Dworek Tradycja – magiczne miejsca w Polsce!

Trochę to trwało, ale w końcu, zapraszam Was na kolejny wpis podróżniczy. Jeszcze do niedawna używając słowa „podróż” raczej miałam na myśli oddalone setki, albo tysiące kilometrów miejsca na Ziemi. Dzisiaj, w obliczu panującej na świecie pandemii, która wymusiła nie tylko na mnie, zmianę sposobu myślenia – przekonałam się, że tak naprawdę nie trzeba wyjeżdżać setki kilometrów, żeby piękne miejsca mieć na „wyciągnięcie ręki”. Wystarczy wsiąść w samochód i zaufać intuicji. W dzisiejszym wpisie chciałabym Wam opowiedzieć o magii pewnego miejsca na Pomorzu Zachodnim. Gotowi? No to zapnijcie pasy, włączcie mapy Googla i lecimy.

Idealne miejsce dla osób, które chcą zwolnić #slowlife.

Dworek Tradycja, to 300-letnia pastorówka, która znajduje się we wsi Bełczna na Pomorzu Zachodnim. Z Leszna jest to około 300 km, a dojazd do dworku zajął nam niecałe 4 godzinki. Ale zarówno ja, jak i moja mama, która tym razem była moją towarzyszką podróży, stwierdziłyśmy, że trasa, szczególnie od połowy jest tak malownicza, że nawet nie zorientowałyśmy się, kiedy nam ta droga zleciała. Warto też wspomnieć, że do plaży w Kołobrzegu mamy zaledwie 45 minut jazdy samochodem. Ja z mamą z opcji odwiedzenia polskiego morza nie skorzystałyśmy – zdecydowanie wolałyśmy zaszyć się w 300-letnim dworku i korzystać z energii tego miejsca.

Wracając do magii tego miejsca, zacznijmy od jedzenia. Jako osoby, które w gościnnych progach Pani Niny i Pana Tadeusza byłyśmy po raz pierwszy,  zupełnie niepotrzebnie zrobiłyśmy zakupy spożywcze w pobliskiej miejscowości Łobez, nie zdając sobie sprawy, że właścicielka Dworku jest prawdziwą czarodziejką w kuchni! Zaraz po przyjeździe zostałyśmy zaproszone na Ivan Czaj i domowy serniczek. Ivan Czaj wywodzi się z Rosji (stąd jej nazwa), ale tak naprawdę nie robi się jej z liści herbaty, tylko z naszej polskiej wierzbówki kiprzycy. Wierzbówkę na herbatkę osobiście zbiera Pani Nina, podobnie zresztą jak ślimaki, które zaserwowała nam na kolację. Wcześniej była jeszcze przystawka – zupa szczawiowa, domowy chlebek, kompot, ciasto i naleweczka z lipy. I jak już myślałam, że nie może być lepiej, to ku naszemu początkowemu przerażeniu, które z czasem zmieniło się w zachwyt, zostałyśmy zaproszone na kolacje na świeżym powietrzu, w towarzystwie natury i z naturą (ślimakami) na talerzu. Ślimaki jadłyśmy pierwszy raz i niestety nie mamy porównania, jak smakują na przykład te we Francji, ale przeczucie mówi nam, że lepszych już długo nie zjemy. O smakołykach dnia następnego może nie będę szczegółowo pisać, bo zobaczycie je na zdjęciach, ale śniadaniowe racuchy czy krupnik (którego ja normalnie nie lubię), domowe pierogi z truskawkami i jagodami – skradły nasze serca. To o czym natomiast muszę wspomnieć i czego nigdy wcześniej nie jadłam to przeróżne kiszonki (i nie mam tu na myśli ogórków, czy kapusty)! Pani Nina kisi dosłownie wszystko… Kto kiedykolwiek jadł kiszone pomarańcze, jarzębinę, paproć, czy krewetki? Takie doznania moje kubki smakowe zapamiętają na długo. Pani Nina korzysta w kuchni z tego, co oferuje nam lokalny świat fauny i flory i to jest naprawdę fantastyczne. A miłość i pasja, z jaką opowiada o swoich eksperymentach kulinarnych sprawiają, że można tego słuchać godzinami…

Ivan Czaj i domowy serniczek (moje ulubione ciasto).
„Delikatna uczta” przed gwiazdą wieczoru – ślimakami.
Zdrowie! Naleweczką z lipy.
Ślimaki (wyglądają jak grzybki, prawda?) jedzone na łonie natury.
Za każdym razem posiłek w Dworku Tradycja to była prawdziwa uczta.

Dworek Tradycja, dawna pastorówka, ma w swojej ofercie nie tylko kilka pokoi przeznaczonych dla gości, ale również saunę, czy bibliotekę. W tym budynku mieści się również piwniczka – spiżarka ze smakołykami własnej roboty, które serwowane są gościom.

Piwniczka pełna domowych smakołyków.
Zejście do piwniczki – klimatycznie.
Stary piec na którym stały pyszne świeżo pieczone chlebki.
Sukienka w grochy – EXITTO

Pokój, w którym się zatrzymałyśmy – to tak zwany „pokój anielski”. Piękne anioły są wszędzie – widnieją na ścianie, na obrazkach malowanych przez znanego artystę, jako figurki na stole, a sielski klimat i dobra energia sprawia, że naprawdę chce się w nim przebywać. I choć oprócz nas byli jeszcze inni goście, to czułyśmy się tam tak, jakbyśmy były same. I sama nie wiem, czy to kwestia tej przestrzeni i miejsc w których można się w Dworku zaszyć, czy po prostu intuicyjnie nie wchodziliśmy sobie w drogę. 

W takim anielskim towarzystwie niezwykle dobrze się śpi 🙂
Prezent powitalny.

W wielkim ogrodzie, oprócz 300-letniego drzewa, mieści się pawilon ogrodowy, który świetnie sprawdzi się jako letni salon, bądź miejsce do zorganizowania fajnego „babskiego” wypadu/wieczoru. Dlaczego pisze babskiego? Bo obawiam się, że większość panów nie doceniłoby uroku tego miejsca, a nas – kobiety taki klimat od razu  wprowadza w dobry nastrój. Coś co może natomiast zainteresować mężczyzn to duży taras tuż przy pawilonie z miejscem do grillowania.

Każdy detal dopracowany do perfekcji.

Dla tych co szukają czegoś na wyłączność, to do dyspozycji gości jest również drewniana Wiejska Chata – Ekomuzeum z 3 pokojami dwuosobowymi. Na dole znajduje się ogromna przestrzeń z aneksem kuchennym i starym piecem, na przykład na warsztaty kulinarne, rozwojowe itp. To co zwróciło moją uwagę w tym pomieszczeniu to cudowny zapach drewna, który kojarzy mi się ze spokojem i wakacjami.

W ofercie jest też opcja dla tych, którzy całkowicie chcą się odciąć od świata zewnętrznego –  „Dom pod Gruszą” znajduje się w Klępnicy, około 4 km od Bełczna. Jest to miejsce na uboczu w otoczeniu drzew, z bezpośrednim dostępem do jeziora, przy którym znajduje się prywatny pomost. Siedząc właśnie na tym pomoście w bujanym fotelu, obserwując spokojną taflę wody i majaczących w oddali wędkarzy doznałam wspaniałego uczucia wdzięczności za to, że żyję i mogę na własne oczy podziwiać i na własnej skórze doświadczać magii tego miejsca. W otoczenia Domu pod Gruszą jest jakaś niesamowita energia, która uspokaja… a delikatny szum trzcin daje sygnały, że wszystko będzie dobrze. Już sobie wyobrażam, jak to miejsce musi pięknie wyglądać o świcie, spowite poranną mgłą lub podczas zachodu Słońca. Szkoda, że nie było mi dane tego doświadczyć…

Z tarasu jest piękny widok na jezioro, które jest kila kroków od domku
Prywatny pomost – cisza, spokój. Prawdziwy luksus
Wnętrze Domu pod Gruszą – jedna z dwóch sypialni
Na wyjazd wzięłam mój czytnik e-booków INKBook (sprawdził się świetnie)
Tak trzeba żyć!
Fotel wyniosłyśmy z domku i zaniosłyśmy na prywatny pomost, bo to dosłownie „rzut beretem”

Coś co zachwyci tak zwanych #naturelovers’ów – to przepiękny las nieopodal dworku ze źródełkiem Świętego Nepomucena, które nieoczekiwanie zmienia się w porośnięty roślinnością strumyczek. Rośnie tu między innymi rukiew wodna, z której śmiało można robić pyszne sałatki. W okolicy jest też sporo jezior, ze stanowiskami do wędkowania – zatem, fani ryb będą zachwyceni, a Ci którzy wolą po prostu relaksować się na łonie natury, mogą udać się nad któreś z nich i podziwiać zachody słońca. Jest tu „dziko” i pięknie, czyli tak jak lubię najbardziej.

Mówiłam, magia!

To, co niewątpliwie wyróżnia miejsca, do których chce się wracać to energia ludzi, którzy je tworzą. W Dworku Tradycja zostaniecie ugoszczeni i poczujecie się jak w domu. Ja już planuję kolejną, jesienną wizytę w Dworku. Chciałabym zobaczyć te wszystkie miejsca spowite barwami mojej ulubionej pory roku i jestem pewna, że będą wyglądały równie pięknie.

Z właścicielką Dworku Tradycja i Domu pod Gruszą – Panią Niną.

I to tyle. Mam nadzieję, że wpis Wam się podobał, a gdybyście mieli niedosyt to zapraszam na mój profil na instagramie (KLIK) do relacji wyróżnionych.

Continue Reading

Korfu – pomysł na 3-dniowy wypad na grecką wyspę!

Dzisiaj przychodzę do Was z wpisem, który jest gotowym planem na 3 dni (niecałe) na Korfu. Idealna sprawa na spędzenie wiosennego weekendu w towarzystwie ukrytych, przepięknych plaż, dobrego jedzenia i ładnej pogody. Postanowiłam, że rozpiszę Wam po kolei jak wyglądał nasz wypad, co robiłyśmy, gdzie spałyśmy i ile nas to kosztowało. Gotowi? No to zaczynamy.
Na Korfu najlepiej, moim zdaniem wybrać się w kwietniu, jest to termin jeszcze poza sezonem, dlatego niektóre knajpki są nadal zamknięte, ale spokojnie można coś fajnego i pysznego znaleźć. Plusów kwietniowego wypadu jest natomiast dużo więcej. Z tych najważniejszych jakie przychodzą mi do głowy to kwestie finansowe, ceny nie są tak wygórowane jak podczas wakacyjnych miesięcy, upał tak nie doskwiera (temperatura była na poziomie 20 stopni) i brak jest dzikich tłumów, które w sezonie będą okupować plaże i szaleć na drogach, które do lekkich i przyjemnych nie należą. Im mniej samochodów na trasie tym lepiej, wierzcie mi na słowo. 🙂 Czasami jest tak wąsko, że człowiek zastanawia się czy to nadal jest droga dla samochodów, ale o tym później…
Zacznijmy od biletu lotniczego. Bardzo fajne połączenie można znaleźć na trasie Poznań- Corfu i taką opcje my również wybrałyśmy. Lot w obie strony z dwoma bagażami podręcznymi (w tym jednym większym, 10-cio kilowym) i pierwszeństwem wejścia na pokład kosztował 370 zł. Wylot miałyśmy z Poznania w piątek o 12.50 (na miejscu byłyśmy około 16 lokalnego czasu), a powrót o godzinie 18 w niedziele (w Poznaniu byłyśmy 19.20 czasu polskiego). Na Korfu jest godzina później, stąd te rozbieżności jeśli chodzi o czas lotu.
Noclegu szukałam zarówno na airbnb jak i na bookingu i chociaż jestem ogromną fanką tego pierwszego to tym razem korzystniejsze warunki (stosunek jakości do ceny) znalazłam na bookingu. Zatrzymałyśmy się w uroczym małym pensjonacie (tak to chyba powinnam nazwać) z przepięknym widokiem- Ipsia Apartments. Dom znajdował się na wzgórzu dlatego widok z tarasu i ogrodu, który był do naszej dyspozycji, był tak oszałamiający. Życzliwy właściciel, który był bardzo otwarty i pomocny, czyste, zadbane wnętrze i niska cena, sprawiły, że chętnie bym tam wróciła. Jedyny minus o którym muszę wspomnieć to fakt, że na górkę musiałyśmy się wspiąć na piechotę bo nasz samochód odmówił posłuszeństwa i przy pierwszym (tym mniej stromym jak się później okazało podjeździe) zgasł. Całe w strachu (jak to dwie baby za kierownicą) postanowiłyśmy zostawić samochód na dole, a my same po około 10 minutach marszu byłyśmy na miejscu. Cena za dwie noce to około 100 zł na osobę.
Samochód wynajęłyśmy z wypożyczalni Greenmotion, którą w sumie średnio mogę polecić. Wypożyczalnia Greenmotion była najtańsza, ale obsługa pozostawiała wiele do życzenia. Nie dostałyśmy zarezerwowanej wcześniej Skody Citigo z klimatyzacją, tylko bardzo styranego (greckimi ulicami) Fiata Pande (bez klimy). Jedyny plus tego, że nasz model był obdrapany z każdej możliwej strony był taki, że nawet gdybyśmy zrobiły dodatkową ryskę, czy dwie, o co nietrudno w Grecji, nikt by tego nie zauważył. 🙂 Pamiętajcie też, jeśli będziecie zwracać auto w niedziele, żeby zatankować je z samego rana, bo później 4 na 5 stacji po drodze będzie zamkniętych. A jeśli nie zwróci się samochodu z taką samą ilością paliwa jak przy odbiorze, to zostaniecie obarczeni dodatkową, dużo wyższą opłatą. Cena za wynajem samochodu z dodatkowym ubezpieczeniem to 170 zł, tankowałyśmy tylko raz za 20 euro.
Jak wyglądał nasz plan podróży krok po po kroku:
W piątek nie pozostało nam już wiele czasu na zwiedzanie… po odebraniu samochodu z wypożyczalni, zameldowaniu się w Ipsia Apartments zrobiła się godzina 18, czyli do zachodu słońca miałyśmy dwie godziny. Postanowiłyśmy wybrać się do Porto Timoni. I choć Porto Timoni oddalone było od naszego noclegu tylko jakieś 30 kilometrów, to podróż krętymi greckimi drogami zajęła nam dobrą godzinę. Po dotarciu do miejscowości Afionas (gdzie zostawiłyśmy samochód) trzeba było troszeczkę dojść do miejsca skąd rozciąga się pocztówkowy widok na Porto Timoni. Po 20 minutach marszu trafiłyśmy na taki oto widok. Jeden z piękniejszych jaki widziałam podczas tej podróży.
W drodze powrotnej, z różnych punktów widokowych, podziwiałyśmy zachód słońca. A po drodze do miejsca gdzie miałyśmy nocleg zatrzymałyśmy się w bardzo fajnej lokalnej knajpce, w której jedli praktycznie sami Grecy, a to dobry znak. Jeśli chodzi o menu to obowiązkowym punktem który powinien pojawić się na Waszych talerzach jest moussaka i sałatka grecka. Za 2 mousaki, 2 sałatki greckie, kieliszek wina i herbatę zapłaciłyśmy 23 euro. Niestety nazwy restauracji nie pamiętam, a na mapie też jej nie mogę znaleźć, także musicie mi wybaczyć i szukać w tym przypadku czegoś na własną rękę. Ale jakby to Magda Gessler powiedziała, przechodząc obok restauracji musi pachnieć jedzeniem. 🙂 Idąc tym tropem na pewno dobrze traficie.
Dzień drugi czyli sobotę, zaczęłyśmy od śniadania na tarasie, podziwiając cudny widok, który mogliście zobaczyć na insta stories. Później udałyśmy się na nieźle ukrytą, prawie bezludną plażę Limni. Żeby do niej dojść trzeba zostawić samochód przy drodze, a następnie powoli spacerkiem zejść w dół, przechodząc przez gaj oliwny. Znaki są mało widoczne, dlatego trzeba iść na tak zwanego „czuja”. My weszłyśmy w pierwszą ścieżkę, która wyglądała w miarę porządnie i doszłyśmy. Można powiedzieć więcej szczęścia niż rozumu ;). Ale jeśli jakimś cudem pomylicie drogę to na pewno dojdziecie w inne piękne miejsce, także nie bójcie się i odkrywajcie nowe wspaniałe zakątki i prawie opustoszałe (przynajmniej w kwietniu) plaże.
Następną naszą destynacją był Canal D’Amour czyli Kanał Miłości, który zrobił na mnie największe wrażenie. Termin w którym się wybrałyśmy (kwiecień) był strzałem w dziesiątkę, bo kanał tak bardzo oblegany przez turystów latem był tylko do naszej, i jeszcze kilku osób, dyspozycji. Legenda głosi, że dziewka, która przepłynie kanał, znajdzie miłość na całe życie. Nie wiem, nie próbowałam, ale pisałyście mi na instagramie, że kanał przepłynęłyście już jakiś czas temu, a męża, albo chociażby kandydata na narzeczonego nadal brak. 🙂
Po Kanale Miłości chciałyśmy się udać do knajpki o nazwie 7th Heaven, ale niestety była zamknięta. Szkoda, bo wyglądała naprawdę super, a widok jaki się z niej rozciąga to ponoć najlepsze miejsce na wyspie do podziwiania zachodów słońca.
Niedziele natomiast spędziłyśmy w Corfu Town, czyli cudownym miasteczku z wąskimi bardzo włoskimi uliczkami, pięknymi kamieniczkami i mnóstwem sklepów z pamiątkami. Także jeśli chcecie zrobić zakupy dla najbliższych, to Corfu Town będzie świetnym rozwiązaniem, na pewno znajdziecie tu to czego szukacie. Pamiętajcie też, żeby do Corfu Town udać się w miarę wcześnie, bo później znalezienie miejsca parkingowego może graniczyć z cudem. Jeśli chodzi o jedzenie to z całego serca polecam knajpkę która się nazywa Pane e Souvlaki, jeśli będziecie mieć trochę szczęścia (tak jak my) to dostaniecie stolik na niewielkim balkonie z którego rozpościera się wspaniały widok na pobliski plac. W Pane e Souvlaki jadłyśmy oczywiście souvlaki, czyli mięso grillowane na patyku z frytkami i oczywiście sałatkę grecką. 🙂 Corfu Town jest oddalone tylko 6 minut drogi od lotniska, także to idealne rozwiązanie na ostatni dzień pobytu.
I to by było na tyle, w 3 dni zwiedziłyśmy tylko, albo aż tyle. Zależy jak na to spojrzymy ;). Naszym głównym celem było wypocząć, niespiesznie zwiedzić sobie najpiękniejsze zakątki wyspy i podelektować się pysznym greckim jedzeniem. A jeśli nie lubicie podróżować na własną rękę, wolicie, żeby organizacją zajęli się specjaliści, to fajną ofertę znalazłam na stronie biura podróży ITAKA (KLIK). Zerknijcie bo Grecja jest naprawdę piękna i warto choć raz ją odwiedzić. Jeśli macie jakieś pytania, śmiało piszcie, ja chętnie na nie odpowiem. 🙂
Continue Reading

Belem- ootd!

Zdjęcia z wyjazdów zawsze wywołują na mojej buzi uśmiech. I nawet te nie do końca udane zostają w mojej galerii na długo, bo zazwyczaj wiążą się z cudownymi wspomnieniami. Przygotowując dla Was ten wpis, znowu na moment wróciłam do naszych pierwszych dni w Portugalii. Dni, które spędziliśmy w uroczym domku (niegdyś rybackim), na jeszcze bardziej uroczym osiedlu w dzielnicy Belem. Nie jest to centrum Lizbony, ale powiem Wam szczerze, że mnie okolica ta urzekła od pierwszego spojrzenia na „nasz domek”, pierwszego spaceru po wąskich uliczkach i pierwszej knajpki, w której obiad dla 3 osób kosztował nas niecałe 10 euro. Belem jest magiczne, także będąc w Lizbonie nie zapomnijcie tam zajrzeć i „poszwędać się” po zakamarkach tej dzielnicy. Obiecuję, że będziecie zachwyceni. 🙂

Foto: Dorota Siemianów

Sukienka- Elili Butik (KLIK)

Buty- Aldo

Kolczyki- Stradivarius

Zegarek- Daniel Wellington (KLIK) z moim kodem: FITASHION macie dodatkowe 15% rabatu

Continue Reading

Kosmetyki naturalne, które biorę w podróż!

 Kilka ostatnich dni w moim kalendarzu wypełniały obowiązki związane z upragnionym wyjazdem do Portugalii. Prawda jest też taka, że połowę tego czasu mogłam zaoszczędzić… Jestem podróżniczką z zamiłowania, taką przez duże „Pe”, ale kompletnie nie radzę sobie z ostatnim etapem organizacyjnym, jakim jest pakowanie walizki. Dzień pierwszy – wlokę torbę podróżną na środek pokoju i na tym koniec prac. Dzień drugi – przerzucam ubrania z miejsca na miejsce układając w głowie przykładowe stylizacje, ale nie jestem zadowolona z efektów. Dzień trzeci – kapitulacja. Postanawiam jechać na zakupy z zamysłem, że ubrania na tą wycieczkę muszę skompletować od nowa. Chwila namysłu i wracam do szafy… w końcu kilka sztuk ląduje w walizce. Dzień przed odlotem wena nadchodzi i odpowiednie outfity układają się wygodnie na dnie mojej torby.
Całe szczęście, że z kompletowaniem kosmetyczki poszło mi o wiele łatwiej!

Jako pierwsze wylądowały w niej produkty do pielęgnacji twarzy. Codziennego rytuału oczyszczania nie pomijam nawet podczas podróży. Zmęczona cera po zarwanej nocy i kilku godzinach lotu jest odwodniona i przesuszona. Moja najlepiej regeneruje się przy pomocy olejków. Ten z firmy Sattva (KLIK) z formułą ajurwedyjską na bazie kwiatu lotosu przyjemnie pachnie, dobrze się wchłania, ale też doskonale uelastycznia skórę. Dodatkowo eliminuje delikatne zmarszczki oraz brązowe plamki.

Pewnie zastanawiacie się, a co niektóre z Was już googlują czym tak naprawdę jest formuła ajurwedyjska? Ta tradycyjna nauka o zdrowiu wywodzi się z moich ukochanych Indii. Mądrość nauki była przekazywana słownie, aż do dnia, w którym 5000 lat temu została w końcu spisana. Ajurwedępostrzega się jako kolebkę medycyny, a wiele jej idei i sposobów kuracji przejęła bardziej nam znana medycyna alternatywna. Jak to w indyjskich wierzeniach bywa, wszystko opiera się na równowadze, którą można osiągnąć tylko działając zgodnie z prawami natury. Nie ma już zatem wątpliwości dlaczego ten produkt bierze udział w Festiwalu Kosmetyków Naturalnych w drogeriach Hebe.

Podczas wyjazdów staram się zabierać ze sobą takie produkty pielęgnacyjne, które są wielofunkcyjne. Peeling kawowy firmy Nacomi o zapachu gorzkiej czekolady i pomarańczy (KLIK) wpadł do kosmetyczki jako drugi. Spełnia kilka wymogów. Po pierwsze jego zapach pobudza, jak filiżanka kawy, więc poranny prysznic przed dniem pełnym wrażeń w nowym miejscu na ziemi – no same przyznajcie, efekt gwarantowany! Po drugie wspomaga wyszczuplanie i walczy z cellulitem, a z tym intruzem walczy większość z nas… Peelingi jednak przede wszystkim pobudzają krążenie, wygładzają i ujędrniają. Jest to produkt wegański, a teraz możecie go upolować w drogeriach Hebe w obniżonej cenie – 44,99.

Ostatni z pewniaków, który trafił do kosmetyczki, a tym samym do mojej walizki jest żel pod prysznic firmy YOPE z serii Kwiat Lipy (KLIK) . Przyznam wprost, że ta buteleczka posłuży podczas podróży na wiele sposobów. Przede wszystkim nie jestem fanką hotelowych mini kosmetyków do pielęgnacji ciała. Zazwyczaj są wysuszające i nie wiem dlaczego, ale mam nieodparte wrażenie, że szampon i żel pod prysznic to jedno i to samo… dlatego wiem, że będę używać tego żelu pod prysznic także jako mydło do umycia rąk po wyjściu z toalety, czy po przejechaniu dłuższej trasy samochodem.


Seria naturalnych kosmetyków YOPE także jest w tej chwili dostępna w promocyjnych cenach. Wybierając serię Kwiat Lipy mamy okazję choć trochę przyczynić się do akcji wspierania pszczół. Część dochodu bowiem zostanie przekazana na Fundację Łąka, która sieje w miastach… łąki. Ja bardzo lubię takie akcje i chętnie się do nich przyłączam.

Festiwal kosmetyków naturalnych trwa jeszcze przez tydzień. Do 15 listopada macie możliwość zaopatrzyć się w produkty, które nie posiadają żadnych SLES, PEG, PRB, czy SLS. Warto zwracać uwagę na to, jaki skład mają kosmetyki, które nakładamy na nasze twarze i ciało. Świadomość, że to co w środku pochodzi z naturalnych surowców na mnie działa podwójnie – wiem, że nie zaszkodzę sama sobie i przyczynię się choć odrobinę do poratowania naszego środowiska. A tymczasem até mais logo! 

Continue Reading

Dolina Śmierci w Kalifornii! Zachwycająco-przerażająca!

Dolina Śmierci w Kalifornii to miejsce tak zachwycające, że aż trudno mi je opisać słowami… Żeby ten post miał jakikolwiek sens, bo ileż można używać „ochów” i „achów” postanowiłam skupić się na zdjęciach. Myślę, że one najlepiej oddadzą panujący tam „klimat”.  Moim skromnym zdaniem, będzie to przepiękna foto-opowieść do tego jakże magicznego miejsca. Przespacerujemy się pustynnymi wydmami, staniemy na szczycie krateru i obejrzymy „paletę artysty”.

Zanim jednak przejdziemy do zdjęć, przyda się kilka informacji praktycznych, szczególnie jeśli myślicie, żeby w niedalekiej przyszłości odwiedzić to miejsce.

Death Valley to jedno z NAJgorętszych, NAJsuchszych i NAJniżej położonych miejsc na świecie. To najgorętsze miejsce w całych Stanach (w lipcu 1913 roku padł tam rekord temperatury – meteorolodzy z Furnace Creek zaobserwowali na termometrach 56,7 st. C). Uff jak gorąco, prawda?… Nie potrafię sobie nawet wyobrazić tak wysokiej temperatury…  Wierzcie mi na słowo – złowieszcza w Dolinie Śmierci jest nie tylko nazwa, czy temperatura, również niektóre krajobrazy przyprawiają o ciarki.

-> Absolutnie odradzam podróż do Death Valley latem, temperatury w dzień przekraczają tam 40 stopni Celsjusza, a i w nocy często nie spadają poniżej 30 stopni,

-> Pamiętajcie, że wjazd na teren Doliny Śmierci jest płatny. To, że (poza sezonem) stoi tam tylko automat z biletami, którego nikt nie pilnuje, nie oznacza, że można pominąć uiszczenie opłaty. Nie ma szlabanów, ani ochrony, a i tak wszyscy się zatrzymują i grzecznie podchodzą do „biletomatu”, aby opłacić wjazd. Płatność tylko kartą! Cena to 20$  – bilet uprawnia do wjazdu na teren parku przez 7 dni,

-> Na terenie Doliny Śmierci można spędzić noc – znajduje się tam kilka miejsc przeznaczonych na campingi. Jak to wygląda w praktyce, niestety nie wiem, bo my wybrałyśmy opcje z noclegiem w zajeździe na obrzeżach parku narodowego,

-> Wysokie ceny noclegów w sezonie powalają z nóg! Cena za dobę w samej Dolinie może sięgać od 100 do nawet 200 dolarów, dlatego opcja „poza sezonem” i „poza Doliną” jest wariantem optymalnym,

-> Koniecznie pamiętajcie, żeby przed wjazdem zatankować auto! Wjeżdżając na teren Doliny Śmierci trzeba mieć przynajmniej połowę baku, bo choć stacja benzynowa jest (jedna!), to paliwo tam jest dużo droższe. Spore odległości między poszczególnymi atrakcjami też nie ułatwiają sytuacji. A widząc opadającą wskazówkę poziomu paliwa można się nieźle zestresować,

-> Wybierając się do Doliny Śmierci w sezonie, kiedy temperatury sięgają 30-40 stopni, koniecznie trzeba zaopatrzyć się nie tylko w wodę, ale również w nakrycie głowy. Pamiętajcie, że w wielu miejscach, niestety, nie ma gdzie się schować przed lejącym się z nieba żarem. Krem z filtrem i co najmniej 2 litry wody to niezbędne minimum!

Co można zobaczyć w Dolinie Śmierci?

Zabriskie Point!

Było to pierwsze miejsce, z przepięknym punktem widokowym, które było nam dane podziwiać. Pofalowane formacje skalne robią piorunujące wrażenie i stojąc tam, pośrodku tych wyrzeźbionych skamieniałych fal, w głowie pojawia się jedno pytanie: czy to wszystko naprawdę stworzyła natura? Krajobraz rodem z dobrego filmu science-fiction zapada w głowie na długo.  Pamiętajcie – wjeżdżając do parku od strony drogi 127, będzie to pierwsze miejsce na mapie, którego nie można pominąć! Zabriskie Point podbiło  moje serce na tyle, że inne atrakcje Doliny wydały mi się jakby „mniejsze”.

Golden Canyon!

Złoty Kanion już samą nazwą przyciąga. Niestety, po Zabriskie Point nie zrobił już na mnie aż tak wielkiego wrażenia jak powinien. Szkoda… Myślę również, że gdyby to od niego zacząć zwiedzanie, to odczucia jakie mi towarzyszyły spacerując po tym miejscu byłyby zupełnie inne. Bo miejsce niewątpliwie ma swój urok. Zresztą zobaczcie sami.

Devil Golf Course!

Diabelskie Pole Golfowe to nic innego jak zbita sól, która w połączeniu z gliną i ziemią utworzyła niesamowity księżycowy krajobraz. Mówi się, że miejsce to jest tak nierówne i nieobliczalne w swojej fakturze, że tylko diabeł odważyłby się tutaj zagrać w golfa. Jak dla mnie bomba!  Trzeba byłoby mi tylko dać kij golfowy, a udowodniłabym, że śmiałków poza czortem jest więcej :). Myślę, że jedyne co było „diabelskie”, to droga, którą trzeba było pokonać, żeby dostać się na to księżycowo-diabelskie odludzie. Odcinek, który miał około kilometra, pokonałam w jakieś pół godziny!!! modląc się, żeby po drodze nie zgubić podwozia, albo, nie daj Boże, nie przebić opony. Ale wierzcie mi, warto było stawić temu czoła! Z pewnością jest to tańsza opcja „wycieczki na księżyc”, a widoki podobne! 😉

Artist’s Palette!

Jak przystało na prawdziwą paletę artysty to najbardziej „kolorowe” miejsce w całej Dolinie Śmierci. Choć biorąc pod uwagę jej szaro-brunatny krajobraz, to o to miano wcale nie jest trudno. Wystarczy odrobina koloru i już mamy odstępstwo od tej monochromatycznej normy, które śmiało można nazwać barwną atrakcją parku. Koloru tak naprawdę jest niewiele, ale już sama droga wiodąca do „Palety Artysty” robi wrażenie. Bardzo żałuję, że nie udało mi uwiecznić tej trasy na zdjęciach. Bezpieczeństwo wzięło jednak górę i zamiast robić fotki skupiłam się na prowadzeniu auta. Pamiętajcie, że jadąc do „Artist’s Palette” i widząc po drodze coś interesującego – warto się zatrzymać, bo niestety droga powrotna wytyczona została inną trasą, a piękne widoki i możliwość uwiecznienia ich na zdjęciach przejdzie Wam koło nosa.

Badwater!

Zła woda, to moje najmniej ulubione miejsce w Dolinie Śmierci. Straszne tłumy, niewidoczne w innych punktach widokowych, tutaj skutecznie utrudniały zrobienie chociażby jednego dobrego zdjęcia. Biorąc jednak pod uwagę wyjątkowość tego miejsca – zatrważające ilości turystów nie powinny mnie dziwić. Badwater – to najbardziej „depresyjne” miejsce, czyli najniżej położony punkt kontynentu. Chcecie dokładne liczby? Proszę bardzo: 85,5 m p.p.m.. Prawda, że działa na wyobraźnie? Woda tutaj jest tak słona, że nie jest zdatna do picia. Latem, przy wysokich temperaturach – wysycha, pozostawiając ogromne, białe połacie soli.

Mesquite Sand Dunes!

Ruchome wydmy w Dolinie Śmierci to kolejny obowiązkowy punkt programu. I chociaż nie różnią się zbytnio od tych w Łebie, to wyrastając nagle pośrodku surowego i raczej skalnego krajobrazu, prezentują się naprawdę okazale. Najpiękniej ponoć wyglądają tuż przed wschodem lub zachodem Słońca, kiedy mienią się w różnych odcieniach złota. My Mesquite Sand Dunes podziwiałyśmy za dnia. Może i kolory nie były tak spektakularne, ale szansa na spotkanie węża zdecydowanie mniejsza. Jak trafić na wydmy? Wystarczy jechać jedną i jedyną asfaltową trasą w Dolinie Śmierci, drogą nr 190. Widać je już z drogi – żółte, piaszczyste 30-metrowe wydmy wyrastają pomiędzy Pogrzebowymi Górami.

Krater Ubehebe!

Krater Ubehebe to drugie miejsce po Zabriskie Point, gdzie z zachwytu oniemiałam. Jeśli śledzicie mnie na instagramie, to zapewne pamiętacie, jak po raz dziesiąty powtarzałam na story: WOW!!! Niestety, nic więcej nie byłam w stanie wydukać, a stojąc na szczycie krateru czułam ogrom otaczającego mnie świata. Co ciekawe nazwa Ubehebe często jest błędnie tłumaczona jako „duży kosz w skale”.  Kosza to nie przypomina, ale duże i głębokie (na 600 metrów) jest na pewno :). Żeby zobaczyć krater z góry, trzeba się trochę namęczyć. Na śmiałków czeka dość strome podejście, ale widoki wynagradzają trudy wchodzenia.

Dolina Śmierci to miejsce tak fascynujące, że jeden dzień to zdecydowanie za mało, żeby wszystko na spokojnie zobaczyć. My musiałyśmy ominąć takie punkty widokowe jak The Racetrack czy Scotty’s Castle czego nie mogę odżałować. Warto, planując wycieczkę w tamte rejony, zarezerwować sobie przynajmniej dwa dni! Ja obiecałam sobie, że do Death Valley jeszcze wrócę, być może z noclegiem na campingu i nadrobię braki, zwiedzając pominięte atrakcje. 

Continue Reading