Postanowienia Noworoczne 2018!

Temat postanowień noworocznych jest u mnie wałkowany co roku… Co roku również obiecuję sobie, że w tych postanowieniach wytrwam. I pewnie nie trudno się domyślić, że z wytrwałością różnie to bywa… Po części dlatego, że z biegiem czasu zapominam, co też sobie w ramach „noworocznej euforii” obiecałam ^^, a po części dlatego, że gdzieś po drodze – brakuje mi motywacji. Ale w 2018 roku powiedziałam „basta”! Czas wreszcie dojrzeć i podejść odpowiedzialnie do realizacji wyznaczonych sobie celów; czas wreszcie spełnić postanowienia, które przecież mają sprawić, że moje życie będzie lepsze, pełniejsze… A ten wpis ma mi o tym nieustannie przypominać! Gotowi? No to zapraszam do lektury mojej listy postanowień noworocznych.

1. Przynajmniej raz w miesiącu gdzieś wyjechać!

Ten kto śledzi mojego instagrama wie, że nie ma drugiej takiej rzeczy, która sprawiałaby mi tyle radości i dawała tyle szczęścia co podróże. Wybierając się chociażby na weekendowy wyjazd wracam z maksymalnie naładowanymi akumulatorami, a pozytywną energią mogłabym zarazić co najmniej pół Leszna (a musicie wiedzieć, że nie jest to wcale takie małe miasto :)). Właśnie tak na mnie działa odkrywanie nowych miejsc, poznawanie nowych ludzi, zwyczajów i pysznej kuchni z różnych zakątków globu. W związku z powyższym – obiecałam sobie, że w tym roku będęco miesiąc, regularnie wyjeżdżać. Nie musi to być od razu kraniec świata, zadowoli mnie chociażby krótki weekend w Karpaczu, do którego mam całkiem blisko. Postanowienie póki co ma się świetnie. Bilety na koniec stycznia już zarezerwowane. A gdzie się wybieram? O tym na pewno niebawem tu przeczytacie! 🙂

2. Nieustannie się doskonalić!

W różnych dziedzinach. Chociaż myśląc o tym postanowieniu, głównie chodzi mi po głowie jedna rzecz – MAKIJAŻE. Pomimo tego, że w ciągu minionego roku zrobiłam niesamowity postęp, jeśli chodzi o sztukę makijażu, to bardzo chciałabym uczyć się więcej i więcej :). Wystarczy ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Na moją listę na rok 2018 obowiązkowo wpisałam udział w co najmniej dwóch kursach makijażu (oczywiście u moich ulubionych wizażystek). Dodatkowo, w ramach doskonalenia w domowym zaciszu, obiecałam sobie, że raz w tygodniu będę przygotowywać dla Was makijażową inspirację i będę ją wrzucać na instagram. Uważam, że jak do tej pory, całkiem nieźle mi wychodzi dotrzymywanie tego postanowienia. Zresztą zerknijcie sami –> KLIK 

3. Czytać!

Nie żebym mało czytała. Przeglądam przecież codziennie masę blogów, instagramowych profili, czy stron internetowych… ^^ Nie zmienia to jednak faktu, że strasznie brakuje mi tej dość oldschoolowej formy spędzania wolnego czasu, czyli czytania książek. Obiecałam sobie, że codziennie będę czytać chociażby 30 minut. Ktoś może powiedzieć – niby niewiele, ale jak to się zbierze w tygodnie, miesiące, a później podliczy rok to wyjdzie całkiem sporo – jakieś 160 godzin. Nieźle, prawda? Sama jestem też ciekawa ile książek uda mi się przeczytać, jeśli będę działać wg tego schematu…

4. Wspierać potrzebujących!

To chyba jedno z tych postanowień, za które najbardziej trzymam kciuki. Wierzę, że mój zapał dotyczący wspierania różnych akcji/aukcji charytatywnych nie zmaleje i że kończąc 2018 rok z dumą spojrzę na ten wpis, myśląc sobie „I did it!”. Postanowiłam sobie, że co miesiąc będę zasilać określoną sumą pieniędzy różne cele charytatywne. Na stronie „siepomaga.pl” można znaleźć mnóstwo tego typu próśb, a każda złotówka dla tych potrzebujących ma znaczenie! Dlatego, każdego z Was, chciałabym również gorąco zachęcić do tego typu działań. Jak to się kolokwialnie mówi „w kupie siła” , a ja wiem, że my Polacy, w dobrym celu potrafimy się pięknie jednoczyć, czego dowodem jest chociażby rekordowa zbiórka na WOŚP. Poza tym pamiętajcie, że dobro zawsze wraca ze zdwojoną siłą!

5. Skończyć remont domu!

Pewnie nie wszyscy z Was wiedzą, że od zeszłego roku mieszkam w swoich własnych „czterech kątach”. Dom, który sobie wymarzyłam, nadal jest w fazie remontu i urządzania. O ile można by było powiedzieć, że dół jest już prawie całkowicie skończony, o tyle góra –  wymaga jeszcze mnóstwa pracy. Wierzę jednak, że w tym roku uda się postawić przysłowiową „kropkę nad i” i wreszcie z dumą będę mogła powiedzieć „zrobiłam to”. Póki co, najbardziej doskwiera mi brak garderoby, która chyba nie tylko dla mnie, jest jedną z niezbędnych przedmiotów. Trzymajcie zatem kciuki, aby skończenie remontu było kwestią kilku najbliższych miesięcy.

6. Postawić na aktywność fizyczną!

Pod koniec 2017 roku złapałam jakiegoś treningowego doła. Mając do wyboru siłownie, czy wieczór z Netflixem i paczką popcornu, czy też chipsów, zawsze stawiałam na to drugie! Na efekty moich wyborów nie musiałam długo czekać… (odbiło się to oczywiście na mojej sylwetce). Ale, od tego tygodnia wreszcie powróciłam na właściwe tory i od poniedziałku zaliczyłam już 3 treningi!!! Oczywiście zamierzam do treningów podchodzić z głową – będę ćwiczyć regularnie, ale nie więcej niż 5 razy w tygodniu (tak, żeby znowu nie pojawiło się przetrenowanie i niechęć do sali treningowej). Dodatkowo, odstawiłam wszystkie smażone rzeczy i słone przekąski, a w to miejsce pojawiły się warzywa. O i tutaj przydadzą mi się niesamowite pokłady silnej woli, ale wierzę, że się uda! 🙂

7. Próbowanie nowych rzeczy!

Postanowienie, które tak naprawdę może przybierać różne formy (ze względu na to, że jest bardzo ogólne). Generalnie chodzi o to, żeby próbować czegoś, czego nigdy wcześniej nie robiłam, bo: albo się bałam, albo byłam zbyt leniwa, albo nie miałam ku temu okazji. Pierwszą z rzeczy, która przychodzi mi do głowy jest spróbowanie jazdy na snowboardzie. Na nartach jeżdzę od wielu, wielu lat i nie wywołują one u mnie już takiej ekscytacji jak kiedyś, dlatego z chęcią przerzucę się na coś nowego. W związku z tym przy najbliższej wizycie w górach wypożyczam dechę i próbuję. Jestem bardzo ciekawa, czy snowboard podbije moje serce równie mocno, jak kiedyś narty.

Kolejna rzecz, z tych których nigdy nie robiłam, to hybrydowy manicure w domowym zaciszu. Całkiem niedawno zaopatrzyłam się w zestaw startowy od Firmy NeoNail i już nie mogę się doczekać pierwszych efektów. Zatem koniec wymówek. Czas sprawdzić, czy faktycznie jest to takie łatwe, jak wszyscy mówią. Dodatkowo, nowa kolekcja Paris My Love, całkowicie skradła moje serce i dlatego, jako pierwsza, wyląduje na moich paznokciach.

Jeśli również chcecie zacząć swoją przygodę z hybrydą, to firma NeoNail przygotowała dla Was bardzo fajny konkurs, w którym do wygrania między innymi: tydzień metamorfoz z Ewą Chodakowską, zestaw biżuterii marki Lilou oraz Starter Set Premium od NeoNail. Aby wziąć w nim udział należy zrobić zakupy za minimum 50 zł, zachować paragon, wejść na stronę https://happynewyou.neonail.pl/ i odpowiedzieć na proste pytanie: „Jak dotrzymać swoich postanowień noworocznych”. Prawda, że łatwe? Zatem do dzieła!

8. Dbać o relacje z przyjaciółmi!

Ubiegły rok nauczył mnie, że jedną z najważniejszych rzeczy w życiu jest otaczanie się właściwymi, życzliwymi i ciepłymi ludźmi. Takimi, którzy ciągną nas w górę, a nie pchają w dół. Prawdziwymi przyjaciółmi, którzy życzą Ci dobrze, cieszą się z Twoich sukcesów, a nie takimi, którzy czerpią radość z naszych potknięć i porażek. Rok 2017 był dla mnie rokiem weryfikacji wielu znajomości. Teraz wiem, w jakie przyjaźnie warto wchodzić i w 2018 roku zamierzam pielęgnować te znajomości. Mogę nie widzieć się z kimś bardzo długo, bo na przykład dzieli nas sporo kilometrów, ale jeśli ta osoba jest na liście życzliwych mi osób, prawdziwych przyjaciół, to obiecuję, że zrobie wszystko aby ta znajomość nie uschła.

9. Cieszyć się życiem!

 Tak po prostu!

Continue Reading

Kochany Święty Mikołaju…

„Kochany Święty Mikołaju…” któż z nas nie pamięta dni, kiedy to właśnie tymi słowami starannie spisanymi na pięknej papeterii  rozpoczynaliśmy grudzień? Od tego czasu sporo się zmieniło… W Świętego Pana z siwą brodą chyba już przestaliśmy wierzyć, ale nie przestaliśmy czekać na podarki. Dla mnie prezenty w Święta nie są najważniejsze, co nie zmienia jednak faktu, że miło zobaczyć pod choinką chociaż symboliczny, drobny upominek. Dzisiaj chciałabym pobawić się trochę w Elfa, czyli pomocnika Świętego Mikołaja, który pomaga mu kompletować prezenty dla wszystkich grzecznych dzieci… Pojawią się propozycje dla niej i dla niego i to takie, którymi sama chętnie obdarowałabym swoich bliskich. Gotowi? No to startujemy! 🙂

Świąteczne pomysły na prezent dla niej:

Kosmetyki!

Moje Drogie, chyba nie muszę Was przekonywać, że kosmetyków nigdy za wiele?! To coś, co każda z nas lubi i potrzebuję. Choć w normalnych okolicznościach zaopatrujemy się w kosmetyki pierwszej potrzeby, czyli te które używamy na co dzień, to od święta można poszaleć i sprawić komuś „marzo-kosmetyk”. Tak wiem, że nie ma takiego słowa. 😉 Powstało ono na potrzeby tego wpisu i oznacza kosmetyk marzenie, o którym śnimy po nocach, a którego jednak sobie nie kupujemy, bo przecież na co dzień jest tyle innych wydatków. Wierzcie mi, taki marzo-kosmetyk będzie strzałem w dziesiątkę i na pewno ucieszy obdarowywaną osobę. W przypadku tej kategorii macie też duże pole do popisu. Może to być coś z pielęgnacji, czyli na przykład krem pod oczy, o którym słyszeliśmy wiele dobrego, nowa paletka cieni, czy idąc dalej, akcesoria do makijażu, które obecnie można kupić w świetnych świątecznych zestawach.

Vouchery!

Kolejna moja propozycja to vouchery! Tutaj również mamy duże pole manewru. Może to być zarówno voucher na zabieg pielęgnacyjny, makijaż, masaż, czy voucher/karta podarunkowa do ulubionego sklepu. Dla każdego znajdzie się coś w zależności od upodobań. Zatem szalejcie! 🙂

Bilety!

W tej kategorii mowa o wszelkiego rodzaju biletach. Ja osobiście najbardziej ucieszyłabym się z tych lotniczych (wiecie jak kocham podróże), ale w grę wchodzą również bilety na koncert ulubionego zespołu czy wokalisty… Szkoda, że te na Edka Sheerana są już wyprzedane! Dobrze pamiętam jak kiedyś podarowałam taki właśnie bilet na koncert zespołu Coldplay i radości było co niemiara. Także jeśli wiecie kogo muzycznie lubi osoba obdarowywana to śmiało kupujcie, a nie będzie mowy o żadnej prezentowej wpadce. Można też iść o krok dalej i kupić na przykład bilet na całe wydarzenie muzyczne, czyli Open’er Festival. A w tym roku na Opene’rze naprawdę będzie się działo: Depeche Mode, Massive Attack, Gorrilaz czy Bruno Mars – to tylko niektóre z gwiazd które się pojawią. <3

Biżuteria!

Biżuteria to kolejna po kosmetykach rzecz, której nigdy za wiele. Do tej kategorii zaliczam zarówno wymarzone przez naszą mamę kolczyki, zegarek dla dziadka (i tutaj zahaczamy o akapit: prezenty dla niego :)) czy bransoletka dla przyjaciółki.  Mnie w tym roku niezwykle urzekł marynarski motyw czyli bransoletka z kotwicą, obok której nie mogłam przejść obojętnie. Znajdziecie ją w kolekcji marki Paul Hewitt (KLIK), a na żywo jest jeszcze piękniejsza!

Instax!

Będę z Wami szczera. Gdybym miała sama tworzyć tą listę, Instax pewnie by się na niej nie znalazł. Ale jakiś czas temu pytałam Was na instagramie (KLIK) jakie są Wasze wymarzone prezenty i wśród wielu fajnych propozycji jedna pojawiła się kilka razy. A chodziło właśnie o Instaxa. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że Instax to nowy model aparatu do fotografii natychmiastowej. Łopatologicznie mówiąc, cykamy takim kolorowym i ładnie wyglądającym cudem fotkę, czekamy chwilę, a później cieszymy się od razu wywołanym zdjęciem. Brzmi super, prawda? Ja sama dopóki nie zagłębiłam się w temat nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo chcę Instaxa! 😛

Perfumy!

Perfumy to niby oczywista oczywistość, jeśli chodzi o podarki dla płci pięknej, ale jednak wielu panów ma z nimi problem. Dlatego warto dowiedzieć się jakie perfumy czy chociażby nuty zapachowe lubi osoba przez nas obdarowywana. Fajnym pomysłem będzie też zakup kilku mniejszych buteleczek zapachów, które z okazji Świąt sprzedawane są często w pięknie pakowanych zestawach. Taka mini wersja ulubionego, przez osobę, której robimy prezent, zapachu jest też świetnym wyjściem jeśli nie chcemy zbyt mocno nadszarpnąć naszego budżetu.

Galanteria skórzana!

Portfel, torebka, czy rękawiczki – wszystkie kochamy tego typu rzeczy. Ja portfele wymieniam średnio dwa razy w roku, bo wiadomo, rzecz którą się tak intensywnie eksploatuje codziennie szybko się niszczy. Także w przypadku mojej skromnej osoby portfel byłby idealnym prezentem (koniecznie czerwony!), nie pogardziłabym też pięknymi rękawiczkami ze skóry (pod kolor portfela :)), czy nową torebką (bo przecież wszystko musi do siebie pasować!).

Książka!

To kategoria prezentowa, przy której trzeba być bardzo ostrożnym, bo przecież nie każdy lubi czytać! Zanim wpadniemy na pomysł obdarowania kogoś czymś do czytania, upewnijmy się, że ta osoba lubi zaglądać do książek. Ja osobiście z książki ucieszyłabym się bardzo! Zarówno tej związanej z tematyką podróżniczą, jak i z pięknie wydanej książki kucharskiej. A tutaj wydawnictwa naprawdę prześcigają się w pomysłach! Można też tradycyjną, drukowaną książkę zastąpić urządzeniem do czytania e-booków. Chociaż ja uważam, że nie ma nic piękniejszego niż zapach kartek świeżo kupionej książki.

Świąteczne pomysły na prezent dla niego:

I tutaj my – Kobiety mamy zazwyczaj większy problem. Bo o ile prezent mamie, siostrze czy przyjaciółce byłybyśmy w stanie wybrać w 5 minut, nawet obudzone o 3 w nocy, o tyle z mężczyznami nie jest już tak łatwo. Dlatego śpieszę z pomocą i propozycjami podarków, które podsunęliście mi Wy, bądź faceci bliscy mojemu sercu.

Filtry do aparatu!

Jeśli Wasz facet jest współautorem zdjęć na Waszym blogu, czyli interesuję się fotografią to takie filtry na pewno mu się przydadzą. Będzie to na pewno prezent praktyczny, wykorzystany w codziennym użytku, a mężczyźni ponoć właśnie takie lubią najbardziej. Ja się kompletnie na tym nie znam, także jeśli chodzi konkretny model, musicie podpytać Waszego ukochanego.

Zestaw gadżetów z ulubionego serialu bądź filmu!

Jeśli obdarowywany przez Was mężczyzna jest fanem komiksów, koniecznie dowiedzcie się jakich. W internecie aż roi się od gadżetów związanych z konkretnymi tytułami. Od koszulek zaczynając, a kończąc na notesach. Zatem jest w czym wybierać! Jak już wiecie czy obdarowywany jest fanem Marvela czy DC to już połowa sukcesu. A wierzcie mi, to jest dość istotna różnica (o której ja też do niedawna nie wiedziałam ;))  Później można szaleć, w zależności na ile pozwala Wasz budżet!

Gry planszowe!

O ile fascynacji grami na telefonie, tablecie czy komputerze nie jestem w stanie zrozumieć, o tyle cieszy mnie, że są wyjścia alternatywne, czyli oldschoolowe planszówki. Takie gry planszowe nie tylko zapewnią świetną zabawę obdarowywanej osobie, ale również jego bliskim. Planszówek w sklepach jest cała masa, są przepięknie wydane i naprawdę różne, od gier strategicznych poprzez towarzyskie, a kończąc na tych przy których trzeba ruszyć trochę głową, czyli na przykład Rummikub! Polecam! Bo nie ma chyba nic fajniejszego niż spędzenie wieczoru w dobrym towarzystwie grając w wciągająca grę planszową.

Mucha!

Jeśli osoba przez Was obdarowywana jest fanem kolorowych i fikuśnych much to koniecznie zajrzyjcie na stronę marthu.com. Tylu wzorów i kolorów jak żyję (a żyję dość długo ;)) jeszcze nie widziałam. Taka mucha będzie idealnym podarkiem dla mężczyzn, którzy lubią i nie boją się eksperymentować z modą. Gwarantuję, że nie będzie to prezent na długo zapamiętany i miejmy nadzieje często noszony przez obdarowywanego.

I to już wszystkie moje propozycje! Tak wiem, że pomysłów na prezenty dla mężczyzn jest dużo mniej, ale tak jakoś wyszło, że jestem kobietą i doskonale wiem, co nam – płci pięknej w duszy gra. Dlatego też chętnie przeczytam Wasze komentarze. Jeśli macie jeszcze pomysły na prezent dla niego, koniecznie dajcie znać! Wszystkie chwyty dozwolone! Do następnego! 🙂

 

 

Continue Reading

Dieta pudełkowa So! Yolo Catering – hit czy kit?

Temat jedzenia, jest chyba, zaraz po modzie i kosmetykach, jednym z moich ulubionych tematów. A to dlatego, że kocham jeść. Próbując nowych potraw z ogromną niecierpliwością czekam na kolejne doznania smakowe. Pomimo mojego wielkiego uwielbienia do jedzenia, na regularne posiłki nie mam czasu i często po kilku, nierzadko kilkunastu godzinach, wpycham w siebie (delektując się odpowiednio, jak na smakosza przystało) przygotowane naprędce posiłki… Los chciał, że na mojej drodze stanął Michał Zabłocki – właściciel So! Yolo Catering, oferującej tzw. dietę „pudełkową” (oczywiście z dostawą do domu).

To właśnie Michał przekonał mnie, że odpowiedni podział makroskładników stanowi o sukcesie dobrej jakościowo diety. Hasło przewodnie, którym kieruje się jego firma, jak i on sam brzmi: „dieta nie ma być katorgą, ma stanowić styl życia”.

Zainspirowana przez Michała zaczęłam przeglądać informacje zawarte na stronie So Yolo. Zapoznałam się z podstawowymi regułami dotyczącymi odpowiedniego zbilansowania makroskładników, które są niezbędne do prawidłowego funkcjonowania organizmu. Podekscytowana tym, co wyczytałam, postanowiłam wypróbować „pudełkową” dietę na własnej skórze. W końcu nikt i nic tak dobrze nie da mi znać o tym, że coś mi służy, bądź nie, jak mój własny organizm :). Jeżeli jesteście ciekawi, czy taka forma odżywiania okazała się dla mnie odpowiednia i czy nie było monotonii, czytajcie dalej! 🙂

Ja zdecydowałam się na opcje Basic, z zapotrzebowaniem kalorycznym 1700 Kcal. Ta opcja wydała mi się, na ten moment, najbardziej odpowiednią, tym bardziej, że przez ostatnie 3 tygodnie z siłownią było mi nie po drodze ;).

Pierwszy zestaw, na poniedziałek, dostarczono mi w niedziele, zaraz po skończonym meczu naszej reprezentacji (więc radość była podwójna). Wszystko było pięknie i estetycznie zapakowane w plastikowe pojemniczki oraz papierową torbę. Michał pomyślał również o plastikowych sztućcach, co w moim przypadku okazało się strzałem w dziesiątkę, ponieważ większość z tych posiłków jadłam albo w pracy, albo w samochodzie, albo w jeszcze innych dziwnych miejscach. Do każdego zestawu dołączona jest również „rozpiska” informująca jakie posiłki są przewidziane na dany dzień oraz ile zawierają makroskładników.

czwartkowe śniadanie – jajeczne Muffiny!

Przygotowałam też dla Was kilka zdjęć, aby pokazać Wam, że dostarczone przez So Yolo posiłki nie tylko dobrze smakują, ale też obłędnie wyglądają. Także, jeśli jesteście wzrokowcami i tak jak ja, jecie oczami, będziecie w 100% usatysfakcjonowani.  Pewnie w tym momencie zastanawiacie się, czy smak jest faktycznie niesamowity, bo to przecież on jest tutaj najważniejszy. Jak dla mnie – bomba!!! Na 5 dni, w których w każdym zestawie miałam 5 posiłków, tylko jedno danie nie podpasowało moim kubkom smakowym. A musicie wiedzieć, że jeśli chodzi o smak to jestem dość wybredna :). Było mega smacznie, cudownie różnorodnie i przede wszystkim sycąco.

Shaorma drobiowa z frytkami z batatów i selera – poniedziałkowy obiad!
Kolacja z poniedziałku – sałatka makaronowa z pomidorami, oliwkami, fasolą i fetą

Bałam się, że ze względu na małe porcje (przy wybranym przeze mnie bilansie energetycznym) będę chodzić głodna… A wiadomo Polak głodny, to Polak zły. Na szczęście, moje obawy się nie sprawdziły. I wiecie co okazało się największą wartością dodaną tego eksperymentu  –  wreszcie nauczyłam się regularnie spożywać posiłki! Mój organizm, w podzięce, za systematyczne dostarczanie mu posiłków, odpłacił mi dużą dawką energii i dobrym samopoczuciem.

 Jak to wygląda finansowo?

Koszt takiej diety to 55 zł za dzień (przy zamówieniu powyżej 21 dni – 53 zł). Pomyślicie pewnie, że to dość sporo. Jak się tak głębiej zastanowić, to może się okazać, że to guzik prawda! Przypominam, że mamy tu 5 naprawdę różnorodnych i pożywnych posiłków. Gotując samemu niejednokrotnie wydaję 50 zł kupując składniki tylko na obiad… Do tego trzeba doliczyć czas spędzony w kuchni, zmywanie, prąd/gaz itp.

podwieczorek – carpaccio z buraka z orzechami, roszponką i cheddarem
Gofr z jajkiem sadzonym i warzywami – czyli wtorkowy zestaw śniadaniowy

Powiem Wam szczerze, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczona cateringiem So! Yolo. Z ręką na sercu, mogę polecić każdemu, a w szczególności tym, którym zależy na smacznym, pożywnym i dobrze zbilansowanym posiłku. Wiem, że w moim przypadku, na tych 5 dniach się nie skończy. Pamiętajcie też, że jest możliwość wypróbowania, czy catering So! Yolo jest dla Was (zachęcam do skorzystania z  jednorazowego dnia testowego – wtedy płacicie tylko 40 zł za wybraną dietę). Szczegóły znajdziecie tutaj->KLIK

Mam nadzieje, że tych wszystkich, którzy nie mają czasu na gotowanie i regularne spożywanie posiłków, przekonałam do takiej opcji żywienia… Pamiętajcie, że żyjąc w ciągłym biegu zapominamy o takich podstawowych rzeczach, jak prawidłowe odżywianie! A nasz organizm, wcześniej, czy później się o to upomni…. Dajcie znać, czy kiedykolwiek korzystaliście z takiej diety; a może macie inne sposoby na zdrowe jedzenie? Ja tymczasem życzę smacznych i zdrowych posiłków i mówię do następnego!

Continue Reading

Herbatki Hello Slim- czy one faktycznie odchudzają?

Zastanawialiście się kiedyś, czy to możliwe, że „zwykła” herbatka może zdziałać cuda: dodać energii, przyspieszyć metabolizm, zapewnić spokojny sen, zniwelować boczki, czy też poprawić wygląd naszej cery? Brzmi co najmniej jak jakiś magiczny wywar z kociołka, do którego wpadł Obelix bedąc dzieckiem… A chyba nie muszę nikomu przypominać, jaką nadludzką siłą ta postać dysponowała?! Co więcej, mam dla Was dobrą wiadomość – żeby spróbować takiego cudownego naparu nie trzeba szukać Panoramixa… Jedyne co trzeba – to posiadać dostęp do internetu i wiedza pt. „gdzie szukać”. Zainteresowani? Obiecuję, że wszystko wyjaśni się w dalszej części wpisu!

Wróćmy więc na ziemię ;). Doszły mnie słuchy, że niektórzy z Was wprost nie mogą się doczekać opinii na temat kuracji teatoxowej Hello Slim od firmy OHTOMI. Dlatego, nie będę Was już dłużej trzymać w niepoewności i osobiście zdam Wam relację, jak teatox sprawdził się u mnie. Zacznijmy od tego, że paczka, którą otrzymałam do testów zawierała miesięczną kurację,  po której powinny pojawić się już pierwsze efekty. Zestaw to tak naprawdę 2-stopniowy program, którego zadaniem jest poprawa naszego metabolizmu oraz pozbycie się z organizmu nagromadzonych toksyn. Mamy więc zestaw z saszetkami na dzień – Hello Slim Good Morning i zestaw z herbatkami na noc – Hello Slim Good Night. Obie wersje mają spełnić zupełnie różne funkcje, także zwróćcie koniecznie uwagę na oznaczenie na opakowaniu, no chyba, że chcecie np. rano wypić napar zaewniający spokojny sen! Wtedy drzemka przed komputerem w pracy gwarantowana!

Zacznijmy od przyjrzenia się bliżej herbatkom na dzień. Hello Slim Good Morning z założenia mają pomóc nam spalić kalorie, przyspieszyć metabolizm, zmniejszyć apetyt i zapewnić dodatkowy zastrzyk energii! Skład tego zestawu jest bardzo obiecujący, zresztą przekonajcie się sami. W składzie porannej herbatki znajdziemy:

  • zieloną herbatę – która jak wszyscy  wiemy wspomaga spalanie kalorii i zapewnia zastrzyk energii,
  • yerba mate – która znana jest ze swoich właściwości pobudzających i zmniejeszających apetyt,
  • dziką różę – która cudownie wpływa na naszą cerę, rozjaśnia ją i redukuje zmiany potrądzikowe,
  • liść eukaliptusa – który wspomaga trawienie glukozy,
  • guarane – która niweluje uczucie zmęczenia zarówno fizycznego, jak i psychicznego; poprawia również funkcjonowanie naszego układu nerwowego,
  • owoc czarnego bzu – który znany jest ze swoich właściwości antyoksydacyjnych,
  • korzeń cykorii – który wspomaga pracę wątroby.

Zadałam sobie pytanie: czy faktycznie Hello Slim Good Morning pomógł mi spalić zbędne kalorie? Tego nie wiem, nie mam przecież żadnej maszyny, która by to monitorowała. Jedno jest pewne – picie herbatek Hello Slim podczas posiłku sprawiało, że organizm nie domagał się takiej ilości jedzenia, jaką byłabym w stanie zjeść popijając śniadanie zwykłą herbatą. W połowie owsianki, która zazwyczaj nie stanowiła dla mnie najmniejszego problemu, miałam dość i byłam w pełni syta. Czułam się też o niebo lepiej, jeśli chodzi o poziom energetyczny. Wiecie, że zazwyczaj wstaje o 5 rano, więc około 8 – odczuwałam spadek formy. Po wypiciu Hello Slim na dzień dobry, zdecydowanie dłuzej mogłam funkcjonować na wyższych obrotach. Tyle z „plusów”. Nie mogę pominąć małego minusa – myślałam, że produkt pozwoli mi pohamować mój ogromny apetyt na słodkie… Niestety, tak wielkiego fana czekolady chyba nikt i nic nie jest w stanie od niej odciągnąć! 😉 Aaa i jeszcze jedno (prawie bym zapomniała) –  w pierwszym tygodniu od rozpoczęcia kuracji miałam mały wysyp „niechcianych gości na skórze”. Myślę, że był to efekt uboczny oczyszczania organizmu z toksyn. Dlatego też, nie zrażając się tym – ja nie przerwałam kuracji, a po jakimś czasie wszystko samoistnie wróciło do normy!

 

Herbatki na dzień dobry powinniśmy pić do śniadania (zaparzamy je zazwyczaj od 5 do 7 minut), natomiast Hello Slim Good Night – pijemy po ostatnim posiłku, ja zazwyczaj piłam na godzinę przed snem (parzymy krócej, bo tylko 2-3 minuty). Wieczorny napar ma za zadanie wyciszyć nas, poprawić jakość naszego snu i ukoić zszargane nerwy. Wieczorem herbatka ma także swoje „zadanie specjalne” – walczy z nagromadzonymi w ciągu dnia toksynami. W skład wieczornego naparu wchodzą:

  • korzeń lukrecji  który od bardzo dawna stosowany jest w leczeniu wrzodów żołądka,
  • trawa cytrynowa  udowodniono, że regularne picie z niej naparu pozwala znacząco pobudzić organizm, a tym samym zwalczyć objawy depresji; zmniejsza też wydzielanie przez cerę łoju, co ucieszy osoby borykające się z trądzikiem,
  • skórka pomarańczowa – nie dość, że pięknie pachnie, to ma również właściwości relaksujące i poprawiające jakość naszego snu,
  • mięta – która wspomaga trawienie,
  • korzeń imbiru – który przeciwdziała wzdęciom,
  • hibiskus – ma silne działanie antyoksydacyjne i zmniejszające stres oksydacyjny (niszczy wolne rodniki); działa również jako środek wspomagający lecznie otyłości.

Jeśli chodzi o moje spostrzeżenia: faktcznie – po takiej herbatce śpi się jak dziecko… Po wypiciu Hello Slim na noc mój sen był spokojniejszy, głębszy, a wczesne wstawanie nie tak dokuczliwe! 😉

Wróćmy jednak do pytania z początku wpisu: „Czy herbatki Hello Slim faktycznie odchudzają”? Chcąc być z Wami szczerą (bo nikt nie lubi, jak mu się wciska kit) – wydaje mi się, że to, czy schudniemy, czy też nie zależy tylko od nas! EUREKA! No nie oszukujmy się, cudów nie ma… Jeśli ktoś będzie z jednej strony pił herbatki, ale przy tym nie zmieni swoich nawyków (sport, zdrowe jedzenie) i  nadal będzie wcinać fast foody, a jedyną aktywnością będzie przesuwanie palcem po ekranie smartfona, to nie ma siły… Nic się nie zmieni!  Jeżeli natomiast do teatoxowego programu dodacie aktywność fizyczną i zdrowe posiłki, to rezultaty mogą przejść Wasze najśmielsze oczekiwania. Ja wreszcie pozbyłam się niechcianych boczków a mój brzuch już dawno tak pięknie się nie prezentował… Zatem zachęcam Was do eksperymentowania – nie wierzcie mi na słowo! Sami sprawdźcie i dajcie znać w komentarzach. Oryginalne herbatki Hello Slim możecie kupić TUTAJ!

I na koniec niespodzianka! Dla jednej/jednego z Was mam box z miesięczną kuracją Hello Slim (dokładnie taki sam jak na zdjęciu poniżej)! Wszystko, a raczej jedyne co musicie zrobić to wejść na mojego instagrama: KLIK i wziąć udział w konkursie! Powodzenia i trzymam kciuki! :*

Continue Reading

sLOVEnia czyli miłość od pierwszego wejrzenia!

Cześć wszystkim!

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o maleńkim państewku, mającym zaledwie 20 273 km kwadratowych powierzchni i około 2 mln ludności – Słowenii (dla porównania, Wielkopolska ma 29 826 km2!). Ale nie o liczbach jest ten wpis, bo nie od dziś przecież wiadomo, że rozmiar, kiedy przychodzi co do czego, nie ma znaczenia 😉 Powiem Wam szczerze, że Słowenia, przy pierwszej i jestem pewna, nie ostatniej wizycie –  powaliła mnie na kolana :).

Z ręką na sercu mogę przysiąść, że Słowenia jest jednym z najpiękniejszych europejskich państw! Co więcej, wskaźnik indeksu szczęścia i długość życia mieszkańców są tam bardzo wysokie, ale to nikogo kto był na Słowenii, nie powinno akurat dziwić. Skąd to się bierze? Z moich obserwacji wynika, że z permanentnej potrzeby ruchu. Słoweńcy kochają sport i widać to na każdym kroku. Sport uprawiają dosłownie wszyscy, z tym, że starsi mieszkańcy w pewnym momencie przerzucają się z biegania na spacery po górach.

Do Słowenii wybraliśmy się samochodem, co przy 4 podróżujących osobach okazało się najbardziej ekonomiczną opcją. Paliwo plus winiety uczyniły nas około 350 zł od osoby. Wybierając się w podróż samochodem pamiętajcie, żeby zaopatrzyć się w dobrą nawigację (ta w telefonie, po przekroczeniu granicy, niestety przestaje działać!). Kiedyś pół dnia błądziłam po Pradze samochedem, zapominając o isteniu GPS i  będąc przekonana, że bez problemu trafię do celu. Guzik prawda!  Nie zapominajcie, że odpowiednią aplikację, która działa również w trybie offline,  można ściągnąć na smartfona. Jedno jest pewne – odpowiedni sprzęt na pewno zaoszczędzi nam sporo nerwów, czasu i dodatkowych kilometrów :).

Jeśli chodzi o noclegi to niestety nie wiem jak to się kształtuje cenowo. Mam to szczęście, że w Słowenii mieszka moja przyjaciółka, która przejeżdżając kiedyś przez ten maleńki kraj, tak go pokochała, że postanowiła tam zamieszkać! Jak mam być szczera, to wcale jej się nie dziwie i gdybym tylko nie miała w Polsce wspaniałej pracy, hipoteki i kilku marzeń do zrealizowania, to być może też zapuściłabym tam korzenie…

Czas chyba przejść do atrakcji, czyli tego co Słownia ma nam do zaoferowania:

  • na pierwszym miejscu postawiłabym na „naturę” – zrobiła na mnie największe wrażenie. Naturę widać tutaj na każdym kroku, nawet siedząc na balkonie masz to szczeście upajać się pięknymi widokami, a otaczające Cie z każdej strony góry zapierają dech w piersiach. Fani rozbójnika Rumcajsa też będą zadowoleni, bo aż 50% kraju stanowią lasy. Podczas naszego 4-dniowego pobytu odwiedziliśmy dwie „górki” – Jošt i Golice :). Wdrapanie się na tą pierwszy zajęło nam jakąś godzinę. I choć sapaniu i narzekaniu nie było końca (wszak człowiek mieszkający na nizinach nie jest przyzwyczajony do takich ekstremalnych ekscesów… haha), to przepiękny widok  zrekompensował nam cały trud i sprawił, że nabraliśmy ochoty na więcej. Nazajutrz postanowiliśmy wspiąć się na Golice. To rozłożysta góra nad Jesenicami, której osobliwością są kwitnące w drugiej połowie maja narcyzy białe. I choć, podczas naszego pobytu, narcyzy jeszcze się na dobre „nie rozhulały”, to i tak było warto (widoki były nieziemskie); 
  • następna obowiązkowa atrakcja to jezioro Bled. To właśnie tam, znajduje się najstarszy hotel (Hotel Golf powstał w 1937 roku). Piękne jezioro, z jeszcze piękniejszym widokiem i z dużym sercem umiejscowionym na pomoście (przy którym wszyscy turyści robią sobie pamiątkowe zdjęcia), okazało się też idealną miejscówką na zaręczyny. Spokojnie, nie moje, a moich przyjaciół! 😉 Mam nadzieję Asiu, że był to jeden z najcudowniejszych dni w Twoim życiu… Ja, z naszego wypadu nad Bled oprócz mile spędzonego czasu ze wspaniałymi przyjaciółmi, zapamiętam też grilla, którego, jak się poźniej okazało, wcale nie mieliśmy prawa w tym miejscu robić…
  • jeśli natomiast wypoczynek dla Was oznacza plażę, słońce i leżenie plackiem, to spokojnie – Słowenia też ma taką opcję do zaoferowania. Ze stolicy kraju – Lublany, jakąś godzinę zajmie droga samochodem nad morze. A stamtąd „rzut beretem” jest już do Chorwacji, którą pewnie kojarzycie z pięknych widoków i skalistych plaż. My zdecydowaliśmy się pozostać w Słowenii, bo po co jechać do Chorwacji, skoro w nadmorskim Piranie jest równie pięknie? I choć dostępu do morza Słowenia ma niewiele i mieszkańcy nawet sobie z tego żartują, że aby romantyczny spacer wzdłuż słoweńskiego wybrzeża trwał wystarczająco długo, trzeba zawracać przynajmniej 10 razy – to zapewniam Was, że aby to sprawdzić, należy tam pojechać ;-).

Pamiętajcie, że jeżeli wybieracie się do Piranu w sezonie, to warto zaparkować samochód w pobliskiej miejscowości Portorož (nazwa  dosłownie oznacza „Port Róż” i faktycznie zachwyca roślinnością). Warto też przejść się nadmorskim bulwarem do Piranu. My, mimo iż byliśmy poza sezonem, również wybraliśmy tę opcję, bo nie ma chyba nic przyjemniejszego niż spacer brzegiem morza. Podczas takich wypraw można nieźle naładować akumulatorki. Morska bryza, lekki wiatr i miasteczko, do którego zmierzaliśmy, a które było widać gdzieś w oddali sprawiły, że można by było tak iść i iść… zapominając o Bożym świecie.

A jak już wreszcie dotrzecie do Piranu to „przepadniecie”. Jestem pewna, że zakochacie się w tych kolorowych kamieniczkach, wąskich uliczkach i porcie, który pełen jest prywatnych jachtów. To właśnie tutaj odbyła się sesja z tego wpisu (KLIK).

To były 4 fantastyczne dni, spędzone zarówno na aktywnym wypoczynku, jak również leniuchowaniu. Z całego serca chciałąbym podziękować mojej przyjaciółce – Agnieszce ,  która dołożyła wszelkich starań, aby ten wyjazd był dla nas niezapomniany. Jestem na 100% pewna, że do Słowenii wrócę i to nie jeden raz i mam cichą nadzieję, że nastąpi to szybciej, niż myślę.

Continue Reading