlotowo”, ale też będzie odpowiednia dla jej typu urody. Aga przekonała nas, że delikatne fale upięte na bok, nie tylko pięknie odsłonią buzię naszej bohaterki, ale też dodadzą sylwetce zwiewności, a całej stylizacji bardziej kobiecego charakteru… Z pewną dozą nieśmiałości muszę stwierdzić, że to był „strzał w dziesiątkę”. Naturalna, nieprzekombinowana fryzura idealnie się w tym przypadku sprawdziła.

Przy okazji, wszystkim czytelniczkom bloga z Leszna i okolic, chciałam bardzo polecić salon Beauty Design, i pracującą tam Agnieszkę. To profesjonalistka w każdym calu, nie tylko spełnia wszystkie życzenia swoich klientek, ale też cały czas się rozwija, szkoli i podąża za obowiązującymi trendami. Miła atmosfera jaka panuje w salonie sprawia, że siedząc na fotelu ma się wrażenie, jakby się wpadło na kawkę do dobrej znajomej, a nie do fryzjera…

Kolejnym etapem naszej Metamorfozy był oczywiście makijaż, który profesjonalnie wykonała Ada z Salonu Kosmetycznego Muscari (KLIK). Ada zaproponowała tzw. dzienną wersję „smokey eyes”  (kojarzymy go zazwyczaj ze specjalnymi okazjami i wieczornymi wyjściami, a w naszym wydaniu Patrycja mogła przekonać się, że można go również zastosować na codzień).  Wykonany przez Adę makijaż przepięknie podkreślił urodę Patrycji; ładne duże oczy i pełne usta wreszcie miały odpowiednią oprawę, a sama Patrcyja przyznała, że choć na codzień się nie maluje, to bardzo dobrze się czuje w takiej odsłonie.

Ada i jej dzienna propozycja makijażu idealnie wpisała się w moją wizję „Patrycji po metamorfozie”. Koniecznie zajrzyjcie na jej profil na FB! Znajdziecie tam nie tylko makijażowe propozycje… „Mani” wykonane przez Adę nie ma sobie równych (ja osobiście jestem ich ogromną fanką)! Z czystym sumieniem polecam i wpisuję Salon Muscari na swoją osobistą „Beauty Mapę” Leszna.

Kiedy już załatwiłyśmy sprawę fryzury i makijażu, przyszła kolej na coś, co tygryski lubią najbardziej… Udałyśmy się do dobrze Wam już znanego sklepu La Boca (KLIK) i zaczęłyśmy wybierać odpowiednią dla Patrycji stylizację. Jak się okazało, nasza bohaterka pięknie prezentuje się w czerwieni… Czerwona sukienka, która od razu wpadła nam w oko – stała się główną bohaterką pierwszej stylizacji.

Kolejną perełką w La Boca okazła się granatowa marynarka w wiśnie oraz spodnie, tzw. „marchewki” – jest to fason ze zwężającymi się nogawkami; tak naprawdę nadaje się do każdej figury, ponieważ nie zaburza proporcji. Spodnie tego typu dobrze wyglądają zarówno z butami na obcasie, jak i balerinami.

Patrycja w granatowym garniturze wyglądała przepięknie! Zobaczcie sami – jest klasycznie, elegnacko, ale i z nutką humoru, a T-shirt i baleriny nadają całej stylizacji bardziej casualowy charakter.

Naszej bohaterce przypadło do gustu kilka zaproponowanych stylizacji, a voucher upominkowy, który był jedną z nagród w metamorfozie, na pewno zostanie przez Patrycję we właściwy sposób spożytkowany 😉

Bardzo jestem ciekawa, która stylizacja i które „wydanie” Patrycji bardziej przypadnie Wam do gustu! Z niecierpiliwością czekam na Wasze komentarze.

Pysznym zwieńczeniem naszego wspólnego dnia była wspólna kawa w restauracji Zielona Antresola (KLIK). Piękny wytrój, przemiła obsługa i nasze uśmiechnięte buzie, myślę powiedzą Wam więcej niż tysiące słów…;)

I na koniec zostawiam Was ze zdjęciami ślicznej Patrycji! Koniecznie dajcie znać czy Wam się podoba metamorfoza jaką przeszła nasza bohaterka!

Foto: Dorota Siemianów

Continue Reading

Catch the moment!

Hej Kochani! Dzisiaj trochę powrotu do dzieciństwa, które zawsze wywołuje uśmiech na mojej twarzy…  Ale od razu uspakajam, nie będziemy się tutaj bawić w Benjamina Buttona 🙂 a jedynie przenosić do przeszłości za pomocą swoistego rodzaju wehikułu czasu, czyli albumu ze zdjęciami. Dzięki mojej mamie, każdy rok z mojego dzieciństwa jest dokładnie udokumentowany w postaci wydrukowanych zdjęć, które poukładane są w kolejności chronologicznej w dziesiątkach albumów. To ona, z ogromną dbałością pilnowała, żeby nic mi z tych najwcześniejszych chwil nie umknęło. Otwierając album ze zdjęciami, za każdym razem, zapominam o „Bożym świecie” i przenoszę się do czasów bez komórek, komputerów i innych bajerów. Wiem, powiecie, że teraz jest prościej, łatwiej, że zdjęcia możemy zapisać na dysku, albo w telefonie… Ale sami sobie odpowiedzcie, czy siedzenie przed ekranem komputera i oglądanie zdjęć w „jpgach” ma ten sam urok i klimat, co otwieranie albumu i przerzucanie kolejnych stron? Nie wiem, może to ja jestem dziwna, ale przeglądanie fotografii na tego typu urządzeniach mnie osobiście nie kręci! Bardzo się ucieszyłam, że wspólnie z Saal Digital (KLIK) mogłam stworzyć swoją pierwszą, osobistą foto-książkę. Ktoś może powiedzieć, że foto-książka to przecież nie to samo, co album ze zdjęciami… Czyżby? Jak dla mnie, to nowocześniejsza wersja właśnie dawnych albumów. Samemu można zaprojektować okładkę i umieścić na niej opis nakierowujący na to, jakich zdjęć możemy spodziewać się w środku…  Sztywne strony zabezpieczają przed ewentualnym zniszczeniem i dają bardzo dużo frajdy (przewracanie ich jest zdecydowanie bardziej ekscytujące niż scrollowanie myszką). I wreszcie – pięknie oprawioną foto-książkę można podarować w prezencie, albo postawić na półce i sięgnąć po nią w każdej chwili, kiedy najdzie nas ochota na wspomnienia. Wyobrażacie sobie, że dajecie komuś w prezencie, albo stawiacie na półce pendrive’a z fotami? Trochę słabe, prawda?! 🙂

A jak zaprojektować taką foto-książkę?

Najpierw trzeba zainstalować na swoim komputerze program. Jeśli na słowa „komputer”, „zainstalować” i „program” włos się Wam na głowie zjeżył, to od razu uspokajam – jest to dziecinnie proste, a cały proces przebiega bardzo sprawnie. Następnie, zanim zdecydujemy, jakie zdjęcia chcemy umieścić w naszej foto-książce, musimy podjąć jeszcze kilka ważnych decyzji – odnośnie formatu, rodzaju okładki, ilości oraz rodzaju stron (do wyboru mamy błyszczące oraz matowe). Fajne jest również to, że w programie, do wyboru, są już gotowe układy, które można wykorzystać do komponowania własnych kolaży. Ja w swojej foto-książce zdecydowałam się na uwiecznienie kilku chwil z moich podróży (stanowią dla mnie bardzo ważną część mojego życia i chętnie do nich wracam).

I tym sposobem powstał mój pierwszy „Travel Diary”! 😉 Co do tytułu nie miałam wątpliwości; napis mógł być w sumie po polsku, ale tutaj odezwało się chyba moje zboczenie zawodowe i wykształcenie filologa ;). Przyznam się, że dużą trudność stanowiło dla mnie wybranie kilkunastu odpowiednich zdjęć, ponieważ  mam ich tysiące (mój dysk już się powoli buntuje i ciągle przypomina, że za chwilę zabraknie mu miejsca :-))… i to chyba kolejny argument za tym, żeby wybrane zdjęcia archiwizować w postacie książek, a nie folderów. Swoje kolaże opatrzyłam też cytatami oraz datą, kiedy dana podróż miała miejsce.

Przekopanie się przez tysiące zdjęć było nie lada wyzwaniem… Ale ostatecznie dałam radę i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jestem zachwycona ostatecznym efektem! <3

Zwróćcie też uwagę na jakość zdjęć, które zamierzacie wydrukować. Co prawda, program podpowiada nam, czy dana fotka jest w rozdzielczości dopuszczalnej do poprawnego wydruku, jednakże nie zważając na ostrzeżenia i dodając zdjęcia słabej jakości, sami strzelamy sobie w kolano – wszystkie błędy niestety będą widoczne.

I na koniec „naszego projektowania” – pamiętajcie, mamy możliwość podglądu przed wydrukiem oraz wprowadzenia ewentualnych poprawek; sprawdźcie, czy wszystko wygląda tak, jak to sobie zaplanowaliście (Saal Digital oferuje taką opcję).

Uff, wreszcie zaprojektowałam, zatwierdziłam i złożyłam zamówienie, które dotarło do mnie bardzo szybko.

Powiem Wam szczerze, że przeglądanie swojej własnej foto-książki jest bardzo miłym uczuciem; z ekscytacją po raz pierwszy przewracałam kartki i przeglądałam zawartość. I już teraz wiem, że nie będzie to moja ostatnia przygoda w uwiecznianie wspomnień! Wiem, że kolejna foto-książka na jaką się zdecyduję, będzie już prezentem. Wiem nawet dla kogo i na jaką okazję ją zamówię… Ale póki co, nic więcej nie zdradzę, żeby nie psuć niespodzianki! 🙂

A Wy, jakie zdjęcia byście umieścili we własnym egzemplarzu?

Buziaki i do następnego! :*

Continue Reading