Co warto zobaczyć w USA? – część druga

Cześć w ten jakże piękny grudniowy dzień. Tak sobie siedzę przy stole, popijam kawkę, zerkam przez okno i myślę, że miło by było gdybyśmy w tym roku mieli w końcu białe święta, nieprawdaż? Niestety, synoptycy nie pozostawiają nam złudzeń… Dlatego, zamiast siedzieć w jesiennej Polsce, zabieram Was w kolejną podróż do słonecznej (chociaż nie zawsze, co zresztą dzisiaj zobaczycie:)) Kalifornii.

Czytając ostatni wpis towarzyszyliście mi w podróży po San Francisco, Monterey, Pismo Beach i Santa Barbara (kto jeszcze nie czytał – podaje link TUTAJ!). Dzisiaj jedziemy dalej, trochę bardziej na północ, zahaczając nawet o kolejny Stan – Nevadę. Gotowi? No to zaczynamy!

1. Los Angeles!

Los Angeles, czyli Miasto Aniołów – to miejsce, gdzie po raz pierwszy doznałam załamania nerwowego (co w podróży na własną rękę zdarza się dość często, szczególnie jeśli coś idzie nie po naszej myśli :)). Nie, nie dlatego, że mi się w Los Angeles nie podobało… Podobało mi się i to nawet bardzo! Ale zanim zaczęło się „podobać”, to po dość długiej podróży samochodem i dojechaniu wreszcie do Los Angeles, nie było mi do śmiechu. Wiele już w życiu widziałam, ale tylu pasów po jednej stronie drogi, które rozchodzą się w nieskończoną ilość kierunków, tworząc „drogową ośmiornicę” – nigdy! Jak się łatwo domyślić na kilka mil przed celem podróży, czyli miejscem, gdzie czekał upragniony nocleg, wybrałam zły pas i skręciłam w drogę, z której nie było możliwości powrotu, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało… Na swoje usprawiedliwienie dodam, że jechałam w nocy, nie miałam w telefonie internetu, i że zjechałam z trasy obranej za pomocą google maps wyznaczonej jeszcze w Santa Barbara… Trwało to chyba 5 godzin – w mojej głowie, a z godzinę w realu – zanim zjechałam, oczywiście „na czuja”- do centrum Los Angeles, gdzie dość szybko udało mi się znaleźć Starbucksa, z darmowym WI-FI, i gdzie wreszcie mogłam zaktualizować nawigację! Tym razem, google maps, zaprowadził nas do miejsca docelowego bez większych atrakcji. Przyznam Wam się szczerze, że na drugie dzień – perspektywa wyruszenia na podbój Los Angeles drogami, które tej nocy okazały się niezłym labiryntem, nie napawała mnie optymizmem…  Ale, pomijając przeboje z dojazdem do „Miasta Aniołów”  – jestem przekonana, że nie mogło go zabraknąć na mojej liście podróżniczej. To miasto, gdzie powstały najwspanialsze produkcje telewizyjne i kinowe; miejsce takich wytwórni filmowych, jak: Warner Bros., Walt Disney Studios, czy Universal Pictures. Jeżeli będziecie kiedyś w Los Angeles – koniecznie zajrzyjcie do jednej z nich, bo gwarantuję, że jest to niesamowite przeżycie! Choć w Los Angeles byłam tylko 2, ale jakże intensywne dni, to o tym, co dokładnie warto zobaczyć, zrobię osobny wpis :).

2. Las Vegas!

Żeby zachować równowagę z „Miasta Aniołów” przenosimy się do Las Vegas, czyli „Miasta Grzechu”. Co do Vegas zdania są podzielone –  jedni to miasto kochają, inni – nienawidzą, a ja… mam do niego ogromny sentyment. Czy już Wam wspomniałam, że będąc jeszcze na studiach – wybrałam się na znany chyba wszystkim studencki program „work & travel” i to właśnie w Las Vegas spędziłam  ponad 3 miesiące?! 😉 Wspaniale było wrócić do miejsc, które znałam z przeszłości, przespacerować się tymi samymi ulicami i pomieszkać w hotelu na słynnym Stripie (na co nie było mnie stać, kiedy byłam studentką). Vegas to głównie jedna ulica, wokół której, toczy się, przeważnie nocne, życie. Na  „The Strip’ie” (bo tak nazwano to najbardziej rozświetlone miejsce w Nevadzie) – znajdziemy słynną Stratosphere, czyli hotel z najwyższą w Vegas wieżą, na szczycie której znajduję się restauracja oraz „wesołe miasteczko”. I chociaż zarezerwowałam nocleg właśnie w Stratosferze, i chociaż w cenie wliczona była zniżka, to na takie atrakcje typu „wiszenie nad przepaścią”, jeszcze nie byłam gotowa. Nie omieszkałam natomiast odwiedzić moich ulubionych miejsc takich, jak: Bellagio, gdzie znajdziecie piękne, magiczne wystawy, przeważnie z kwiatowym motywem, i przed którym codziennie odbywa się niesamowite widowisko, czyli pokaz tańczących fontann; Hotel/kasyno New York New York, gdzie panuje niesamowity klimat (wewnątrz budynku znajduje się miniaturka Nowego Jorku). Uwielbiam, takie trochę kiczowate miejsca, ale ze świetnym klimatem. Generalnie Las Vegas to kasyna, hotele i atrakcje niczym w Disneylandzie i to wszystko w jednym miejscu. Każdy budynek kasyno-hotelu jest inny, niesamowity, z ogromnym przepychem i przeróżnymi atrakcjami wewnątrz (if you know what I mean) – znajdziemy tu Piramidę Cheopsa, Wieżę Eiffela, Cyrk, Pałac księżniczki i wiele, wiele więcej. Wszystkie te miejsca to hotele, z obowiązkowym miejscem do hazardu, czyli kasynem (bo wszyscy chyba wiemy po co ludzie jeżdżą do Vegas). Polecam zajrzeć do każdego z nich, bo każdy ma coś innego do zaoferowania. W Las Vegas, poza „tymi” atrakcjami i ewentualną wycieczką na Wielki Kanion, praktycznie nie ma zbyt wiele do zwiedzania. Dwa, max. trzy dni w tym mieście w zupełności wystarczą :).

3. Dolina Śmierci!

Dolina Śmierci, czy jak kto woli „Death Valley” to moje absolutne must visit. Podczas tych wakacji, chyba nic nie zrobiło na mnie takiego wielkiego wrażenia, jak właśnie to, co można zobaczyć w Dolinie Śmierci. Widoki zapierają dech w piersiach, trochę z pogranicza jawy i snu… Jest to, jak usłyszałam od spotkanego tam naszego rodaka, najbardziej depresyjne miejsce w USA! Ha! Ha! I nie chodzi tu o depresje sensu strictoa raczej o to, że na obszarze tym występuje największa depresja (855m poniżej poziomu morza). Dolina Śmierci jest również najbardziej suchym miejscem w Ameryce Północnej!  To właśnie tutaj, odnotowano najwyższą na świecie temperaturę powietrza, wynoszącą 56,7 st. C. Biorąc pod uwagę powyższe, nie polecam wybierać się do Doliny latem, bo temperatury, nawet w nocy, nie spadają tu poniżej 30 st. C. Natomiast, pod koniec listopada jest tu całkiem znośnie (przyjemnie i ciepło). Będąc w Dolinie koniecznie trzeba zobaczyć Wielki Krater, Paletę Artysty, Słone Jezioro, czy wydmy. Ale więcej o tym – w kolejnym wpisie (przecież nikt nie jest w stanie, na raz, aż tyle czytać :P).

4. Yosemite!

Czwarte i ostatnie już miejsce, które chciałabym Wam polecić – to magiczny Park Yosemite, który z ogromną chęcią odwiedzę jeszcze raz – ale latem. Będąc w Yosemite w listopadzie trzeba się liczyć z tym, że sporo dróg i tras będzie zamkniętych. Ale nie wierzcie w to, że do serca tego miejsca nie będziecie w stanie dojechać samochodem bez łańcuchów (droga jest bardzo ładna i przejezdna). Post faktum, trochę żałowałam, że zdecydowałam się na podróż autobusem (w wypożyczonym samochodzie nie tylko nie miałam łańcuchów, ale również opon zimowych). Wiadomo, że jadąc samemu samochodem, nie jesteśmy niczym ograniczeni: czy to czasem, czy miejscem postojów. Ważna informacja jest taka, że będąc już w Yosemite możemy poruszać się albo pieszo, albo specjalnymi, darmowymi busikami (które zatrzymują się w najciekawszych miejscach Parku). Znajdziemy tutaj m.in. ogromny wodospad – Kaskadę, który liczy 740 metrów i tak naprawdę składa się z 3 wodospadów: górnego, środkowego i dolnego (widok naprawdę robi wrażenie). Kolejnym miejscem, które wywarło na mnie ogromne wrażenie to „Mirror Lake”, czyli lustrzane jezioro, w odbiciu którego dostrzec można drugi, odbity świat. Nie mogłam odżałować, że dojście na „Glacier Point” było o tej porze roku już zamknięte (z powodu śniegu, który pojawił się w wyższych partiach gór). Uśmiech na mojej twarzy powrócił, kiedy na naszej  drodze stanęli „krewni” kochanego przeze mnie w dzieciństwie Bambi. Co ciekawe, sarenki ani trochę się nie bały turystów i bardzo chętnie pozowały do zdjęć. Pobyt w Yosemite skończyliśmy dość wcześnie, bo około godziny 17, z dwóch powodów: o tej godzinie odjeżdżał nas autobus powrotny oraz z powodu ciemności, która szybko zapadła, a co za tym idzie – wszystkie punkty turystyczne zostały zamknięte, a w Parku Yosemite powiało grozą… Czekając na autobus, przez chwilkę miałam wizję noclegu pod chmurką i stoczenia nierównej walki o jedzenie z niedźwiedziami, przed którymi ostrzegały liczne znaki. Na szczęście autobus przyjechał na czas, a my bezpiecznie wróciłyśmy do miasteczka o nazwie Merced, gdzie miałyśmy kolejny nocleg. 🙂

Parkiem Yosemite kończę „best of the best” Kalifornii (z małym zahaczeniem o Nevadę). Mam nadzieję, że oba wpisy przypadły Wam do gustu, i że kiedyś, jak będziecie w USA, wpiszecie je na swoją listę miejsc, które warto zobaczyć. A ja, ze swojej strony obiecuję, że do Kalifornii jeszcze na blogu wrócę!  A póki co, życzę miłego dnia i mówię do następnego!

 

Continue Reading

USA – co zobaczyć w Kalifornii? Zachodnie wybrzeże cz. 1

Kilka dni temu zerknęłam w kalendarz i zorientowałam się, że mamy już grudzień! :O Serio? -pomyślałam. Czas brać się za porządki przedświąteczne i robienie listy prezentów. Ale zanim o tym tu przeczytacie (a zapewniam, że przeczytacie) to zapraszam na kilka słów a’propos minionego miesiąca. Listopad minął mi w błyskawicznym tempie, po części dlatego, że przez 16 dni byłam na wyczekiwanym z utęsknieniem urlopie. Po zeszłorocznej Azji, tym razem zdecydowałam się na przeciwny kierunek czyli Stany Zjednoczone. Był to mój trzeci pobyt w USA i choć najkrótszy, to równie udany. Odwiedziłam też miejsca, które na długo pozostaną w mojej pamięci i w które na pewno się jeszcze wybiorę. A Was zapraszam na moje subiektywne best of the best- czyli miejsca, które trzeba odwiedzić będąc na zachodnim wybrzeżu USA.

1. San Francisco!

Na sam początek idzie San Francisco. To właśnie do San Francisco miałam lot (z Berlina) i to tutaj spędziłam 4 pierwsze dni.  Choć przyznam szczerze, po pierwszym dniu miałam wątpliwości czy miasto to, znajdzie się w tym zestawieniu. To co rzuciło mi się w oczy po opuszczeniu metra to przeogromna ilość ludzi bezdomnych, żebraków i osób będących „pod wpływem” nie tylko alkoholu, ale też innych cięższych używek… Moje przerażenie minęło, gdy okazało się, że wystarczy wybrać alternatywną, równoległą ulicę, a niektóre miejsca po prostu omijać  (zrezygnujcie ze spaceru 6th Street, bo możecie przeżyć szok), ja przeżyłam zarówno szok jak i spacer wspomnianą 6 Ulicą. Natomiast osoby o mocnych nerwach, chcące zobaczyć, drugie, to mniej kolorowe oblicze San Francisco niech się wybiorą albo na „szósteczkę” albo co będzie jeszcze większym hardcorem Ellis Street). Zapominając jednak  o tych widokach, San Francisco oferuje nam cudowne przejażdżki oldschoolowymi tramwajami, ogromne zapierające dech w piersiach mosty, którymi przejazd samochodem już sprawia frajdę, mnóstwo pięknych zakątków, w które aż chce się zajrzeć i wzgórza… wzgórza i jeszcze raz wzgórza. To jedno z piękniejszych miast Stanów Zjednoczonych leży aż na 42 wzgórzach… co robi wrażenie, szczególnie jeśli trzeba po nich jeździć samochodem. Na ile najlepiej wybrać się do San Francisco? Moim zdanie przynajmniej tydzień. Ja będąc 4 dni, musiałam odpuścić kilka miejsc, które miałam na liście, czego nie mogę odżałować… Ale obiecałam sobie, że wrócę i nadrobię wszystko! Najwyżej nie będę spała! 🙂  (o szczegółach tego co widziałam w SF przeczytacie w innym wpisie).

2. Monterey!

Monterey – cudowne mniejsze miasteczko z mega klimatem. Miałam wrażenie, że czas tu płynie zdecydowanie wolniej niż w San Francisco. Jest to też świetne miejsce na odpoczynek od wielkiego miasta jakim jest to pierwsze, tym bardziej, że w 2-3 godzinki jesteśmy w stanie z San Francisco dotrzeć samochodem do tego malowniczego miasteczka. Znacie serial „Wielkie kłamstewka” z Nicol Kidman i Reese Whiterspoon? Jego akcja toczy się właśnie w uroczym Monterey. Ale to oczywiście nie jedyny powód aby tu zajrzeć. Osobiście polecam spacer Cannery Row, która kończy się Montery Bay Aquarium, czyli miejscem, gdzie można zapoznać się z podwodnym światem zatoki. My po oceanarium w San Francisco miałyśmy dość takich atrakcji i w ramach zaoszczędzonego czasu udałyśmy się na dalszą pieszą wędrówkę wzdłuż Ocean View Blvd. Był to naprawdę świetny pomysł, bo widoki były piękne. Nie wiedziałyśmy, że to dopiero początek tego co nas czeka. Po dość długim spacerze, kawie wypitej w kawiarni z cudnym widokiem (w której spotkałyśmy Polaków) udałyśmy się w kierunku Pebble Beach. Myśląc, że to  po prostu plaża, a nie cały resort z polami golfowymi ciągnącymi się tuż obok linii brzegowej i pięknymi punktami widokowymi, nie zagospodarowałyśmy odpowiednio dużo czasu, żeby móc na spokojnie, bez spoglądania na zegarek cieszyć się pięknym widokami. Także polecam (szczególnie w okresie jesienno-zimowym, kiedy ciemno robi się o 17) wybrać się tam z samego rana, bo naprawdę jest co podziwiać. Wjazd na teren Pebble Beach kosztuje 10$, otrzymujemy też mapę – a przesympatyczny strażnik, jeśli odpowiednio zagadamy, zaznaczy nam na niej najładniejsze miejsca, co jest bardzo przydatne jeśli nie mamy na zwiedzanie całego dnia. 🙂 Dwie rzeczy, których NIE WOLNO Wam ominąć będąc w Pebble Beach to: „Bird Rock Vista Point” i „Lone Cypress”. Nie będę Was też winić jeśli po drodze, samochód zatrzymacie setki razy i zrobicie milion zdjęć. 🙂 Z Pebble Beach od razu warto udać się do Carmel-by-the-Sea. Tym bardziej, że miasteczko to znajduję się przysłowiowy „rzut beretem” od Pebble Beach. Nie polecam zatrzymywać się tu na noc bo Carmel-by-the-Sea to urocze, choć drogie miasteczko, zamieszkiwane głównie przez artystów i milionerów. Ceny są tutaj zawrotne w porównaniu do leżącego przecież w niewielkiej odległości Monterey. Nie mniej warto Carmel odwiedzić, przespacerować się wąskimi (jak na Stany) uliczkami i odwiedzić, uważaną za jedną z piękniejszych plaż czyli Carmel Beach.

3. Big Sur!

To właściwie nie miejsce, a słynna trasa – droga nr 1 wzdłuż wybrzeża, która obfituje w tak piękne widoki, że tego aż nie da się opisać. Na nasze nieszczęście, podczas pobytu w USA „jedynka” była w remoncie – co oznaczało jej zamknięcie w okolicach miejscowości Lucia. Przyznam szczerze, że to trochę pokomplikowało nam plany, które zakładały przejazd Big Surem aż do Pismo Beach, gdzie miałyśmy nocleg. Czy jednak sprawiło, że z przejazdu słynną „jedynką” zrezygnowałyśmy? Absolutnie nie! Decyzja zapadła, że jedziemy nią tak długo jak na to pozwoli, aż do napisu „roboty drogowe” a następnie wracamy i udajemy się do Pismo Beach drogą szybszą, mniej przyjemną, po prostu zwykłą 3-pasmówką. Na drugi dzień natomiast pojechałyśmy Big Surem od drugiej strony, do punktu gdzie można zobaczyć lwy morskie wylegujące się na plaży, czyli Elephant Seal Rookery w okolicach San Simeon. W gratisie udało nam się też dostrzec wieloryby, co było zjawiskiem absolutnie magicznym i nieporównywalnym do niczego. I choć zajęło nam to dwa razy więcej czasu to z czystym sumieniem mogę napisać, że było warto. Jest to najpiękniejsza trasa, jaką było mi w życiu pokonać, a przewodniki turystyczne w żadnym stopniu nie koloryzują. Ochy i achy są tu jak najbardziej wskazane! 🙂 Kto nie jechał Big Surem ten nie widział prawdopodobnie najcudowniejszych widoków w swoim życiu!

4. Pismo Beach!

Kolejna nadmorska mieścina, która mi kojarzy się z setkami surferów, którzy od samego rana próbują złapać najlepszą falę, ogromnym molo i pyszną włoską restauracją tuż przy naszym zajeździe. Trochę żałuję, że nie miałam czasu powłóczyć się po Pismo Beach, bo to co zobaczyłam bardzo mi się spodobało. Chodząc po plaży, zerkając na ogromne pale podtrzymujące molo, poczułam naprawdę dobrą energię. Chciałabym tu wrócić bo niewątpliwie jest to magiczne miejsce!

5. Santa Barbara!

Czas na ostatnie miejsce w tym wpisie, czyli wisienkę (a nawet – truskawkę) na torcie! Santa Barbara, czyli miejsce, które początkowo chciałam ominąć, nie zjeżdżając nawet z trasy. Na szczęście poszłam po rozum do głowy a właściwie napisałam do mojej przyjaciółki, która kilka lat temu odwiedziła Kalifornię, w tym również Santa Barbarę. Po gorącej rekomendacji tego miejsca postanowiłam dać mu szansę. I nie zawiodłam się. Miasto choć widać, że bardziej wymuskane niż inne mniej turystyczne miejscowości ma w sobie urok. Fajnie też popatrzeć czasem „w realu” na najpiękniejsze ujęcia z widokówek czy kadry z filmów. Santa Barbara to ładna plaża, duże molo, na którym tętni życie i port… a także mnóstwo knajp i knajpeczek gdzie można zjeść coś dobrego. Co ciekawe molo świętej Barbary jest udostępnione nie tylko dla pieszych, ale i dla poruszających się samochodami, co bardzo ułatwia leniwym Amerykanom życie. Spacerując po nim można też wypożyczyć sobie wędkę i zrelaksować się łowiąc ryby! Czyż to nie cudowna opcja? 🙂 Ja niestety nie miałam zbytnio czasu na wędkowanie. Zjadłam ogromnego jedno-gałkowego z założenia loda (który wyglądał jak cztero-gałkowiec w Polsce) zrobiłam kilka zdjęć i pomknęłam dalej, w kierunku Los Angeles… Ale to już temat na kolejny wpis… 🙂

 

Continue Reading

sLOVEnia czyli miłość od pierwszego wejrzenia!

Cześć wszystkim!

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o maleńkim państewku, mającym zaledwie 20 273 km kwadratowych powierzchni i około 2 mln ludności – Słowenii (dla porównania, Wielkopolska ma 29 826 km2!). Ale nie o liczbach jest ten wpis, bo nie od dziś przecież wiadomo, że rozmiar, kiedy przychodzi co do czego, nie ma znaczenia 😉 Powiem Wam szczerze, że Słowenia, przy pierwszej i jestem pewna, nie ostatniej wizycie –  powaliła mnie na kolana :).

Z ręką na sercu mogę przysiąść, że Słowenia jest jednym z najpiękniejszych europejskich państw! Co więcej, wskaźnik indeksu szczęścia i długość życia mieszkańców są tam bardzo wysokie, ale to nikogo kto był na Słowenii, nie powinno akurat dziwić. Skąd to się bierze? Z moich obserwacji wynika, że z permanentnej potrzeby ruchu. Słoweńcy kochają sport i widać to na każdym kroku. Sport uprawiają dosłownie wszyscy, z tym, że starsi mieszkańcy w pewnym momencie przerzucają się z biegania na spacery po górach.

Do Słowenii wybraliśmy się samochodem, co przy 4 podróżujących osobach okazało się najbardziej ekonomiczną opcją. Paliwo plus winiety uczyniły nas około 350 zł od osoby. Wybierając się w podróż samochodem pamiętajcie, żeby zaopatrzyć się w dobrą nawigację (ta w telefonie, po przekroczeniu granicy, niestety przestaje działać!). Kiedyś pół dnia błądziłam po Pradze samochedem, zapominając o isteniu GPS i  będąc przekonana, że bez problemu trafię do celu. Guzik prawda!  Nie zapominajcie, że odpowiednią aplikację, która działa również w trybie offline,  można ściągnąć na smartfona. Jedno jest pewne – odpowiedni sprzęt na pewno zaoszczędzi nam sporo nerwów, czasu i dodatkowych kilometrów :).

Jeśli chodzi o noclegi to niestety nie wiem jak to się kształtuje cenowo. Mam to szczęście, że w Słowenii mieszka moja przyjaciółka, która przejeżdżając kiedyś przez ten maleńki kraj, tak go pokochała, że postanowiła tam zamieszkać! Jak mam być szczera, to wcale jej się nie dziwie i gdybym tylko nie miała w Polsce wspaniałej pracy, hipoteki i kilku marzeń do zrealizowania, to być może też zapuściłabym tam korzenie…

Czas chyba przejść do atrakcji, czyli tego co Słownia ma nam do zaoferowania:

  • na pierwszym miejscu postawiłabym na „naturę” – zrobiła na mnie największe wrażenie. Naturę widać tutaj na każdym kroku, nawet siedząc na balkonie masz to szczeście upajać się pięknymi widokami, a otaczające Cie z każdej strony góry zapierają dech w piersiach. Fani rozbójnika Rumcajsa też będą zadowoleni, bo aż 50% kraju stanowią lasy. Podczas naszego 4-dniowego pobytu odwiedziliśmy dwie „górki” – Jošt i Golice :). Wdrapanie się na tą pierwszy zajęło nam jakąś godzinę. I choć sapaniu i narzekaniu nie było końca (wszak człowiek mieszkający na nizinach nie jest przyzwyczajony do takich ekstremalnych ekscesów… haha), to przepiękny widok  zrekompensował nam cały trud i sprawił, że nabraliśmy ochoty na więcej. Nazajutrz postanowiliśmy wspiąć się na Golice. To rozłożysta góra nad Jesenicami, której osobliwością są kwitnące w drugiej połowie maja narcyzy białe. I choć, podczas naszego pobytu, narcyzy jeszcze się na dobre „nie rozhulały”, to i tak było warto (widoki były nieziemskie); 
  • następna obowiązkowa atrakcja to jezioro Bled. To właśnie tam, znajduje się najstarszy hotel (Hotel Golf powstał w 1937 roku). Piękne jezioro, z jeszcze piękniejszym widokiem i z dużym sercem umiejscowionym na pomoście (przy którym wszyscy turyści robią sobie pamiątkowe zdjęcia), okazało się też idealną miejscówką na zaręczyny. Spokojnie, nie moje, a moich przyjaciół! 😉 Mam nadzieję Asiu, że był to jeden z najcudowniejszych dni w Twoim życiu… Ja, z naszego wypadu nad Bled oprócz mile spędzonego czasu ze wspaniałymi przyjaciółmi, zapamiętam też grilla, którego, jak się poźniej okazało, wcale nie mieliśmy prawa w tym miejscu robić…
  • jeśli natomiast wypoczynek dla Was oznacza plażę, słońce i leżenie plackiem, to spokojnie – Słowenia też ma taką opcję do zaoferowania. Ze stolicy kraju – Lublany, jakąś godzinę zajmie droga samochodem nad morze. A stamtąd „rzut beretem” jest już do Chorwacji, którą pewnie kojarzycie z pięknych widoków i skalistych plaż. My zdecydowaliśmy się pozostać w Słowenii, bo po co jechać do Chorwacji, skoro w nadmorskim Piranie jest równie pięknie? I choć dostępu do morza Słowenia ma niewiele i mieszkańcy nawet sobie z tego żartują, że aby romantyczny spacer wzdłuż słoweńskiego wybrzeża trwał wystarczająco długo, trzeba zawracać przynajmniej 10 razy – to zapewniam Was, że aby to sprawdzić, należy tam pojechać ;-).

Pamiętajcie, że jeżeli wybieracie się do Piranu w sezonie, to warto zaparkować samochód w pobliskiej miejscowości Portorož (nazwa  dosłownie oznacza „Port Róż” i faktycznie zachwyca roślinnością). Warto też przejść się nadmorskim bulwarem do Piranu. My, mimo iż byliśmy poza sezonem, również wybraliśmy tę opcję, bo nie ma chyba nic przyjemniejszego niż spacer brzegiem morza. Podczas takich wypraw można nieźle naładować akumulatorki. Morska bryza, lekki wiatr i miasteczko, do którego zmierzaliśmy, a które było widać gdzieś w oddali sprawiły, że można by było tak iść i iść… zapominając o Bożym świecie.

A jak już wreszcie dotrzecie do Piranu to „przepadniecie”. Jestem pewna, że zakochacie się w tych kolorowych kamieniczkach, wąskich uliczkach i porcie, który pełen jest prywatnych jachtów. To właśnie tutaj odbyła się sesja z tego wpisu (KLIK).

To były 4 fantastyczne dni, spędzone zarówno na aktywnym wypoczynku, jak również leniuchowaniu. Z całego serca chciałąbym podziękować mojej przyjaciółce – Agnieszce ,  która dołożyła wszelkich starań, aby ten wyjazd był dla nas niezapomniany. Jestem na 100% pewna, że do Słowenii wrócę i to nie jeden raz i mam cichą nadzieję, że nastąpi to szybciej, niż myślę.

Continue Reading

O tym dlaczego moi znajomi przestali ze mną jeść + stylizacja z Piranu.

Cześć wszystkim!

Dzisiaj chciałabym Wam opisać pewne zdarzenie. Sytuacja sprzed kilku dni. Jestem z moimi przyjaciółmi  w przepięknej Słowenii, a dokładniej – tego dnia nad Adriatykiem, w malowniczej miejscowości Piran. Wszyscy zadowoleni. Chodzimy, zwiedzamy… Czasami komuś zdarzy się trochę ponarzekać, że trochę za mocno wieje… Ale ogólnie jest fajnie, wakacyjnie i przyjemnie. Tak intensywnie zachwycamy się malowniczym Piranem, że zapominamy o „Bożym świecie”, a o którym drastycznie postanowiły nam przypomnieć nasze „kiszki”, które zaczęły grać przysłowiowego marsza. Co tu robić? Szukamy fajnej miejscówki, niezbyt tłocznej, najlepiej też nie za drogiej, ukrytej w którejś z licznych wąskich uliczek. Ma być kameralnie i pysznie, ot takie nasze małe widzimisię! Jednak znalezienie naszej idealnej knajpki  okazuje się nie lada wyzwaniem! Na szczęście jest w naszej paczce ktoś, kto mimo długiego pobytu na słońcu, jeszcze potrafi trzeźwo myśleć i wpada na pomysł skorzystania z niezwodnego Trip Advisora. Dzięki niemu, trafiamy do klimatycznego Fritolin pri Cantini, położonego na malutkim placyku, mało uczęszczanym przez turystów. Jest dokładnie tak jak być powinno: owoce morza i potrawy z ryb na sąsiednich stolikach wyglądają tak smakowicie, że „marsz” naszych żołądków przekształca się w „bieg”. Zamawiamy i czekamy! Czekamy… czekamy! Wcale nie tak długo, ale pamiętajcie, że Polak głodny, to Polak zły. Minuty oczekiwania na nasz posiłek zamieniają się w tryliardy lat świetlnych! 😉 W końcu obsługa wiesza kartonową rybkę z numerkiem naszego zamówienia na haku… Nasze danie jest wreszcie gotowe! Odbieramy talerze pełne pyszności, chwytamy za widelce i…

Nagle przypomina mi się, że przecież jestem również blogerką, że co jak co, ale moi czytelnicy na pewno chcieliby zobaczyć zdjęcia tych pyszności… A nóż będą kiedyś w Piranie. Mówię: STOP! I patrzę na zbolałe miny moich towarzyszy. Ale nie ma zmiłuj, nie jemy dopóki nie zrobię satysfakcjonujących mnie zdjęć (a wierzcie mi, że wykonanie ich aparatem stanowi dla mnie nie lada wyzwanie). Po dłuższej chwili  odkładam aparat, zdjęcia wreszcie zrobione, możemy zacząć delektować się pysznościami słoweńskiej kuchni… Moi współtowarzysze sięgają po widelce, a mi nagle przypomina się, że przecież jeszcze Instagram!. Żeby nie przeginać, tym razem chwytam za telefon… Kątem oka zauważam lekkie zirytowanie osób siedzących przy stole, moi przyjaciele podejrzanie mocniej zaciskają ręce na swoich nożach… Szybko nagrywam Instastory, cykam kilka fot i łaskawie pozwalam na konsumpcję. Uff, groźne miny znikają, a na ich twarzach pojawia się błogie zadowolenie, że wreszcie mogą kosztować tych pyszności… Szkoda tylko, że nasze dania, pierwotnie ciepłe, trochę ostygły… Na moje szczęście, wszyscy byli tak głodni, że nikt tego faktu nie raczył zauważyć.

Foto: Bartosz Skopiński

Sukienka- Sugarfree

Plecak, zegarek- Parfois

Okulary- Mohito

Naszyjnik- Ania Kruk

Continue Reading

Włochy- pomysł na city break!

Hej Kochani!

Dziś ponownie powróciła do nas wiosna… Widać ją nie tylko w kalendarzu, ale również za oknami … co mnie osobiście bardzo cieszy, bo powiem szczerze, że perspektywa zimy i widok śniegu w maju trochę budził moje obawy co do zbliżającego się wielkimi krokami lata. Jedno jest pewne, bo choć u nas w kraju pogoda kapryśna, to są miejsca w Europie, które kuszą – po pierwsze wiosenną aurą, po drugie –  pysznym jedzeniem, a po trzecie i najważniejsze (jak dla mnie) – wspaniałymi widokami. Dlaczego by nie zrobić sobie małego „city breaku” i wyskoczyć na 2-3 dni gdzieś, gdzie tego wszystkiego możemy doświadczyć?

Ci z Was, którzy śledzą mojego instagrama (KLIK) wiedzą, że z Włoch wróciłam już dobry miesiąc temu. Nie zmienia to jednak faktu, że cały czas mam przed oczami malownicze uliczki Bari, urocze kamienne domki Trulli w Alberobello, czy Sassi di Matera – włoskie miasto wykute w skale. Dlatego, dzisiaj chciałabym Was zabrać w krótką wirtualną podróż po najpiękniejszych zakątkach południowych Włoch.

 

Bari, które jest stolicą regionu Apulia stanowi świetną bazę wypadową do miasteczek położonych w okolicy i to właśnie do Bari można się dostać samolotem z Warszawy i Katowic (jeśli dobrze pamiętam :)) za naprawdę niewielkie pieniądze. Polecam przeglądać oferty Wizzair’a bo często zdarzają się cenowe perełki na tej trasie. Ja za swój bilet płaciłam 250 złotych i może to nie była jakaś wielka promocja jeśli chodzi o cenę, ale zależało mi na konkretnym terminie, a wtedy jak wiadomo mamy mniejsze pole manewru! 🙂

Z lotniska, które nosi nazwę Karola Wojtyły, bardzo łatwo dostać się do centrum Bari. Co 10-20 minut kursuje kolejka, która kosztuje 5 euro.

Jeśli chodzi o nocleg, to właśnie w Bari znajdziecie mnóstwo ofert typu B&B czyli Bed and Breakfast. Nie oznacza to jednak (jak jest w słynnym przeboju Piaska), że śniadanie zostanie Wam zaserwowane do łóżka! 🙂 Filozofia Bed and Breakfast polega na tym,  że wykupując nocleg otrzymacie najprawdopodobniej talon na śniadanie w pobliskiej kafejce, tak jak to było w moim przypadku. Hmmm muszę jeszcze dodać, że „śniadanie” w tym wypadku to za dużo powiedziane, bo czy my Polacy możemy nazwać śniadaniem – kawę i croissanta jedzone w biegu? Pozostawiam to Waszej ocenie… 😉 Jeśli wybieracie się w tamte rejony, do czego zachęcam to bardzo fajne oferty noclegów znajdziecie –> TUTAJ . Zajrzyjcie bo można trafić na „noclegowe perełki”.

W związku z tym, że w południowych Włoszech spędziłam tylko 2 pełne dni, plan był napięty. Zaraz po zakwaterowaniu się, ruszyliśmy na dworzec kolejowy, który mieliśmy dosłownie „pod nosem” i postanowiliśmy pojechać do oddalonego o jakieś 56 km miasteczka Alberobello. Znowu pociąg okazał się najtańszym środkiem transportu (cena biletu 5 euro). Uzbrojcie się jednak w cierpliwość, bo na tej trasie pół godzinne opóźnienia pociągu są normą! A sama podróż trwa jakieś 2-3 godziny mimo niedużej przecież odległości. Wszystkie te frustrujące rzeczy odchodzą jednak w niepamięć, kiedy dotrze się w końcu na miejsce i zobaczy to piękne miasteczko, z główną atrakcją, czyli domkami Trulli.

Legenda głosi, że taki rodzaj budowy tych uroczych teraz domków został wymuszony na chłopach przez hrabiów (chciano w ten sposób uniknąć płacenia podatków nałożonych przez Królestwo Neapolu na każdy nowo wybudowany SOLIDNY dom). Dacie wiarę, że zbudowane są z łupków wapiennych bez zaprawy cementowej? Poprzez swoją konstrukcje miały sprawiać wrażenie nietrwałych i tymczasowych. W rzeczywistości jednak Trulli okazały się nie tylko zadziwiająco trwałe, ale też idealne pod względem utrzymania równowagi termicznej: latem – zapewniają przyjemny chłód, a zimą – trzymają ciepło. Zwróćcie uwagę na ozodoby dachów – ezoteryczne symbole miały zapewnić domownikom pomyślność.

Największe skupisko tych niezwykłych kamiennych domków można zobaczyć w miasteczku Alberobello; miasteczko to jest jednym z 47 włoskich miejsc wpisanych na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO!

Niesamowite i zdecydowanie warte zobaczenia.

Kolejny dzień to kolejna wyprawa pociągiem (i znowu trzeba zapłacić 5 euro – coś Włosi upodobali sobie tą symboliczną kwotę ;)) Tym razem naszym celem była Matera, której stara część – Sassi została wykuta w skale. Z takich ciekawostek, to do końca XX wieku Matera była jednym z najbiedniejszych regionów we Włoszech. Dla mnie największym szokiem była informacja, że tamtejsza ludność funkcjonowała bez prądu, bieżącej wody i kanalizacji. Co więcej – mieszkając w tych skalnych chatkach na bardzo małej powierzchni (przeważnie były to tylko 2 pomieszczenia), razem z rodziną i zwierzętami – byli bardzo szczęśliwi i towarzyscy.

Dopiero w 1993 roku zabytkową część miasta Sassi di Matera wpisano na Światową Listę Dziedzictwa UNESCO. Było to prawdziwe wybawienie dla mieszkańców, wiele kościołów i domów odrestaurowano i zaczęto zarabiać również na turystyce.

Kręte uliczki, piękne widoki robią ogromne wrażenie i zapierają dech w piersiach. To tutaj kręcono wiele filmów, na czele z „Pasją” Mela Gibsona. Jeśli będziecie kiedyś w południowych Włoszech to nie możecie ominąć tego miejsca!

Widziecie te jaskinie? Tam kiedyś mieszkali ludzie! :O

Matera to również piękno przyrody i zapierające dech w piersiach widoki. Sasii położona jest na wysokim brzegu wąskiego kanionu rzeki. Z jednej strony mamy klimatyczne domki i jeszcze piękniejszego miasteczka, a z drugiej – nierzeczywistą wręcz potęgę natury! Myślę, że jak tam kiedyś będziecie, to niejednokrotnie z Waszych ust padnie bardzo wymowne „WOOOW”! 🙂

I to tyle jeśli chodzi o mój mały kwietniowy „city break”. Trochę żałuję, że na samo Bari pozostało niewiele czasu… Jestem pewna, że  to miasto też ma sporo do zaoferowania. 🙂 Już dziś wiem, że  muszę tam jeszcze wrócić i odkryć uroki kolejnych miasteczek regionu Apulia, tak od siebie różnych!

Mam nadzieję, że taki wpis był dla Was miłą odskocznią od postów modowych!

Dajcie znać, bo przede mną kolejna krótka wyprawa… o której chętnie Wam opowiem! 😉

Continue Reading