Dolina Śmierci w Kalifornii! Zachwycająco-przerażająca!

Dolina Śmierci w Kalifornii to miejsce tak zachwycające, że aż trudno mi je opisać słowami… Żeby ten post miał jakikolwiek sens, bo ileż można używać „ochów” i „achów” postanowiłam skupić się na zdjęciach. Myślę, że one najlepiej oddadzą panujący tam „klimat”.  Moim skromnym zdaniem, będzie to przepiękna foto-opowieść do tego jakże magicznego miejsca. Przespacerujemy się pustynnymi wydmami, staniemy na szczycie krateru i obejrzymy „paletę artysty”.

Zanim jednak przejdziemy do zdjęć, przyda się kilka informacji praktycznych, szczególnie jeśli myślicie, żeby w niedalekiej przyszłości odwiedzić to miejsce.

Death Valley to jedno z NAJgorętszych, NAJsuchszych i NAJniżej położonych miejsc na świecie. To najgorętsze miejsce w całych Stanach (w lipcu 1913 roku padł tam rekord temperatury – meteorolodzy z Furnace Creek zaobserwowali na termometrach 56,7 st. C). Uff jak gorąco, prawda?… Nie potrafię sobie nawet wyobrazić tak wysokiej temperatury…  Wierzcie mi na słowo – złowieszcza w Dolinie Śmierci jest nie tylko nazwa, czy temperatura, również niektóre krajobrazy przyprawiają o ciarki.

-> Absolutnie odradzam podróż do Death Valley latem, temperatury w dzień przekraczają tam 40 stopni Celsjusza, a i w nocy często nie spadają poniżej 30 stopni,

-> Pamiętajcie, że wjazd na teren Doliny Śmierci jest płatny. To, że (poza sezonem) stoi tam tylko automat z biletami, którego nikt nie pilnuje, nie oznacza, że można pominąć uiszczenie opłaty. Nie ma szlabanów, ani ochrony, a i tak wszyscy się zatrzymują i grzecznie podchodzą do „biletomatu”, aby opłacić wjazd. Płatność tylko kartą! Cena to 20$  – bilet uprawnia do wjazdu na teren parku przez 7 dni,

-> Na terenie Doliny Śmierci można spędzić noc – znajduje się tam kilka miejsc przeznaczonych na campingi. Jak to wygląda w praktyce, niestety nie wiem, bo my wybrałyśmy opcje z noclegiem w zajeździe na obrzeżach parku narodowego,

-> Wysokie ceny noclegów w sezonie powalają z nóg! Cena za dobę w samej Dolinie może sięgać od 100 do nawet 200 dolarów, dlatego opcja „poza sezonem” i „poza Doliną” jest wariantem optymalnym,

-> Koniecznie pamiętajcie, żeby przed wjazdem zatankować auto! Wjeżdżając na teren Doliny Śmierci trzeba mieć przynajmniej połowę baku, bo choć stacja benzynowa jest (jedna!), to paliwo tam jest dużo droższe. Spore odległości między poszczególnymi atrakcjami też nie ułatwiają sytuacji. A widząc opadającą wskazówkę poziomu paliwa można się nieźle zestresować,

-> Wybierając się do Doliny Śmierci w sezonie, kiedy temperatury sięgają 30-40 stopni, koniecznie trzeba zaopatrzyć się nie tylko w wodę, ale również w nakrycie głowy. Pamiętajcie, że w wielu miejscach, niestety, nie ma gdzie się schować przed lejącym się z nieba żarem. Krem z filtrem i co najmniej 2 litry wody to niezbędne minimum!

Co można zobaczyć w Dolinie Śmierci?

Zabriskie Point!

Było to pierwsze miejsce, z przepięknym punktem widokowym, które było nam dane podziwiać. Pofalowane formacje skalne robią piorunujące wrażenie i stojąc tam, pośrodku tych wyrzeźbionych skamieniałych fal, w głowie pojawia się jedno pytanie: czy to wszystko naprawdę stworzyła natura? Krajobraz rodem z dobrego filmu science-fiction zapada w głowie na długo.  Pamiętajcie – wjeżdżając do parku od strony drogi 127, będzie to pierwsze miejsce na mapie, którego nie można pominąć! Zabriskie Point podbiło  moje serce na tyle, że inne atrakcje Doliny wydały mi się jakby „mniejsze”.

Golden Canyon!

Złoty Kanion już samą nazwą przyciąga. Niestety, po Zabriskie Point nie zrobił już na mnie aż tak wielkiego wrażenia jak powinien. Szkoda… Myślę również, że gdyby to od niego zacząć zwiedzanie, to odczucia jakie mi towarzyszyły spacerując po tym miejscu byłyby zupełnie inne. Bo miejsce niewątpliwie ma swój urok. Zresztą zobaczcie sami.

Devil Golf Course!

Diabelskie Pole Golfowe to nic innego jak zbita sól, która w połączeniu z gliną i ziemią utworzyła niesamowity księżycowy krajobraz. Mówi się, że miejsce to jest tak nierówne i nieobliczalne w swojej fakturze, że tylko diabeł odważyłby się tutaj zagrać w golfa. Jak dla mnie bomba!  Trzeba byłoby mi tylko dać kij golfowy, a udowodniłabym, że śmiałków poza czortem jest więcej :). Myślę, że jedyne co było „diabelskie”, to droga, którą trzeba było pokonać, żeby dostać się na to księżycowo-diabelskie odludzie. Odcinek, który miał około kilometra, pokonałam w jakieś pół godziny!!! modląc się, żeby po drodze nie zgubić podwozia, albo, nie daj Boże, nie przebić opony. Ale wierzcie mi, warto było stawić temu czoła! Z pewnością jest to tańsza opcja „wycieczki na księżyc”, a widoki podobne! 😉

Artist’s Palette!

Jak przystało na prawdziwą paletę artysty to najbardziej „kolorowe” miejsce w całej Dolinie Śmierci. Choć biorąc pod uwagę jej szaro-brunatny krajobraz, to o to miano wcale nie jest trudno. Wystarczy odrobina koloru i już mamy odstępstwo od tej monochromatycznej normy, które śmiało można nazwać barwną atrakcją parku. Koloru tak naprawdę jest niewiele, ale już sama droga wiodąca do „Palety Artysty” robi wrażenie. Bardzo żałuję, że nie udało mi uwiecznić tej trasy na zdjęciach. Bezpieczeństwo wzięło jednak górę i zamiast robić fotki skupiłam się na prowadzeniu auta. Pamiętajcie, że jadąc do „Artist’s Palette” i widząc po drodze coś interesującego – warto się zatrzymać, bo niestety droga powrotna wytyczona została inną trasą, a piękne widoki i możliwość uwiecznienia ich na zdjęciach przejdzie Wam koło nosa.

Badwater!

Zła woda, to moje najmniej ulubione miejsce w Dolinie Śmierci. Straszne tłumy, niewidoczne w innych punktach widokowych, tutaj skutecznie utrudniały zrobienie chociażby jednego dobrego zdjęcia. Biorąc jednak pod uwagę wyjątkowość tego miejsca – zatrważające ilości turystów nie powinny mnie dziwić. Badwater – to najbardziej „depresyjne” miejsce, czyli najniżej położony punkt kontynentu. Chcecie dokładne liczby? Proszę bardzo: 85,5 m p.p.m.. Prawda, że działa na wyobraźnie? Woda tutaj jest tak słona, że nie jest zdatna do picia. Latem, przy wysokich temperaturach – wysycha, pozostawiając ogromne, białe połacie soli.

Mesquite Sand Dunes!

Ruchome wydmy w Dolinie Śmierci to kolejny obowiązkowy punkt programu. I chociaż nie różnią się zbytnio od tych w Łebie, to wyrastając nagle pośrodku surowego i raczej skalnego krajobrazu, prezentują się naprawdę okazale. Najpiękniej ponoć wyglądają tuż przed wschodem lub zachodem Słońca, kiedy mienią się w różnych odcieniach złota. My Mesquite Sand Dunes podziwiałyśmy za dnia. Może i kolory nie były tak spektakularne, ale szansa na spotkanie węża zdecydowanie mniejsza. Jak trafić na wydmy? Wystarczy jechać jedną i jedyną asfaltową trasą w Dolinie Śmierci, drogą nr 190. Widać je już z drogi – żółte, piaszczyste 30-metrowe wydmy wyrastają pomiędzy Pogrzebowymi Górami.

Krater Ubehebe!

Krater Ubehebe to drugie miejsce po Zabriskie Point, gdzie z zachwytu oniemiałam. Jeśli śledzicie mnie na instagramie, to zapewne pamiętacie, jak po raz dziesiąty powtarzałam na story: WOW!!! Niestety, nic więcej nie byłam w stanie wydukać, a stojąc na szczycie krateru czułam ogrom otaczającego mnie świata. Co ciekawe nazwa Ubehebe często jest błędnie tłumaczona jako „duży kosz w skale”.  Kosza to nie przypomina, ale duże i głębokie (na 600 metrów) jest na pewno :). Żeby zobaczyć krater z góry, trzeba się trochę namęczyć. Na śmiałków czeka dość strome podejście, ale widoki wynagradzają trudy wchodzenia.

Dolina Śmierci to miejsce tak fascynujące, że jeden dzień to zdecydowanie za mało, żeby wszystko na spokojnie zobaczyć. My musiałyśmy ominąć takie punkty widokowe jak The Racetrack czy Scotty’s Castle czego nie mogę odżałować. Warto, planując wycieczkę w tamte rejony, zarezerwować sobie przynajmniej dwa dni! Ja obiecałam sobie, że do Death Valley jeszcze wrócę, być może z noclegiem na campingu i nadrobię braki, zwiedzając pominięte atrakcje. 

Continue Reading

Los Angeles! City Break w Mieście Aniołów, czyli co zobaczyć w 1 dzień!

Zapraszam Was na kolejną podróż po Stanach. Tym razem skupimy się na tym co warto zwiedzić będąc w Mieście Aniołów. Los Angeles to ogromna metropolia, która co roku, z całego świata, przyciąga miliony turystów. Jeszcze przed wyjazdem do USA, postanowiłam sobie, że LA jest miastem, które koniecznie muszę zobaczyć! Z uwagi na mocno napięty plan podróży, w Los Angeles spędziłam zaledwie 1,5 dnia. To jednak wystarczyło, żeby postanowić, że do Miasta Aniołów jeszcze wrócę… Dziś chciałabym Wam pokazać, co warto zobaczyć mając tak, jak ja dość mocne ograniczenia czasowe! 🙂

1.  Studio Filmowe!

Być w LA i nie odwiedzić przynajmniej jednego ze studiów filmowych (a mamy ich do wyboru naprawdę sporo – Universal, Disney, Warner Bros. i wiele innych), to jak być w Polsce i nie napić się wódki. ^^ My, zdecydowałyśmy się na Warner Bros., co w dość krótkim czasie okazało się strzałem w dziesiątkę. Jako fanki takich produkcji jak „Przyjaciele”, „Harrego Potter’a”, czy „Batmana” byłyśmy zachwycone. Cena biletu początkowo powaliła nas na łopatki (63$), ale wierzcie mi, wejście do tego magicznego świata jest warte każdej złotówki… tfu każdego centa. 🙂 Polecam kupić bilet wstępu przez Internet, wtedy nie będziemy tracić czasu na oczekiwanie (ok. 2 godz.). Muszę podkreślić, że cena biletu zawiera zwiedzanie Warner Bros.’a z przewodnikiem, co jest niewątpliwym atutem – przewodnik świetnie przybliża perypetie różnych seriali i opowiada o tym,co działo się na planach poszczególnych produkcji. Do niewątpliwych atrakcji tego miejsca należy zwiedzanie „garażu”, a właściwie to ogromnego hangaru, z samochodami i innymi pojazdami użytymi w filmie „Batman”. Gdybym była fanką serialu „Big Bang Theory” pewnie równie mocno byłabym podekscytowana wizytą na faktycznym planie, gdzie kręcone są poszczególne odcinki (w piątek, zawsze przy udziale prawdziwej publiczności, a nie tak zwanego „śmiechu z puszki”). Jakież było moje zdumienie, gdy dowiedziałam się, że jeden odcinek kręci się od 3 do 5 godzin! A teraz mała podpowiedź dla fanów serialu – jeżeli chcecie pojawić się na planie – wystarczy, przez stronę internetową, zgłosić się i liczyć na to, że w planowanym terminie przyjazdu będzie jeszcze miejsce wśród publiczności. Kolejnym miejscem, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie – to pomieszczenie z rekwizytami i strojami z filmów „Wonder Woman” i „Harry Potter”. Jeśli chodzi o ten drugi, to możnabyło nawet przymierzyć prawdziwą „tiarę przydziału” i dowiedzieć się do jakiego domu byśmy trafili będąc częścią tego magicznego świata. Trochę abstrakcyjne, ale z drugiej strony ile przy tym było frajdy! ^^ Ostatnim już punktem zwiedzania studia Warner Bros. jest wizyta w interaktywnym hangarze, gdzie m.in. można polatać na miotle, poprowadzić Bat Mobile, czy sterować ruchami Zgredka. No i dla mnie, ogromnej fanki serialu „Przyjaciele”, punktem obowiązkowym było zdjęcie na słynnej kanapie z Central Perku.

2. Napis Hollywood!

Mało wyszukany, ale obowiązkowy punkt zwiedzania LA, czyli fotka z napisem „Hollywood”. Jestem pewna, że na starość nie raz mi się łezka w oku zakręci na jej widok. A tak na poważnie, to fajnie mieć taką pamiątkę i wcale nie przeszkadza mi fakt, że wszyscy odwiedzający Miasto Aniołów, zapewne mają podobną w swojej kolekcji. Jeśli chodzi o idealne miejsce na fotkę, to najciekawszy, moim zdaniem, punkt widokowy, znajduje się nieco powyżej przecięcia Coldwater Canyon i Mulholland Drive. Na pewno traficie – zatrzymuje się tam mnóstwo samochodów.

3. Rodeo Drive!

Rodeo Drive to chyba najsłynniejsza ulica w tym zaskakującym na każdym kroku mieście. Znajdują się tu luksusowe butiki i restauracje. Normalnemu człowiekowi, aż strach wejść do tych wychuchanych i ociekających przepychem i luksusem sklepów. Niemniej jednak, taki spacer po Rodeo Drive należy do całkiem przyjemnych. Można się poczuć, jak prawdziwa żona Hollywood, tylko bez milionów na koncie… No, ale przecież wszystko w swoim czasie! 😀 Dla osób kochających modę, podziwianie samych witryn sklepowych jest już niemałym przeżyciem. Panowie też nie powinni być zawiedzeni, bowiem znajdziemy tutaj chyba największą w Los Angeles kumulację drogich i sportowych samochodów. No i nie przejmujcie się, jeśli wyglądacie jak prawdziwi turyści, w trampkach i z aparatem fotograficznym na szyi. Na nasze szczęście takich jak my jest na Rodeo Drive całkiem sporo!

4. Long Beach!

Ostatni i oczywiście obowiązkowy punkt na naszej liście jednodniowego zwiedzania, to wizyta na Long Beach. Jak sama nazwa wskazuje –  Long Beach to długa plaża z białym piaskiem, ta sama, na której ponoć kręcili „Słoneczny Patrol” (chociaż po wizycie w studiu filmowym, nie jestem tego na 100% pewna ;)) Będąc na tej cudnej plaży, musiałam wskoczyć na jedną z ratowniczych budek, tak dobrze mi znanych z amerykańskiego serialu, a później i filmu o bohaterskich ratownikach. Tutaj panuje zupełnie „inny klimat” niż w centrum LA, czy chociażby na Rodeo Drive. Wszyscy są bardziej wyluzowani, uśmiechnięci, jakby zadowoleni z obecności wody. Przyznam Wam szczerze, że nie myślałam, że Long Beach aż tak przypadnie mi do gustu i bardzo żałuję, że nie miałam wystarczająco dużo czasu, żeby porządnie się nią przespacerować i nacieszyć widokiem.

Te 4 punkty, to moim subiektywnym zdaniem, minimum, które będąc w LA trzeba zobaczyć! Spokojnie, jeden dzień Wam w zupełności wystarczy. A jeśli, tak jak mi, spędzony w Mieście Aniołów czas tylko zaostrzy apetyt, to zawsze możecie tu wrócić po więcej… Ale o tym innym razem, przy okazji mojej kolejnej wizyty w Kalifornii… 🙂

 

Continue Reading

Postanowienia Noworoczne 2018!

Temat postanowień noworocznych jest u mnie wałkowany co roku… Co roku również obiecuję sobie, że w tych postanowieniach wytrwam. I pewnie nie trudno się domyślić, że z wytrwałością różnie to bywa… Po części dlatego, że z biegiem czasu zapominam, co też sobie w ramach „noworocznej euforii” obiecałam ^^, a po części dlatego, że gdzieś po drodze – brakuje mi motywacji. Ale w 2018 roku powiedziałam „basta”! Czas wreszcie dojrzeć i podejść odpowiedzialnie do realizacji wyznaczonych sobie celów; czas wreszcie spełnić postanowienia, które przecież mają sprawić, że moje życie będzie lepsze, pełniejsze… A ten wpis ma mi o tym nieustannie przypominać! Gotowi? No to zapraszam do lektury mojej listy postanowień noworocznych.

1. Przynajmniej raz w miesiącu gdzieś wyjechać!

Ten kto śledzi mojego instagrama wie, że nie ma drugiej takiej rzeczy, która sprawiałaby mi tyle radości i dawała tyle szczęścia co podróże. Wybierając się chociażby na weekendowy wyjazd wracam z maksymalnie naładowanymi akumulatorami, a pozytywną energią mogłabym zarazić co najmniej pół Leszna (a musicie wiedzieć, że nie jest to wcale takie małe miasto :)). Właśnie tak na mnie działa odkrywanie nowych miejsc, poznawanie nowych ludzi, zwyczajów i pysznej kuchni z różnych zakątków globu. W związku z powyższym – obiecałam sobie, że w tym roku będęco miesiąc, regularnie wyjeżdżać. Nie musi to być od razu kraniec świata, zadowoli mnie chociażby krótki weekend w Karpaczu, do którego mam całkiem blisko. Postanowienie póki co ma się świetnie. Bilety na koniec stycznia już zarezerwowane. A gdzie się wybieram? O tym na pewno niebawem tu przeczytacie! 🙂

2. Nieustannie się doskonalić!

W różnych dziedzinach. Chociaż myśląc o tym postanowieniu, głównie chodzi mi po głowie jedna rzecz – MAKIJAŻE. Pomimo tego, że w ciągu minionego roku zrobiłam niesamowity postęp, jeśli chodzi o sztukę makijażu, to bardzo chciałabym uczyć się więcej i więcej :). Wystarczy ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Na moją listę na rok 2018 obowiązkowo wpisałam udział w co najmniej dwóch kursach makijażu (oczywiście u moich ulubionych wizażystek). Dodatkowo, w ramach doskonalenia w domowym zaciszu, obiecałam sobie, że raz w tygodniu będę przygotowywać dla Was makijażową inspirację i będę ją wrzucać na instagram. Uważam, że jak do tej pory, całkiem nieźle mi wychodzi dotrzymywanie tego postanowienia. Zresztą zerknijcie sami –> KLIK 

3. Czytać!

Nie żebym mało czytała. Przeglądam przecież codziennie masę blogów, instagramowych profili, czy stron internetowych… ^^ Nie zmienia to jednak faktu, że strasznie brakuje mi tej dość oldschoolowej formy spędzania wolnego czasu, czyli czytania książek. Obiecałam sobie, że codziennie będę czytać chociażby 30 minut. Ktoś może powiedzieć – niby niewiele, ale jak to się zbierze w tygodnie, miesiące, a później podliczy rok to wyjdzie całkiem sporo – jakieś 160 godzin. Nieźle, prawda? Sama jestem też ciekawa ile książek uda mi się przeczytać, jeśli będę działać wg tego schematu…

4. Wspierać potrzebujących!

To chyba jedno z tych postanowień, za które najbardziej trzymam kciuki. Wierzę, że mój zapał dotyczący wspierania różnych akcji/aukcji charytatywnych nie zmaleje i że kończąc 2018 rok z dumą spojrzę na ten wpis, myśląc sobie „I did it!”. Postanowiłam sobie, że co miesiąc będę zasilać określoną sumą pieniędzy różne cele charytatywne. Na stronie „siepomaga.pl” można znaleźć mnóstwo tego typu próśb, a każda złotówka dla tych potrzebujących ma znaczenie! Dlatego, każdego z Was, chciałabym również gorąco zachęcić do tego typu działań. Jak to się kolokwialnie mówi „w kupie siła” , a ja wiem, że my Polacy, w dobrym celu potrafimy się pięknie jednoczyć, czego dowodem jest chociażby rekordowa zbiórka na WOŚP. Poza tym pamiętajcie, że dobro zawsze wraca ze zdwojoną siłą!

5. Skończyć remont domu!

Pewnie nie wszyscy z Was wiedzą, że od zeszłego roku mieszkam w swoich własnych „czterech kątach”. Dom, który sobie wymarzyłam, nadal jest w fazie remontu i urządzania. O ile można by było powiedzieć, że dół jest już prawie całkowicie skończony, o tyle góra –  wymaga jeszcze mnóstwa pracy. Wierzę jednak, że w tym roku uda się postawić przysłowiową „kropkę nad i” i wreszcie z dumą będę mogła powiedzieć „zrobiłam to”. Póki co, najbardziej doskwiera mi brak garderoby, która chyba nie tylko dla mnie, jest jedną z niezbędnych przedmiotów. Trzymajcie zatem kciuki, aby skończenie remontu było kwestią kilku najbliższych miesięcy.

6. Postawić na aktywność fizyczną!

Pod koniec 2017 roku złapałam jakiegoś treningowego doła. Mając do wyboru siłownie, czy wieczór z Netflixem i paczką popcornu, czy też chipsów, zawsze stawiałam na to drugie! Na efekty moich wyborów nie musiałam długo czekać… (odbiło się to oczywiście na mojej sylwetce). Ale, od tego tygodnia wreszcie powróciłam na właściwe tory i od poniedziałku zaliczyłam już 3 treningi!!! Oczywiście zamierzam do treningów podchodzić z głową – będę ćwiczyć regularnie, ale nie więcej niż 5 razy w tygodniu (tak, żeby znowu nie pojawiło się przetrenowanie i niechęć do sali treningowej). Dodatkowo, odstawiłam wszystkie smażone rzeczy i słone przekąski, a w to miejsce pojawiły się warzywa. O i tutaj przydadzą mi się niesamowite pokłady silnej woli, ale wierzę, że się uda! 🙂

7. Próbowanie nowych rzeczy!

Postanowienie, które tak naprawdę może przybierać różne formy (ze względu na to, że jest bardzo ogólne). Generalnie chodzi o to, żeby próbować czegoś, czego nigdy wcześniej nie robiłam, bo: albo się bałam, albo byłam zbyt leniwa, albo nie miałam ku temu okazji. Pierwszą z rzeczy, która przychodzi mi do głowy jest spróbowanie jazdy na snowboardzie. Na nartach jeżdzę od wielu, wielu lat i nie wywołują one u mnie już takiej ekscytacji jak kiedyś, dlatego z chęcią przerzucę się na coś nowego. W związku z tym przy najbliższej wizycie w górach wypożyczam dechę i próbuję. Jestem bardzo ciekawa, czy snowboard podbije moje serce równie mocno, jak kiedyś narty.

Kolejna rzecz, z tych których nigdy nie robiłam, to hybrydowy manicure w domowym zaciszu. Całkiem niedawno zaopatrzyłam się w zestaw startowy od Firmy NeoNail i już nie mogę się doczekać pierwszych efektów. Zatem koniec wymówek. Czas sprawdzić, czy faktycznie jest to takie łatwe, jak wszyscy mówią. Dodatkowo, nowa kolekcja Paris My Love, całkowicie skradła moje serce i dlatego, jako pierwsza, wyląduje na moich paznokciach.

Jeśli również chcecie zacząć swoją przygodę z hybrydą, to firma NeoNail przygotowała dla Was bardzo fajny konkurs, w którym do wygrania między innymi: tydzień metamorfoz z Ewą Chodakowską, zestaw biżuterii marki Lilou oraz Starter Set Premium od NeoNail. Aby wziąć w nim udział należy zrobić zakupy za minimum 50 zł, zachować paragon, wejść na stronę https://happynewyou.neonail.pl/ i odpowiedzieć na proste pytanie: „Jak dotrzymać swoich postanowień noworocznych”. Prawda, że łatwe? Zatem do dzieła!

8. Dbać o relacje z przyjaciółmi!

Ubiegły rok nauczył mnie, że jedną z najważniejszych rzeczy w życiu jest otaczanie się właściwymi, życzliwymi i ciepłymi ludźmi. Takimi, którzy ciągną nas w górę, a nie pchają w dół. Prawdziwymi przyjaciółmi, którzy życzą Ci dobrze, cieszą się z Twoich sukcesów, a nie takimi, którzy czerpią radość z naszych potknięć i porażek. Rok 2017 był dla mnie rokiem weryfikacji wielu znajomości. Teraz wiem, w jakie przyjaźnie warto wchodzić i w 2018 roku zamierzam pielęgnować te znajomości. Mogę nie widzieć się z kimś bardzo długo, bo na przykład dzieli nas sporo kilometrów, ale jeśli ta osoba jest na liście życzliwych mi osób, prawdziwych przyjaciół, to obiecuję, że zrobie wszystko aby ta znajomość nie uschła.

9. Cieszyć się życiem!

 Tak po prostu!

Continue Reading

Co warto zobaczyć w USA? – część druga

Cześć w ten jakże piękny grudniowy dzień. Tak sobie siedzę przy stole, popijam kawkę, zerkam przez okno i myślę, że miło by było gdybyśmy w tym roku mieli w końcu białe święta, nieprawdaż? Niestety, synoptycy nie pozostawiają nam złudzeń… Dlatego, zamiast siedzieć w jesiennej Polsce, zabieram Was w kolejną podróż do słonecznej (chociaż nie zawsze, co zresztą dzisiaj zobaczycie:)) Kalifornii.

Czytając ostatni wpis towarzyszyliście mi w podróży po San Francisco, Monterey, Pismo Beach i Santa Barbara (kto jeszcze nie czytał – podaje link TUTAJ!). Dzisiaj jedziemy dalej, trochę bardziej na północ, zahaczając nawet o kolejny Stan – Nevadę. Gotowi? No to zaczynamy!

1. Los Angeles!

Los Angeles, czyli Miasto Aniołów – to miejsce, gdzie po raz pierwszy doznałam załamania nerwowego (co w podróży na własną rękę zdarza się dość często, szczególnie jeśli coś idzie nie po naszej myśli :)). Nie, nie dlatego, że mi się w Los Angeles nie podobało… Podobało mi się i to nawet bardzo! Ale zanim zaczęło się „podobać”, to po dość długiej podróży samochodem i dojechaniu wreszcie do Los Angeles, nie było mi do śmiechu. Wiele już w życiu widziałam, ale tylu pasów po jednej stronie drogi, które rozchodzą się w nieskończoną ilość kierunków, tworząc „drogową ośmiornicę” – nigdy! Jak się łatwo domyślić na kilka mil przed celem podróży, czyli miejscem, gdzie czekał upragniony nocleg, wybrałam zły pas i skręciłam w drogę, z której nie było możliwości powrotu, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało… Na swoje usprawiedliwienie dodam, że jechałam w nocy, nie miałam w telefonie internetu, i że zjechałam z trasy obranej za pomocą google maps wyznaczonej jeszcze w Santa Barbara… Trwało to chyba 5 godzin – w mojej głowie, a z godzinę w realu – zanim zjechałam, oczywiście „na czuja”- do centrum Los Angeles, gdzie dość szybko udało mi się znaleźć Starbucksa, z darmowym WI-FI, i gdzie wreszcie mogłam zaktualizować nawigację! Tym razem, google maps, zaprowadził nas do miejsca docelowego bez większych atrakcji. Przyznam Wam się szczerze, że na drugie dzień – perspektywa wyruszenia na podbój Los Angeles drogami, które tej nocy okazały się niezłym labiryntem, nie napawała mnie optymizmem…  Ale, pomijając przeboje z dojazdem do „Miasta Aniołów”  – jestem przekonana, że nie mogło go zabraknąć na mojej liście podróżniczej. To miasto, gdzie powstały najwspanialsze produkcje telewizyjne i kinowe; miejsce takich wytwórni filmowych, jak: Warner Bros., Walt Disney Studios, czy Universal Pictures. Jeżeli będziecie kiedyś w Los Angeles – koniecznie zajrzyjcie do jednej z nich, bo gwarantuję, że jest to niesamowite przeżycie! Choć w Los Angeles byłam tylko 2, ale jakże intensywne dni, to o tym, co dokładnie warto zobaczyć, zrobię osobny wpis :).

2. Las Vegas!

Żeby zachować równowagę z „Miasta Aniołów” przenosimy się do Las Vegas, czyli „Miasta Grzechu”. Co do Vegas zdania są podzielone –  jedni to miasto kochają, inni – nienawidzą, a ja… mam do niego ogromny sentyment. Czy już Wam wspomniałam, że będąc jeszcze na studiach – wybrałam się na znany chyba wszystkim studencki program „work & travel” i to właśnie w Las Vegas spędziłam  ponad 3 miesiące?! 😉 Wspaniale było wrócić do miejsc, które znałam z przeszłości, przespacerować się tymi samymi ulicami i pomieszkać w hotelu na słynnym Stripie (na co nie było mnie stać, kiedy byłam studentką). Vegas to głównie jedna ulica, wokół której, toczy się, przeważnie nocne, życie. Na  „The Strip’ie” (bo tak nazwano to najbardziej rozświetlone miejsce w Nevadzie) – znajdziemy słynną Stratosphere, czyli hotel z najwyższą w Vegas wieżą, na szczycie której znajduję się restauracja oraz „wesołe miasteczko”. I chociaż zarezerwowałam nocleg właśnie w Stratosferze, i chociaż w cenie wliczona była zniżka, to na takie atrakcje typu „wiszenie nad przepaścią”, jeszcze nie byłam gotowa. Nie omieszkałam natomiast odwiedzić moich ulubionych miejsc takich, jak: Bellagio, gdzie znajdziecie piękne, magiczne wystawy, przeważnie z kwiatowym motywem, i przed którym codziennie odbywa się niesamowite widowisko, czyli pokaz tańczących fontann; Hotel/kasyno New York New York, gdzie panuje niesamowity klimat (wewnątrz budynku znajduje się miniaturka Nowego Jorku). Uwielbiam, takie trochę kiczowate miejsca, ale ze świetnym klimatem. Generalnie Las Vegas to kasyna, hotele i atrakcje niczym w Disneylandzie i to wszystko w jednym miejscu. Każdy budynek kasyno-hotelu jest inny, niesamowity, z ogromnym przepychem i przeróżnymi atrakcjami wewnątrz (if you know what I mean) – znajdziemy tu Piramidę Cheopsa, Wieżę Eiffela, Cyrk, Pałac księżniczki i wiele, wiele więcej. Wszystkie te miejsca to hotele, z obowiązkowym miejscem do hazardu, czyli kasynem (bo wszyscy chyba wiemy po co ludzie jeżdżą do Vegas). Polecam zajrzeć do każdego z nich, bo każdy ma coś innego do zaoferowania. W Las Vegas, poza „tymi” atrakcjami i ewentualną wycieczką na Wielki Kanion, praktycznie nie ma zbyt wiele do zwiedzania. Dwa, max. trzy dni w tym mieście w zupełności wystarczą :).

3. Dolina Śmierci!

Dolina Śmierci, czy jak kto woli „Death Valley” to moje absolutne must visit. Podczas tych wakacji, chyba nic nie zrobiło na mnie takiego wielkiego wrażenia, jak właśnie to, co można zobaczyć w Dolinie Śmierci. Widoki zapierają dech w piersiach, trochę z pogranicza jawy i snu… Jest to, jak usłyszałam od spotkanego tam naszego rodaka, najbardziej depresyjne miejsce w USA! Ha! Ha! I nie chodzi tu o depresje sensu strictoa raczej o to, że na obszarze tym występuje największa depresja (855m poniżej poziomu morza). Dolina Śmierci jest również najbardziej suchym miejscem w Ameryce Północnej!  To właśnie tutaj, odnotowano najwyższą na świecie temperaturę powietrza, wynoszącą 56,7 st. C. Biorąc pod uwagę powyższe, nie polecam wybierać się do Doliny latem, bo temperatury, nawet w nocy, nie spadają tu poniżej 30 st. C. Natomiast, pod koniec listopada jest tu całkiem znośnie (przyjemnie i ciepło). Będąc w Dolinie koniecznie trzeba zobaczyć Wielki Krater, Paletę Artysty, Słone Jezioro, czy wydmy. Ale więcej o tym – w kolejnym wpisie (przecież nikt nie jest w stanie, na raz, aż tyle czytać :P).

4. Yosemite!

Czwarte i ostatnie już miejsce, które chciałabym Wam polecić – to magiczny Park Yosemite, który z ogromną chęcią odwiedzę jeszcze raz – ale latem. Będąc w Yosemite w listopadzie trzeba się liczyć z tym, że sporo dróg i tras będzie zamkniętych. Ale nie wierzcie w to, że do serca tego miejsca nie będziecie w stanie dojechać samochodem bez łańcuchów (droga jest bardzo ładna i przejezdna). Post faktum, trochę żałowałam, że zdecydowałam się na podróż autobusem (w wypożyczonym samochodzie nie tylko nie miałam łańcuchów, ale również opon zimowych). Wiadomo, że jadąc samemu samochodem, nie jesteśmy niczym ograniczeni: czy to czasem, czy miejscem postojów. Ważna informacja jest taka, że będąc już w Yosemite możemy poruszać się albo pieszo, albo specjalnymi, darmowymi busikami (które zatrzymują się w najciekawszych miejscach Parku). Znajdziemy tutaj m.in. ogromny wodospad – Kaskadę, który liczy 740 metrów i tak naprawdę składa się z 3 wodospadów: górnego, środkowego i dolnego (widok naprawdę robi wrażenie). Kolejnym miejscem, które wywarło na mnie ogromne wrażenie to „Mirror Lake”, czyli lustrzane jezioro, w odbiciu którego dostrzec można drugi, odbity świat. Nie mogłam odżałować, że dojście na „Glacier Point” było o tej porze roku już zamknięte (z powodu śniegu, który pojawił się w wyższych partiach gór). Uśmiech na mojej twarzy powrócił, kiedy na naszej  drodze stanęli „krewni” kochanego przeze mnie w dzieciństwie Bambi. Co ciekawe, sarenki ani trochę się nie bały turystów i bardzo chętnie pozowały do zdjęć. Pobyt w Yosemite skończyliśmy dość wcześnie, bo około godziny 17, z dwóch powodów: o tej godzinie odjeżdżał nas autobus powrotny oraz z powodu ciemności, która szybko zapadła, a co za tym idzie – wszystkie punkty turystyczne zostały zamknięte, a w Parku Yosemite powiało grozą… Czekając na autobus, przez chwilkę miałam wizję noclegu pod chmurką i stoczenia nierównej walki o jedzenie z niedźwiedziami, przed którymi ostrzegały liczne znaki. Na szczęście autobus przyjechał na czas, a my bezpiecznie wróciłyśmy do miasteczka o nazwie Merced, gdzie miałyśmy kolejny nocleg. 🙂

Parkiem Yosemite kończę „best of the best” Kalifornii (z małym zahaczeniem o Nevadę). Mam nadzieję, że oba wpisy przypadły Wam do gustu, i że kiedyś, jak będziecie w USA, wpiszecie je na swoją listę miejsc, które warto zobaczyć. A ja, ze swojej strony obiecuję, że do Kalifornii jeszcze na blogu wrócę!  A póki co, życzę miłego dnia i mówię do następnego!

 

Continue Reading

USA – co zobaczyć w Kalifornii? Zachodnie wybrzeże cz. 1

Kilka dni temu zerknęłam w kalendarz i zorientowałam się, że mamy już grudzień! :O Serio? -pomyślałam. Czas brać się za porządki przedświąteczne i robienie listy prezentów. Ale zanim o tym tu przeczytacie (a zapewniam, że przeczytacie) to zapraszam na kilka słów a’propos minionego miesiąca. Listopad minął mi w błyskawicznym tempie, po części dlatego, że przez 16 dni byłam na wyczekiwanym z utęsknieniem urlopie. Po zeszłorocznej Azji, tym razem zdecydowałam się na przeciwny kierunek czyli Stany Zjednoczone. Był to mój trzeci pobyt w USA i choć najkrótszy, to równie udany. Odwiedziłam też miejsca, które na długo pozostaną w mojej pamięci i w które na pewno się jeszcze wybiorę. A Was zapraszam na moje subiektywne best of the best- czyli miejsca, które trzeba odwiedzić będąc na zachodnim wybrzeżu USA.

1. San Francisco!

Na sam początek idzie San Francisco. To właśnie do San Francisco miałam lot (z Berlina) i to tutaj spędziłam 4 pierwsze dni.  Choć przyznam szczerze, po pierwszym dniu miałam wątpliwości czy miasto to, znajdzie się w tym zestawieniu. To co rzuciło mi się w oczy po opuszczeniu metra to przeogromna ilość ludzi bezdomnych, żebraków i osób będących „pod wpływem” nie tylko alkoholu, ale też innych cięższych używek… Moje przerażenie minęło, gdy okazało się, że wystarczy wybrać alternatywną, równoległą ulicę, a niektóre miejsca po prostu omijać  (zrezygnujcie ze spaceru 6th Street, bo możecie przeżyć szok), ja przeżyłam zarówno szok jak i spacer wspomnianą 6 Ulicą. Natomiast osoby o mocnych nerwach, chcące zobaczyć, drugie, to mniej kolorowe oblicze San Francisco niech się wybiorą albo na „szósteczkę” albo co będzie jeszcze większym hardcorem Ellis Street). Zapominając jednak  o tych widokach, San Francisco oferuje nam cudowne przejażdżki oldschoolowymi tramwajami, ogromne zapierające dech w piersiach mosty, którymi przejazd samochodem już sprawia frajdę, mnóstwo pięknych zakątków, w które aż chce się zajrzeć i wzgórza… wzgórza i jeszcze raz wzgórza. To jedno z piękniejszych miast Stanów Zjednoczonych leży aż na 42 wzgórzach… co robi wrażenie, szczególnie jeśli trzeba po nich jeździć samochodem. Na ile najlepiej wybrać się do San Francisco? Moim zdanie przynajmniej tydzień. Ja będąc 4 dni, musiałam odpuścić kilka miejsc, które miałam na liście, czego nie mogę odżałować… Ale obiecałam sobie, że wrócę i nadrobię wszystko! Najwyżej nie będę spała! 🙂  (o szczegółach tego co widziałam w SF przeczytacie w innym wpisie).

2. Monterey!

Monterey – cudowne mniejsze miasteczko z mega klimatem. Miałam wrażenie, że czas tu płynie zdecydowanie wolniej niż w San Francisco. Jest to też świetne miejsce na odpoczynek od wielkiego miasta jakim jest to pierwsze, tym bardziej, że w 2-3 godzinki jesteśmy w stanie z San Francisco dotrzeć samochodem do tego malowniczego miasteczka. Znacie serial „Wielkie kłamstewka” z Nicol Kidman i Reese Whiterspoon? Jego akcja toczy się właśnie w uroczym Monterey. Ale to oczywiście nie jedyny powód aby tu zajrzeć. Osobiście polecam spacer Cannery Row, która kończy się Montery Bay Aquarium, czyli miejscem, gdzie można zapoznać się z podwodnym światem zatoki. My po oceanarium w San Francisco miałyśmy dość takich atrakcji i w ramach zaoszczędzonego czasu udałyśmy się na dalszą pieszą wędrówkę wzdłuż Ocean View Blvd. Był to naprawdę świetny pomysł, bo widoki były piękne. Nie wiedziałyśmy, że to dopiero początek tego co nas czeka. Po dość długim spacerze, kawie wypitej w kawiarni z cudnym widokiem (w której spotkałyśmy Polaków) udałyśmy się w kierunku Pebble Beach. Myśląc, że to  po prostu plaża, a nie cały resort z polami golfowymi ciągnącymi się tuż obok linii brzegowej i pięknymi punktami widokowymi, nie zagospodarowałyśmy odpowiednio dużo czasu, żeby móc na spokojnie, bez spoglądania na zegarek cieszyć się pięknym widokami. Także polecam (szczególnie w okresie jesienno-zimowym, kiedy ciemno robi się o 17) wybrać się tam z samego rana, bo naprawdę jest co podziwiać. Wjazd na teren Pebble Beach kosztuje 10$, otrzymujemy też mapę – a przesympatyczny strażnik, jeśli odpowiednio zagadamy, zaznaczy nam na niej najładniejsze miejsca, co jest bardzo przydatne jeśli nie mamy na zwiedzanie całego dnia. 🙂 Dwie rzeczy, których NIE WOLNO Wam ominąć będąc w Pebble Beach to: „Bird Rock Vista Point” i „Lone Cypress”. Nie będę Was też winić jeśli po drodze, samochód zatrzymacie setki razy i zrobicie milion zdjęć. 🙂 Z Pebble Beach od razu warto udać się do Carmel-by-the-Sea. Tym bardziej, że miasteczko to znajduję się przysłowiowy „rzut beretem” od Pebble Beach. Nie polecam zatrzymywać się tu na noc bo Carmel-by-the-Sea to urocze, choć drogie miasteczko, zamieszkiwane głównie przez artystów i milionerów. Ceny są tutaj zawrotne w porównaniu do leżącego przecież w niewielkiej odległości Monterey. Nie mniej warto Carmel odwiedzić, przespacerować się wąskimi (jak na Stany) uliczkami i odwiedzić, uważaną za jedną z piękniejszych plaż czyli Carmel Beach.

3. Big Sur!

To właściwie nie miejsce, a słynna trasa – droga nr 1 wzdłuż wybrzeża, która obfituje w tak piękne widoki, że tego aż nie da się opisać. Na nasze nieszczęście, podczas pobytu w USA „jedynka” była w remoncie – co oznaczało jej zamknięcie w okolicach miejscowości Lucia. Przyznam szczerze, że to trochę pokomplikowało nam plany, które zakładały przejazd Big Surem aż do Pismo Beach, gdzie miałyśmy nocleg. Czy jednak sprawiło, że z przejazdu słynną „jedynką” zrezygnowałyśmy? Absolutnie nie! Decyzja zapadła, że jedziemy nią tak długo jak na to pozwoli, aż do napisu „roboty drogowe” a następnie wracamy i udajemy się do Pismo Beach drogą szybszą, mniej przyjemną, po prostu zwykłą 3-pasmówką. Na drugi dzień natomiast pojechałyśmy Big Surem od drugiej strony, do punktu gdzie można zobaczyć lwy morskie wylegujące się na plaży, czyli Elephant Seal Rookery w okolicach San Simeon. W gratisie udało nam się też dostrzec wieloryby, co było zjawiskiem absolutnie magicznym i nieporównywalnym do niczego. I choć zajęło nam to dwa razy więcej czasu to z czystym sumieniem mogę napisać, że było warto. Jest to najpiękniejsza trasa, jaką było mi w życiu pokonać, a przewodniki turystyczne w żadnym stopniu nie koloryzują. Ochy i achy są tu jak najbardziej wskazane! 🙂 Kto nie jechał Big Surem ten nie widział prawdopodobnie najcudowniejszych widoków w swoim życiu!

4. Pismo Beach!

Kolejna nadmorska mieścina, która mi kojarzy się z setkami surferów, którzy od samego rana próbują złapać najlepszą falę, ogromnym molo i pyszną włoską restauracją tuż przy naszym zajeździe. Trochę żałuję, że nie miałam czasu powłóczyć się po Pismo Beach, bo to co zobaczyłam bardzo mi się spodobało. Chodząc po plaży, zerkając na ogromne pale podtrzymujące molo, poczułam naprawdę dobrą energię. Chciałabym tu wrócić bo niewątpliwie jest to magiczne miejsce!

5. Santa Barbara!

Czas na ostatnie miejsce w tym wpisie, czyli wisienkę (a nawet – truskawkę) na torcie! Santa Barbara, czyli miejsce, które początkowo chciałam ominąć, nie zjeżdżając nawet z trasy. Na szczęście poszłam po rozum do głowy a właściwie napisałam do mojej przyjaciółki, która kilka lat temu odwiedziła Kalifornię, w tym również Santa Barbarę. Po gorącej rekomendacji tego miejsca postanowiłam dać mu szansę. I nie zawiodłam się. Miasto choć widać, że bardziej wymuskane niż inne mniej turystyczne miejscowości ma w sobie urok. Fajnie też popatrzeć czasem „w realu” na najpiękniejsze ujęcia z widokówek czy kadry z filmów. Santa Barbara to ładna plaża, duże molo, na którym tętni życie i port… a także mnóstwo knajp i knajpeczek gdzie można zjeść coś dobrego. Co ciekawe molo świętej Barbary jest udostępnione nie tylko dla pieszych, ale i dla poruszających się samochodami, co bardzo ułatwia leniwym Amerykanom życie. Spacerując po nim można też wypożyczyć sobie wędkę i zrelaksować się łowiąc ryby! Czyż to nie cudowna opcja? 🙂 Ja niestety nie miałam zbytnio czasu na wędkowanie. Zjadłam ogromnego jedno-gałkowego z założenia loda (który wyglądał jak cztero-gałkowiec w Polsce) zrobiłam kilka zdjęć i pomknęłam dalej, w kierunku Los Angeles… Ale to już temat na kolejny wpis… 🙂

 

Continue Reading