sLOVEnia czyli miłość od pierwszego wejrzenia!

Cześć wszystkim!

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o maleńkim państewku, mającym zaledwie 20 273 km kwadratowych powierzchni i około 2 mln ludności – Słowenii (dla porównania, Wielkopolska ma 29 826 km2!). Ale nie o liczbach jest ten wpis, bo nie od dziś przecież wiadomo, że rozmiar, kiedy przychodzi co do czego, nie ma znaczenia 😉 Powiem Wam szczerze, że Słowenia, przy pierwszej i jestem pewna, nie ostatniej wizycie –  powaliła mnie na kolana :).

Z ręką na sercu mogę przysiąść, że Słowenia jest jednym z najpiękniejszych europejskich państw! Co więcej, wskaźnik indeksu szczęścia i długość życia mieszkańców są tam bardzo wysokie, ale to nikogo kto był na Słowenii, nie powinno akurat dziwić. Skąd to się bierze? Z moich obserwacji wynika, że z permanentnej potrzeby ruchu. Słoweńcy kochają sport i widać to na każdym kroku. Sport uprawiają dosłownie wszyscy, z tym, że starsi mieszkańcy w pewnym momencie przerzucają się z biegania na spacery po górach.

Do Słowenii wybraliśmy się samochodem, co przy 4 podróżujących osobach okazało się najbardziej ekonomiczną opcją. Paliwo plus winiety uczyniły nas około 350 zł od osoby. Wybierając się w podróż samochodem pamiętajcie, żeby zaopatrzyć się w dobrą nawigację (ta w telefonie, po przekroczeniu granicy, niestety przestaje działać!). Kiedyś pół dnia błądziłam po Pradze samochedem, zapominając o isteniu GPS i  będąc przekonana, że bez problemu trafię do celu. Guzik prawda!  Nie zapominajcie, że odpowiednią aplikację, która działa również w trybie offline,  można ściągnąć na smartfona. Jedno jest pewne – odpowiedni sprzęt na pewno zaoszczędzi nam sporo nerwów, czasu i dodatkowych kilometrów :).

Jeśli chodzi o noclegi to niestety nie wiem jak to się kształtuje cenowo. Mam to szczęście, że w Słowenii mieszka moja przyjaciółka, która przejeżdżając kiedyś przez ten maleńki kraj, tak go pokochała, że postanowiła tam zamieszkać! Jak mam być szczera, to wcale jej się nie dziwie i gdybym tylko nie miała w Polsce wspaniałej pracy, hipoteki i kilku marzeń do zrealizowania, to być może też zapuściłabym tam korzenie…

Czas chyba przejść do atrakcji, czyli tego co Słownia ma nam do zaoferowania:

  • na pierwszym miejscu postawiłabym na „naturę” – zrobiła na mnie największe wrażenie. Naturę widać tutaj na każdym kroku, nawet siedząc na balkonie masz to szczeście upajać się pięknymi widokami, a otaczające Cie z każdej strony góry zapierają dech w piersiach. Fani rozbójnika Rumcajsa też będą zadowoleni, bo aż 50% kraju stanowią lasy. Podczas naszego 4-dniowego pobytu odwiedziliśmy dwie „górki” – Jošt i Golice :). Wdrapanie się na tą pierwszy zajęło nam jakąś godzinę. I choć sapaniu i narzekaniu nie było końca (wszak człowiek mieszkający na nizinach nie jest przyzwyczajony do takich ekstremalnych ekscesów… haha), to przepiękny widok  zrekompensował nam cały trud i sprawił, że nabraliśmy ochoty na więcej. Nazajutrz postanowiliśmy wspiąć się na Golice. To rozłożysta góra nad Jesenicami, której osobliwością są kwitnące w drugiej połowie maja narcyzy białe. I choć, podczas naszego pobytu, narcyzy jeszcze się na dobre „nie rozhulały”, to i tak było warto (widoki były nieziemskie); 
  • następna obowiązkowa atrakcja to jezioro Bled. To właśnie tam, znajduje się najstarszy hotel (Hotel Golf powstał w 1937 roku). Piękne jezioro, z jeszcze piękniejszym widokiem i z dużym sercem umiejscowionym na pomoście (przy którym wszyscy turyści robią sobie pamiątkowe zdjęcia), okazało się też idealną miejscówką na zaręczyny. Spokojnie, nie moje, a moich przyjaciół! 😉 Mam nadzieję Asiu, że był to jeden z najcudowniejszych dni w Twoim życiu… Ja, z naszego wypadu nad Bled oprócz mile spędzonego czasu ze wspaniałymi przyjaciółmi, zapamiętam też grilla, którego, jak się poźniej okazało, wcale nie mieliśmy prawa w tym miejscu robić…
  • jeśli natomiast wypoczynek dla Was oznacza plażę, słońce i leżenie plackiem, to spokojnie – Słowenia też ma taką opcję do zaoferowania. Ze stolicy kraju – Lublany, jakąś godzinę zajmie droga samochodem nad morze. A stamtąd „rzut beretem” jest już do Chorwacji, którą pewnie kojarzycie z pięknych widoków i skalistych plaż. My zdecydowaliśmy się pozostać w Słowenii, bo po co jechać do Chorwacji, skoro w nadmorskim Piranie jest równie pięknie? I choć dostępu do morza Słowenia ma niewiele i mieszkańcy nawet sobie z tego żartują, że aby romantyczny spacer wzdłuż słoweńskiego wybrzeża trwał wystarczająco długo, trzeba zawracać przynajmniej 10 razy – to zapewniam Was, że aby to sprawdzić, należy tam pojechać ;-).

Pamiętajcie, że jeżeli wybieracie się do Piranu w sezonie, to warto zaparkować samochód w pobliskiej miejscowości Portorož (nazwa  dosłownie oznacza „Port Róż” i faktycznie zachwyca roślinnością). Warto też przejść się nadmorskim bulwarem do Piranu. My, mimo iż byliśmy poza sezonem, również wybraliśmy tę opcję, bo nie ma chyba nic przyjemniejszego niż spacer brzegiem morza. Podczas takich wypraw można nieźle naładować akumulatorki. Morska bryza, lekki wiatr i miasteczko, do którego zmierzaliśmy, a które było widać gdzieś w oddali sprawiły, że można by było tak iść i iść… zapominając o Bożym świecie.

A jak już wreszcie dotrzecie do Piranu to „przepadniecie”. Jestem pewna, że zakochacie się w tych kolorowych kamieniczkach, wąskich uliczkach i porcie, który pełen jest prywatnych jachtów. To właśnie tutaj odbyła się sesja z tego wpisu (KLIK).

To były 4 fantastyczne dni, spędzone zarówno na aktywnym wypoczynku, jak również leniuchowaniu. Z całego serca chciałąbym podziękować mojej przyjaciółce – Agnieszce ,  która dołożyła wszelkich starań, aby ten wyjazd był dla nas niezapomniany. Jestem na 100% pewna, że do Słowenii wrócę i to nie jeden raz i mam cichą nadzieję, że nastąpi to szybciej, niż myślę.

Continue Reading

O tym dlaczego moi znajomi przestali ze mną jeść + stylizacja z Piranu.

Cześć wszystkim!

Dzisiaj chciałabym Wam opisać pewne zdarzenie. Sytuacja sprzed kilku dni. Jestem z moimi przyjaciółmi  w przepięknej Słowenii, a dokładniej – tego dnia nad Adriatykiem, w malowniczej miejscowości Piran. Wszyscy zadowoleni. Chodzimy, zwiedzamy… Czasami komuś zdarzy się trochę ponarzekać, że trochę za mocno wieje… Ale ogólnie jest fajnie, wakacyjnie i przyjemnie. Tak intensywnie zachwycamy się malowniczym Piranem, że zapominamy o „Bożym świecie”, a o którym drastycznie postanowiły nam przypomnieć nasze „kiszki”, które zaczęły grać przysłowiowego marsza. Co tu robić? Szukamy fajnej miejscówki, niezbyt tłocznej, najlepiej też nie za drogiej, ukrytej w którejś z licznych wąskich uliczek. Ma być kameralnie i pysznie, ot takie nasze małe widzimisię! Jednak znalezienie naszej idealnej knajpki  okazuje się nie lada wyzwaniem! Na szczęście jest w naszej paczce ktoś, kto mimo długiego pobytu na słońcu, jeszcze potrafi trzeźwo myśleć i wpada na pomysł skorzystania z niezwodnego Trip Advisora. Dzięki niemu, trafiamy do klimatycznego Fritolin pri Cantini, położonego na malutkim placyku, mało uczęszczanym przez turystów. Jest dokładnie tak jak być powinno: owoce morza i potrawy z ryb na sąsiednich stolikach wyglądają tak smakowicie, że „marsz” naszych żołądków przekształca się w „bieg”. Zamawiamy i czekamy! Czekamy… czekamy! Wcale nie tak długo, ale pamiętajcie, że Polak głodny, to Polak zły. Minuty oczekiwania na nasz posiłek zamieniają się w tryliardy lat świetlnych! 😉 W końcu obsługa wiesza kartonową rybkę z numerkiem naszego zamówienia na haku… Nasze danie jest wreszcie gotowe! Odbieramy talerze pełne pyszności, chwytamy za widelce i…

Nagle przypomina mi się, że przecież jestem również blogerką, że co jak co, ale moi czytelnicy na pewno chcieliby zobaczyć zdjęcia tych pyszności… A nóż będą kiedyś w Piranie. Mówię: STOP! I patrzę na zbolałe miny moich towarzyszy. Ale nie ma zmiłuj, nie jemy dopóki nie zrobię satysfakcjonujących mnie zdjęć (a wierzcie mi, że wykonanie ich aparatem stanowi dla mnie nie lada wyzwanie). Po dłuższej chwili  odkładam aparat, zdjęcia wreszcie zrobione, możemy zacząć delektować się pysznościami słoweńskiej kuchni… Moi współtowarzysze sięgają po widelce, a mi nagle przypomina się, że przecież jeszcze Instagram!. Żeby nie przeginać, tym razem chwytam za telefon… Kątem oka zauważam lekkie zirytowanie osób siedzących przy stole, moi przyjaciele podejrzanie mocniej zaciskają ręce na swoich nożach… Szybko nagrywam Instastory, cykam kilka fot i łaskawie pozwalam na konsumpcję. Uff, groźne miny znikają, a na ich twarzach pojawia się błogie zadowolenie, że wreszcie mogą kosztować tych pyszności… Szkoda tylko, że nasze dania, pierwotnie ciepłe, trochę ostygły… Na moje szczęście, wszyscy byli tak głodni, że nikt tego faktu nie raczył zauważyć.

Foto: Bartosz Skopiński

Sukienka- Sugarfree

Plecak, zegarek- Parfois

Okulary- Mohito

Naszyjnik- Ania Kruk

Continue Reading

Włochy- pomysł na city break!

Hej Kochani!

Dziś ponownie powróciła do nas wiosna… Widać ją nie tylko w kalendarzu, ale również za oknami … co mnie osobiście bardzo cieszy, bo powiem szczerze, że perspektywa zimy i widok śniegu w maju trochę budził moje obawy co do zbliżającego się wielkimi krokami lata. Jedno jest pewne, bo choć u nas w kraju pogoda kapryśna, to są miejsca w Europie, które kuszą – po pierwsze wiosenną aurą, po drugie –  pysznym jedzeniem, a po trzecie i najważniejsze (jak dla mnie) – wspaniałymi widokami. Dlaczego by nie zrobić sobie małego „city breaku” i wyskoczyć na 2-3 dni gdzieś, gdzie tego wszystkiego możemy doświadczyć?

Ci z Was, którzy śledzą mojego instagrama (KLIK) wiedzą, że z Włoch wróciłam już dobry miesiąc temu. Nie zmienia to jednak faktu, że cały czas mam przed oczami malownicze uliczki Bari, urocze kamienne domki Trulli w Alberobello, czy Sassi di Matera – włoskie miasto wykute w skale. Dlatego, dzisiaj chciałabym Was zabrać w krótką wirtualną podróż po najpiękniejszych zakątkach południowych Włoch.

 

Bari, które jest stolicą regionu Apulia stanowi świetną bazę wypadową do miasteczek położonych w okolicy i to właśnie do Bari można się dostać samolotem z Warszawy i Katowic (jeśli dobrze pamiętam :)) za naprawdę niewielkie pieniądze. Polecam przeglądać oferty Wizzair’a bo często zdarzają się cenowe perełki na tej trasie. Ja za swój bilet płaciłam 250 złotych i może to nie była jakaś wielka promocja jeśli chodzi o cenę, ale zależało mi na konkretnym terminie, a wtedy jak wiadomo mamy mniejsze pole manewru! 🙂

Z lotniska, które nosi nazwę Karola Wojtyły, bardzo łatwo dostać się do centrum Bari. Co 10-20 minut kursuje kolejka, która kosztuje 5 euro.

Jeśli chodzi o nocleg, to właśnie w Bari znajdziecie mnóstwo ofert typu B&B czyli Bed and Breakfast. Nie oznacza to jednak (jak jest w słynnym przeboju Piaska), że śniadanie zostanie Wam zaserwowane do łóżka! 🙂 Filozofia Bed and Breakfast polega na tym,  że wykupując nocleg otrzymacie najprawdopodobniej talon na śniadanie w pobliskiej kafejce, tak jak to było w moim przypadku. Hmmm muszę jeszcze dodać, że „śniadanie” w tym wypadku to za dużo powiedziane, bo czy my Polacy możemy nazwać śniadaniem – kawę i croissanta jedzone w biegu? Pozostawiam to Waszej ocenie… 😉

W związku z tym, że w południowych Włoszech spędziłam tylko 2 pełne dni, plan był napięty. Zaraz po zakwaterowaniu się, ruszyliśmy na dworzec kolejowy, który mieliśmy dosłownie „pod nosem” i postanowiliśmy pojechać do oddalonego o jakieś 56 km miasteczka Alberobello. Znowu pociąg okazał się najtańszym środkiem transportu (cena biletu 5 euro). Uzbrojcie się jednak w cierpliwość, bo na tej trasie pół godzinne opóźnienia pociągu są normą! A sama podróż trwa jakieś 2-3 godziny mimo niedużej przecież odległości. Wszystkie te frustrujące rzeczy odchodzą jednak w niepamięć, kiedy dotrze się w końcu na miejsce i zobaczy to piękne miasteczko, z główną atrakcją, czyli domkami Trulli.

Legenda głosi, że taki rodzaj budowy tych uroczych teraz domków został wymuszony na chłopach przez hrabiów (chciano w ten sposób uniknąć płacenia podatków nałożonych przez Królestwo Neapolu na każdy nowo wybudowany SOLIDNY dom). Dacie wiarę, że zbudowane są z łupków wapiennych bez zaprawy cementowej? Poprzez swoją konstrukcje miały sprawiać wrażenie nietrwałych i tymczasowych. W rzeczywistości jednak Trulli okazały się nie tylko zadziwiająco trwałe, ale też idealne pod względem utrzymania równowagi termicznej: latem – zapewniają przyjemny chłód, a zimą – trzymają ciepło. Zwróćcie uwagę na ozodoby dachów – ezoteryczne symbole miały zapewnić domownikom pomyślność.

Największe skupisko tych niezwykłych kamiennych domków można zobaczyć w miasteczku Alberobello; miasteczko to jest jednym z 47 włoskich miejsc wpisanych na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO!

Niesamowite i zdecydowanie warte zobaczenia.

Kolejny dzień to kolejna wyprawa pociągiem (i znowu trzeba zapłacić 5 euro – coś Włosi upodobali sobie tą symboliczną kwotę ;)) Tym razem naszym celem była Matera, której stara część – Sassi została wykuta w skale. Z takich ciekawostek, to do końca XX wieku Matera była jednym z najbiedniejszych regionów we Włoszech. Dla mnie największym szokiem była informacja, że tamtejsza ludność funkcjonowała bez prądu, bieżącej wody i kanalizacji. Co więcej – mieszkając w tych skalnych chatkach na bardzo małej powierzchni (przeważnie były to tylko 2 pomieszczenia), razem z rodziną i zwierzętami – byli bardzo szczęśliwi i towarzyscy.

Dopiero w 1993 roku zabytkową część miasta Sassi di Matera wpisano na Światową Listę Dziedzictwa UNESCO. Było to prawdziwe wybawienie dla mieszkańców, wiele kościołów i domów odrestaurowano i zaczęto zarabiać również na turystyce.

Kręte uliczki, piękne widoki robią ogromne wrażenie i zapierają dech w piersiach. To tutaj kręcono wiele filmów, na czele z „Pasją” Mela Gibsona. Jeśli będziecie kiedyś w południowych Włoszech to nie możecie ominąć tego miejsca!

Widziecie te jaskinie? Tam kiedyś mieszkali ludzie! :O

Matera to również piękno przyrody i zapierające dech w piersiach widoki. Sasii położona jest na wysokim brzegu wąskiego kanionu rzeki. Z jednej strony mamy klimatyczne domki i jeszcze piękniejszego miasteczka, a z drugiej – nierzeczywistą wręcz potęgę natury! Myślę, że jak tam kiedyś będziecie, to niejednokrotnie z Waszych ust padnie bardzo wymowne „WOOOW”! 🙂

I to tyle jeśli chodzi o mój mały kwietniowy „city break”. Trochę żałuję, że na samo Bari pozostało niewiele czasu… Jestem pewna, że  to miasto też ma sporo do zaoferowania. 🙂 Już dziś wiem, że  muszę tam jeszcze wrócić i odkryć uroki kolejnych miasteczek regionu Apulia, tak od siebie różnych!

Mam nadzieję, że taki wpis był dla Was miłą odskocznią od postów modowych!

Dajcie znać, bo przede mną kolejna krótka wyprawa… o której chętnie Wam opowiem! 😉

Continue Reading

The rythym of my life!

Hej Kochani! Dzisiaj trochę o tym co mi w duszy gra! 😉  Ci, którzy od dłuższego czasu śledzą mojego bloga wiedzą, że jedną z moich największych pasji jest podróżowanie. Warto jednak dodać, że nie samymi podróżami człowiek żyje… Trzeba jakoś na nie zarobić, prawda?! 🙂 Ja należę do tych szczęściarzy, którzy robią to co lubią i jeszcze im za to płacą, także narzekać nie mogę… <3 Już od dobrych paru lat pracuję w radiu i uwielbiam tę robotę.  Co więcej, muzyka jest nieodłącznym elementem mojego życia, bo zarówno w pracy, jak i w podróży non stop mi towarzyszy. Nie lubię ciszy, nie czuję się z nią komfortowo – właśnie mi się przypomniało, że nawet będąc w liceum, czy na studiach, uczyłam się przy włączonym telewizorze lub radiu. Hmmm, czy to już czas zadać sobie pytanie czy ze mną wszystko w porządku? ;>

Jedno jest pewne, muzyka jest często mało inwazyjnym lekarstwem na naszą duszą. Wiedzieliście, że nasze ulubione rytmy wyzwalają aktywność w tej samej strukturze mózgu, która uwalnia dopaminę – hormon szczęścia i przyjemności wyzwalany również podczas jedzenia na przykład czekolady. A chyba nie muszę przypominać, że słuchając muzyki nie tylko nie przytyjemy, ale też możemy zrzucić zbędne kilogramy. Wystarczy do ulubionych rytmów potupać trochę nóżką :). Słuchanie muzyki jest nie tylko świetną formą przywoływania uśmiechu na naszej twarzy, ale też sposobem na relaks. A wiadomo, w czasach, gdy pojawia się coraz więcej czynników stresogennych, te działające pozytywnie są nam bardzo potrzebne.

Dlatego też, dzisiaj podzielę się z Wami moimi ulubionymi ostatnio utworami. Takimi, które potrafią poprawić mi humor po ciężkim dniu, zrelaksować i naładować pozytywną energią. Chętnie też dopisze do mojej listy kolejne utwory, także jeśli macie w swojej playliście jakieś niezawodne hity, to koniecznie dajcie mi o tym znać w komentarzach! 🙂

Ed Sheeran- Shape Of You

Justin Timberlake- CAN’T STOP THE FEELING

WALK THE MOON- Shut Up and Dance

John Mamann- Love Life ft. Kika

Robbie Williams- Love My Life

Robbie Williams- Pretty Woman

Madcon- Don’t Worry feat. Ray Dalton

Mark Ronson- Uptown Funk ft. Bruno Mars

Alvaro Soler- Libre ft. Monika Lewczuk

The Weekend- I Feel It Coming ft. Daft Punk

To tylko ostatnie z moich muzycznych ulubieńców. No, ale czym byłaby muzyka, szczególnie w podróży, bez odpowiedniego sprzętu. Kiedyś miałam z tym ogromny problem, dlatego cieszę się, że od jakiegoś czasu towarzyszą mi słuchawki marki SUDIO. Mój model to Sudio Vasa w kolorze różowym. Firma oferuje ten model również w kolorze czarnym, białym i niebieskim, także każdy na pewno znajdzie coś dla siebie. Są to słuchawki przewodowe, ale jakże wygodne. Dzięki kablowi w kształcie tasiemki, słuchawki nie plączą się, co jest, oprócz dźwięku oczywiście… no i koloru, największym plusem tego zestawu. Do tego modelu, została opracowana też nowa generacja sterownika 10,2 mm, dzięki któremu jesteśmy w stanie usłyszeć w swoim ulubionym utworze, każdy dźwięk i instrument. Tu macie link do mojego modelu–> KLIK .

Mam też dla Was miłą niespodziankę! 🙂 Na hasło: FIT.ASHIONN15 otrzymacie 15% zniżki na wszystkie produkty zakupione na www.sudiosweden.com/pl .

Niech muzyka będzie z Wami i do następnego! :*

Continue Reading

Thailand-Bangkok!

Hej Kochani! Dzisiaj znowu zabieram Was w wirtualną podróż do przepięknej Tajlandii! Będzie to już ostatni post z tego kraju- w końcu ile można o czymś czytać?! Teraz pozostaje Wam tylko spakować plecak i ruszyć na podbój tego magicznego zakątka. Także jeśli po przeczytaniu wpisu będziecie mieli jeszcze jakieś pytania to śmiało można je zadawać w komentarzach. Na wszystkie na pewno odpowiem. 🙂

Ale wracając do Tajlandii… wiele osób po powrocie do Polski pytało mnie, czy mi się podobało? Czy warto jechać aż tak daleko? Czy jeśli już jedziemy to powinniśmy od razu wybrać się na jakąś plażę czy pozostać w Bangkoku? Czy jest drogo? Czy… czy… czy?! I mogłabym tak wymieniać bez końca! Wszystkie moje wywody sprowadzały się jednak do jednej odpowiedzi: Tajlandia jest jednym z piękniejszych miejsc w jakich byłam, a wierzcie mi na słowo, widziałam już sporo. 😉 Do tej pory, będąc juz w Polsce, przypominam sobie i zachwycam się jej różnorodnością i pięknem, wzdycham do pysznego jedzenia i uśmiecham się na myśl o serdeczności Tajów. Także na pewno warto umieścić Tajlandię na liście kierunków ,,must visit”.

thumb_pa080833_1024

Jak już wylądujemy w Bangkoku, to można albo od razu lecieć na jakąś wysepkę z rajską plażą, albo pozostać parę dni w stolicy. Wszystko zależy oczywiście od osobistych preferencji, ale jeśli pytacie mnie o zdanie to ja bym na Waszym miejscu zdecydowała się na tą drugą opcję. Bangkok jest naprawdę niesamowity, a mnóstwo różnorodnych atrakcji sprawi, że nie będziecie się tu nudzić.

thumb_pa080855_1024

Jedną z rzeczy, którą warto zobaczyć jest ,,floating market” czyli pływając targ. Taki targ znajdziecie w samym Bangkoku, ale ja polecam wybrać się na ten największy czyli Damnoen Saduak Floating Market, znajdujący się jakieś 100 km od stolicy Tajlandii. Jest to miejsce niezwykle tłoczne, pełne turystów, ale na pewno warte zobaczenia. Bo gdzie indziej zobaczymy targ na którym handluje się pływając łódkami? Pływają wszyscy: kupujący, handlarze i ,,restauratorzy” sprzedający lokalne przysmaki, a także oszołomieni turyści, których bardziej niż zakupy interesuje robienie zdjęć. 🙂 Moją ulubioną częścią wyprawy na Damnoen Saduak była jednak wycieczka po tamtejszej wiosce, która również zbudowana została na wodzie. Niesamowite jest to, że ludzie tak naprawdę żyją. W domach na palach, pod którymi płynie brudna woda. Tą wodą się myją, w niej piorą, gotują i pewnie jeszcze milion innych rzeczy. Niestety z tej części wycieczki nie mam za dużo zdjęć bo pochłonęło mnie to co działo się dookoła i kompletnie zapomniałam o uwiecznieniu tego dla Was. 🙁

thumb_pa080685_1024

thumb_pa080696_1024

thumb_pa080699_1024

thumb_pa080753_1024

thumb_pa080743_1024

thumb_pa080757_1024

Słodkie maleństwa- czyli najpyszniejsze banany jakie jadłam

Kolejną rzeczą, którą powinniście odwiedzić będąc w Bangkoku jest świątynia Wat Arun. Oczywiście w całym mieście świątyń jest prawie tak samo dużo jak budek ze street foodem i to nie jedyna, którą odwiedziliśmy. Ta jednak, wywarła na mnie największe wrażenie. Wat Arun czyli Świątynia Świtu znajduje się po drugiej stronie rzeki, także czeka nas krótka przeprawa łódką, co można uznać za dodatkową atrakcje. Bilet jest śmiesznie tani i wynosi jakąś złotówkę (nie pamiętam dokładnie, ale na pewno nie jest to wydatek od którego zbankrutujemy ;)). Słyszałam że Wat Arun przepięknie wygląda w promieniach zachodzącego słońca, my niestety zwiedzaliśmy ją w ciągu dnia, ale i tak prezentowała się niezwykle okazale. Dodatkowo zielone tereny otaczające Wat Arun również robią piorunujące wrażenie. Zresztą zobaczcie sami…

thumb_pa080918_1024

thumb_pa080941_1024

thumb_pa080955_1024

thumb_pa080960_1024

thumb_pa080962_1024

thumb_pa080973_1024

thumb_pa080978_1024

thumb_pa080981_1024

thumb_pa080985_1024

thumb_pa081006_1024

thumb_pa081016_1024

Kolejnym miejscem wartym odwiedzenia, szczególnie nocą jest State Tower ze słynnym Sky Barem, który możecie kojarzyć z filmu ,,Kac Vegas 2″.  Osobom z lękiem wysokości odradzam takie wycieczki bo bar ten znajduje się na 64 piętrze, co sprawia, że jednym miękną kolana z zachwytu, a innym ze strachu! 😉 Jeśli jednak żadna wysokość Wam nie straszna to polecam wybrać się tam wieczorową porą żeby zobaczyć piękną, nocną panoramę Bangkoku. Pamiętajcie też o odpowiednim ubiorze, Panie najlepiej jeśli założą sukienkę, a panowie koniecznie długie spodnie, inaczej nie zostaniecie do restauracji i baru wpuszczeni.  Także ten jeden raz, rezygnujemy ze strojów typowo ,,podróżniczych” i zakładamy te wyjściowe. Przygotujcie się też na spory wydatek, piwo kosztuje około 50 złotych, a drink 80-90 złotych. Także spokojnie, raczej nie grozi nam poranek w stylu chłopaków z ,,Kac Vegas”… no chyba, że bo State Tower wybierzecie się do dzielnicy Czerwonych Latarni czyli Patpong! 😀 Ale to już temat na zupełnie inny post… 🙂

thumb_pa081070_1024

thumb_pa081074_1024

thumb_pa081087_1024

I tym wpisem kończę serię wpisów z Tajlandii. Przyznam Wam szczerze, że przygotowanie takich podróżniczych postów ,,w  pigułce” jest zdecydowanie trudniejsze, niż postów modowych. Tyle rzeczy chciałabym Wam opisać, ale z drugiej strony nie chce  zanudzać… Mam nadzieję, że udało mi się znaleźć złoty środek i że pierwsza seria postów podróżniczych przypadła Wam do gustu?! Ja wspaniale się bawiłam, wracając wspomnieniami do tych cudownych miejsc. Buziaki i do następnego! :*

thumb_pa080864_1024

thumb_pa080912_1024

thumb_pa080913_1024

thumb_pa080872_1024

thumb_pa080900_1024

Wywiadzik dla tajskiej telewizji 😉

thumb_pa081049_1024

thumb_pa081061_1024

Continue Reading