Postanowienia Noworoczne 2018!

Temat postanowień noworocznych jest u mnie wałkowany co roku… Co roku również obiecuję sobie, że w tych postanowieniach wytrwam. I pewnie nie trudno się domyślić, że z wytrwałością różnie to bywa… Po części dlatego, że z biegiem czasu zapominam, co też sobie w ramach „noworocznej euforii” obiecałam ^^, a po części dlatego, że gdzieś po drodze – brakuje mi motywacji. Ale w 2018 roku powiedziałam „basta”! Czas wreszcie dojrzeć i podejść odpowiedzialnie do realizacji wyznaczonych sobie celów; czas wreszcie spełnić postanowienia, które przecież mają sprawić, że moje życie będzie lepsze, pełniejsze… A ten wpis ma mi o tym nieustannie przypominać! Gotowi? No to zapraszam do lektury mojej listy postanowień noworocznych.

1. Przynajmniej raz w miesiącu gdzieś wyjechać!

Ten kto śledzi mojego instagrama wie, że nie ma drugiej takiej rzeczy, która sprawiałaby mi tyle radości i dawała tyle szczęścia co podróże. Wybierając się chociażby na weekendowy wyjazd wracam z maksymalnie naładowanymi akumulatorami, a pozytywną energią mogłabym zarazić co najmniej pół Leszna (a musicie wiedzieć, że nie jest to wcale takie małe miasto :)). Właśnie tak na mnie działa odkrywanie nowych miejsc, poznawanie nowych ludzi, zwyczajów i pysznej kuchni z różnych zakątków globu. W związku z powyższym – obiecałam sobie, że w tym roku będęco miesiąc, regularnie wyjeżdżać. Nie musi to być od razu kraniec świata, zadowoli mnie chociażby krótki weekend w Karpaczu, do którego mam całkiem blisko. Postanowienie póki co ma się świetnie. Bilety na koniec stycznia już zarezerwowane. A gdzie się wybieram? O tym na pewno niebawem tu przeczytacie! 🙂

2. Nieustannie się doskonalić!

W różnych dziedzinach. Chociaż myśląc o tym postanowieniu, głównie chodzi mi po głowie jedna rzecz – MAKIJAŻE. Pomimo tego, że w ciągu minionego roku zrobiłam niesamowity postęp, jeśli chodzi o sztukę makijażu, to bardzo chciałabym uczyć się więcej i więcej :). Wystarczy ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Na moją listę na rok 2018 obowiązkowo wpisałam udział w co najmniej dwóch kursach makijażu (oczywiście u moich ulubionych wizażystek). Dodatkowo, w ramach doskonalenia w domowym zaciszu, obiecałam sobie, że raz w tygodniu będę przygotowywać dla Was makijażową inspirację i będę ją wrzucać na instagram. Uważam, że jak do tej pory, całkiem nieźle mi wychodzi dotrzymywanie tego postanowienia. Zresztą zerknijcie sami –> KLIK 

3. Czytać!

Nie żebym mało czytała. Przeglądam przecież codziennie masę blogów, instagramowych profili, czy stron internetowych… ^^ Nie zmienia to jednak faktu, że strasznie brakuje mi tej dość oldschoolowej formy spędzania wolnego czasu, czyli czytania książek. Obiecałam sobie, że codziennie będę czytać chociażby 30 minut. Ktoś może powiedzieć – niby niewiele, ale jak to się zbierze w tygodnie, miesiące, a później podliczy rok to wyjdzie całkiem sporo – jakieś 160 godzin. Nieźle, prawda? Sama jestem też ciekawa ile książek uda mi się przeczytać, jeśli będę działać wg tego schematu…

4. Wspierać potrzebujących!

To chyba jedno z tych postanowień, za które najbardziej trzymam kciuki. Wierzę, że mój zapał dotyczący wspierania różnych akcji/aukcji charytatywnych nie zmaleje i że kończąc 2018 rok z dumą spojrzę na ten wpis, myśląc sobie „I did it!”. Postanowiłam sobie, że co miesiąc będę zasilać określoną sumą pieniędzy różne cele charytatywne. Na stronie „siepomaga.pl” można znaleźć mnóstwo tego typu próśb, a każda złotówka dla tych potrzebujących ma znaczenie! Dlatego, każdego z Was, chciałabym również gorąco zachęcić do tego typu działań. Jak to się kolokwialnie mówi „w kupie siła” , a ja wiem, że my Polacy, w dobrym celu potrafimy się pięknie jednoczyć, czego dowodem jest chociażby rekordowa zbiórka na WOŚP. Poza tym pamiętajcie, że dobro zawsze wraca ze zdwojoną siłą!

5. Skończyć remont domu!

Pewnie nie wszyscy z Was wiedzą, że od zeszłego roku mieszkam w swoich własnych „czterech kątach”. Dom, który sobie wymarzyłam, nadal jest w fazie remontu i urządzania. O ile można by było powiedzieć, że dół jest już prawie całkowicie skończony, o tyle góra –  wymaga jeszcze mnóstwa pracy. Wierzę jednak, że w tym roku uda się postawić przysłowiową „kropkę nad i” i wreszcie z dumą będę mogła powiedzieć „zrobiłam to”. Póki co, najbardziej doskwiera mi brak garderoby, która chyba nie tylko dla mnie, jest jedną z niezbędnych przedmiotów. Trzymajcie zatem kciuki, aby skończenie remontu było kwestią kilku najbliższych miesięcy.

6. Postawić na aktywność fizyczną!

Pod koniec 2017 roku złapałam jakiegoś treningowego doła. Mając do wyboru siłownie, czy wieczór z Netflixem i paczką popcornu, czy też chipsów, zawsze stawiałam na to drugie! Na efekty moich wyborów nie musiałam długo czekać… (odbiło się to oczywiście na mojej sylwetce). Ale, od tego tygodnia wreszcie powróciłam na właściwe tory i od poniedziałku zaliczyłam już 3 treningi!!! Oczywiście zamierzam do treningów podchodzić z głową – będę ćwiczyć regularnie, ale nie więcej niż 5 razy w tygodniu (tak, żeby znowu nie pojawiło się przetrenowanie i niechęć do sali treningowej). Dodatkowo, odstawiłam wszystkie smażone rzeczy i słone przekąski, a w to miejsce pojawiły się warzywa. O i tutaj przydadzą mi się niesamowite pokłady silnej woli, ale wierzę, że się uda! 🙂

7. Próbowanie nowych rzeczy!

Postanowienie, które tak naprawdę może przybierać różne formy (ze względu na to, że jest bardzo ogólne). Generalnie chodzi o to, żeby próbować czegoś, czego nigdy wcześniej nie robiłam, bo: albo się bałam, albo byłam zbyt leniwa, albo nie miałam ku temu okazji. Pierwszą z rzeczy, która przychodzi mi do głowy jest spróbowanie jazdy na snowboardzie. Na nartach jeżdzę od wielu, wielu lat i nie wywołują one u mnie już takiej ekscytacji jak kiedyś, dlatego z chęcią przerzucę się na coś nowego. W związku z tym przy najbliższej wizycie w górach wypożyczam dechę i próbuję. Jestem bardzo ciekawa, czy snowboard podbije moje serce równie mocno, jak kiedyś narty.

Kolejna rzecz, z tych których nigdy nie robiłam, to hybrydowy manicure w domowym zaciszu. Całkiem niedawno zaopatrzyłam się w zestaw startowy od Firmy NeoNail i już nie mogę się doczekać pierwszych efektów. Zatem koniec wymówek. Czas sprawdzić, czy faktycznie jest to takie łatwe, jak wszyscy mówią. Dodatkowo, nowa kolekcja Paris My Love, całkowicie skradła moje serce i dlatego, jako pierwsza, wyląduje na moich paznokciach.

Jeśli również chcecie zacząć swoją przygodę z hybrydą, to firma NeoNail przygotowała dla Was bardzo fajny konkurs, w którym do wygrania między innymi: tydzień metamorfoz z Ewą Chodakowską, zestaw biżuterii marki Lilou oraz Starter Set Premium od NeoNail. Aby wziąć w nim udział należy zrobić zakupy za minimum 50 zł, zachować paragon, wejść na stronę https://happynewyou.neonail.pl/ i odpowiedzieć na proste pytanie: „Jak dotrzymać swoich postanowień noworocznych”. Prawda, że łatwe? Zatem do dzieła!

8. Dbać o relacje z przyjaciółmi!

Ubiegły rok nauczył mnie, że jedną z najważniejszych rzeczy w życiu jest otaczanie się właściwymi, życzliwymi i ciepłymi ludźmi. Takimi, którzy ciągną nas w górę, a nie pchają w dół. Prawdziwymi przyjaciółmi, którzy życzą Ci dobrze, cieszą się z Twoich sukcesów, a nie takimi, którzy czerpią radość z naszych potknięć i porażek. Rok 2017 był dla mnie rokiem weryfikacji wielu znajomości. Teraz wiem, w jakie przyjaźnie warto wchodzić i w 2018 roku zamierzam pielęgnować te znajomości. Mogę nie widzieć się z kimś bardzo długo, bo na przykład dzieli nas sporo kilometrów, ale jeśli ta osoba jest na liście życzliwych mi osób, prawdziwych przyjaciół, to obiecuję, że zrobie wszystko aby ta znajomość nie uschła.

9. Cieszyć się życiem!

 Tak po prostu!

Continue Reading

Odkrycia kosmetyczne 2017 roku!

Nowy rok! Nowa ja i nowy sposób myślenia. 2018 wydaję się całkiem fajną liczbą i jestem pewna, że będzie on rokiem przełomowym w moim życiu. Zanim jednak zacznę na maksa z niego korzystać i wyciskać każdy dzień, godzinę, a nawet minutę to czas podsumować to co już odeszło, czyli dobry, stary rok 2017.

Był on rokiem wielu podróży, nowych znajomości, umacniania starych przyjaźni, a także weryfikacji pewnych osób i sytuacji. Ale nie o tym jest ten wpis, bo 2017 rok to też rok kiedy na poważnie zajęłam się tematem makijaży, które zawsze gdzieś tam pojawiały się w moich planach i marzeniach, ale których nie miałam odwagi spełnić. Teraz (o rok starsza! I mądrzejsza!) wiem, że warto próbować… i nawet jeśli na początku skutki będą mało satysfakcjonujące, to zawsze będzie to kolejny malutki kroczek do przodu. A przecież o to chodzi!

Makijaże i świat kosmetyków tak zawładnął moim sercem, że oszalałam na punkcie testowania nowych produktów. Podczas tego całego kosmetycznego szaleństwa trafiłam na wiele produktów, które mnie rozczarowały, a ich jakość pozostawiała wiele do życzenia. Ale również i na takie, które okazały się absolutnymi perełkami i które z czystym sumieniem mogę Wam polecić. Chcecie wiedzieć co znalazło się na liście kosmetycznych odkryć roku 2017?

Czytajcie dalej!

Paletka Anastasia Beverly Hills- Prism

Choć produkty Anastasii są już znane w światku makijażystek i osób, które interesują się makijażami od dobrych kilku lat, ja dopiero w tym roku zapoznałam się z tymi kosmetykami. Będąc w San Francisco, weszłam do tamtejszej Sephory, obejrzałam, „pomacałam” i przepadłam. Świetna pigmentacja i kolory to rzeczy na które ja bardzo zwracam uwagę w przypadku palet cieni. Tutaj mamy jedno i drugie! Pracuję się nimi cudownie, a kolor nie znika z powieki po kilku godzinach „noszenia”. Warto też podkreślić, co jest bardzo ważne w przypadku osób, które dopiero zaczynają przygodę z makijażem, że cienie blendują się bardzo ładnie, co znacznie ułatwia nam wykonanie perfekcyjnego makijażu. Jedynym minusem palety jest cena, która w Polsce jest znacznie wyższa niż w USA. Także jeśli będziecie miały okazję zdobyć ją w cenie w jakiej dostępna jest w Stanach Zjednoczonych- nie wahajcie się!

Kredka do brwi Anastasia Beverly Hills

Kolejny produkt Anastasi bez którego nie wyobrażam sobie obecnie mojego codziennego makijażu to kredka do brwi. Moja jest w odcieniu dark brown . Szczerze przyznam, że nie wiem co jest w tych produktach takiego, że dają taki rewelacyjny efekt? No bo niby kredka, jak kredka, a jednak różnice widać gołym okiem. Trwała, precyzyjna i w wygodnym opakowaniu. Z jednej strony znajduję się wykręcany rysik, ścięty po skosie, a z drugiej szczoteczka do wyczesywania brwi. Czytałam opinie w internecie, że kredką tą nie da się uzyskać naturalnego efektu, co moim zdaniem jest bzdurą. Wszystko zależy od intensywności nacisku i koloru jaki wybierzecie. Ja akurat lubię mocniej podkreślone brwi, także taki intensywny efekt, który w łatwy sposób osiągniemy jak najbardziej mi odpowiada.

Transparenty puder utrwalający makijaż Laura Mercier

Puder, który stał się moim numerem jeden. Mocno zmielony, o ładnym odcieniu, świetnie utrwala makijaż, nie pozostawiając na buzi białych plam. Używam go przede wszystkim do utrwalenia korektora pod oczy, bo jako jeden z nielicznych nie wchodzi w zmarszczki i nie podkreśla suchych skórek. Dla mnie dużym plusem jest również ogromne wręcz opakowanie, które pewnie zwykłemu śmiertelnikowi wyda się za duże, ale dla osoby wykonującej makijaże na sobie i klientkach będzie zbawieniem. Muszę też podkreślić, że produkt ten nie daje całkowitego matu, a ładne satynowe wykończenie. Skóra dzięki temu wygląda świeżo  bardziej naturalnie. Mój ulubiony sposób aplikacji? Mokrym Beauty Blenderem. Jedyna wada to tak jak w przypadku Anastasi cena. Ale jeśli nie robicie zawodowo makijaży możecie kupić produkt na spółę z przyjaciółką bądź mamą i podzielić się po połowie. Inną opcją jest tropienie promocji w Douglasie. Wtedy puder można kupić nawet z 20% rabatem. 🙂

Podkład MAC- Matchmaster

Podkład MACa to mój zakupowy eksperyment, który niesowicie się udał. Mimo iż produkt ma skrajnie różne opinie to w moim przypadku spisuję się świetnie! Matchmaster (mój w odcieniu 1,5) idealnie stapia się z kolorem skóry. Nie zauważyłam też wysypu wyprysków na który narzekają niektóre panie, a wierzcie mi, że moja skóra jest z rodzaju tych bardzo kapryśnych i wrażliwych. Ci którzy śledzą mojego bloga od dłuższego czasu, doskonale wiedzą, że moim faworytem wśród podkładów jest Estee Lauder Double Wear. Ten może i nie zdetronizuję Double Wear’a, ale świetnie sprawdzi się jako jego zamiennik. Sięgam po niego, kiedy mam ochotę na delikatniejsze krycie. Pamiętajcie jednak, że nie jest to podkład matujący, także zwolenniczkom matu na buzi-odradzam. Ale tym z Was, które lubią świeży, długotrwały efekt polecam wypróbować. W duecie z pudrem Laury Mercier dają piękny rezultat na skórze.

Produkty Kiehl’s

Produkty Kiehl’sa to moje pielęgnacyjne odkrycie 2017 roku. Zarówno krem „Ultra Facial Cream” jak i  koncentrat na noc „Midnight Recovery” to obecnie moje pielęgnacyjne niezbędniki. Tego pierwszego używam codziennie pod makijaż. Jako jeden z nielicznych świetnie nawilża i współpracuję ze wspomnianym wcześniej podkładem Double Wear Estee Lauder. Ma lekka, nietłustą konsystencję, ale o tym  już wspominałam, także nie będę się rozpisywać tylko odeślę Was do tego wpisu–> KLIK

Natomiast ten drugi oprócz tego, że świetnie pachnie, to również rozpieszcza i pielęgnuję moją skórę podczas snu. Na dłonie nabieram dosłownie kropelkę, rozcieram i nakładam (wklepując dłońmi) na twarz. Rano budzę się z wypoczętą, promienną i dobrze nawilżoną buzią. Taki właśnie efekt chciałam uzyskać stosując różnego rodzaju kremy, ale udało się to dopiero od kiedy do mojej kosmetyczki trafiły produkty firmy Kiehl’s. Jeśli boicie się jak Wasza skóra zachowa się w zetknięciu z tymi produktami, to polecam wybrać się do sklepu stacjonarnego Kiehl’sa gdzie dostaniecie darmowe próbki.

I to wszystko jeśli chodzi o kosmetyczne odkrycia roku 2017. Mam nadzieje, że rok 2018 przyniesie kolejne pielęgnacyjne i makijażowe perełki. Dajcie znać o swoich odkryciach, albo ulubieńcach bo jak zwykle chętnie przetestuję nowe produkty. 🙂 Do następnego!

 

 

 

Continue Reading

Kochany Święty Mikołaju…

„Kochany Święty Mikołaju…” któż z nas nie pamięta dni, kiedy to właśnie tymi słowami starannie spisanymi na pięknej papeterii  rozpoczynaliśmy grudzień? Od tego czasu sporo się zmieniło… W Świętego Pana z siwą brodą chyba już przestaliśmy wierzyć, ale nie przestaliśmy czekać na podarki. Dla mnie prezenty w Święta nie są najważniejsze, co nie zmienia jednak faktu, że miło zobaczyć pod choinką chociaż symboliczny, drobny upominek. Dzisiaj chciałabym pobawić się trochę w Elfa, czyli pomocnika Świętego Mikołaja, który pomaga mu kompletować prezenty dla wszystkich grzecznych dzieci… Pojawią się propozycje dla niej i dla niego i to takie, którymi sama chętnie obdarowałabym swoich bliskich. Gotowi? No to startujemy! 🙂

Świąteczne pomysły na prezent dla niej:

Kosmetyki!

Moje Drogie, chyba nie muszę Was przekonywać, że kosmetyków nigdy za wiele?! To coś, co każda z nas lubi i potrzebuję. Choć w normalnych okolicznościach zaopatrujemy się w kosmetyki pierwszej potrzeby, czyli te które używamy na co dzień, to od święta można poszaleć i sprawić komuś „marzo-kosmetyk”. Tak wiem, że nie ma takiego słowa. 😉 Powstało ono na potrzeby tego wpisu i oznacza kosmetyk marzenie, o którym śnimy po nocach, a którego jednak sobie nie kupujemy, bo przecież na co dzień jest tyle innych wydatków. Wierzcie mi, taki marzo-kosmetyk będzie strzałem w dziesiątkę i na pewno ucieszy obdarowywaną osobę. W przypadku tej kategorii macie też duże pole do popisu. Może to być coś z pielęgnacji, czyli na przykład krem pod oczy, o którym słyszeliśmy wiele dobrego, nowa paletka cieni, czy idąc dalej, akcesoria do makijażu, które obecnie można kupić w świetnych świątecznych zestawach.

Vouchery!

Kolejna moja propozycja to vouchery! Tutaj również mamy duże pole manewru. Może to być zarówno voucher na zabieg pielęgnacyjny, makijaż, masaż, czy voucher/karta podarunkowa do ulubionego sklepu. Dla każdego znajdzie się coś w zależności od upodobań. Zatem szalejcie! 🙂

Bilety!

W tej kategorii mowa o wszelkiego rodzaju biletach. Ja osobiście najbardziej ucieszyłabym się z tych lotniczych (wiecie jak kocham podróże), ale w grę wchodzą również bilety na koncert ulubionego zespołu czy wokalisty… Szkoda, że te na Edka Sheerana są już wyprzedane! Dobrze pamiętam jak kiedyś podarowałam taki właśnie bilet na koncert zespołu Coldplay i radości było co niemiara. Także jeśli wiecie kogo muzycznie lubi osoba obdarowywana to śmiało kupujcie, a nie będzie mowy o żadnej prezentowej wpadce. Można też iść o krok dalej i kupić na przykład bilet na całe wydarzenie muzyczne, czyli Open’er Festival. A w tym roku na Opene’rze naprawdę będzie się działo: Depeche Mode, Massive Attack, Gorrilaz czy Bruno Mars – to tylko niektóre z gwiazd które się pojawią. <3

Biżuteria!

Biżuteria to kolejna po kosmetykach rzecz, której nigdy za wiele. Do tej kategorii zaliczam zarówno wymarzone przez naszą mamę kolczyki, zegarek dla dziadka (i tutaj zahaczamy o akapit: prezenty dla niego :)) czy bransoletka dla przyjaciółki.  Mnie w tym roku niezwykle urzekł marynarski motyw czyli bransoletka z kotwicą, obok której nie mogłam przejść obojętnie. Znajdziecie ją w kolekcji marki Paul Hewitt (KLIK), a na żywo jest jeszcze piękniejsza!

Instax!

Będę z Wami szczera. Gdybym miała sama tworzyć tą listę, Instax pewnie by się na niej nie znalazł. Ale jakiś czas temu pytałam Was na instagramie (KLIK) jakie są Wasze wymarzone prezenty i wśród wielu fajnych propozycji jedna pojawiła się kilka razy. A chodziło właśnie o Instaxa. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że Instax to nowy model aparatu do fotografii natychmiastowej. Łopatologicznie mówiąc, cykamy takim kolorowym i ładnie wyglądającym cudem fotkę, czekamy chwilę, a później cieszymy się od razu wywołanym zdjęciem. Brzmi super, prawda? Ja sama dopóki nie zagłębiłam się w temat nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo chcę Instaxa! 😛

Perfumy!

Perfumy to niby oczywista oczywistość, jeśli chodzi o podarki dla płci pięknej, ale jednak wielu panów ma z nimi problem. Dlatego warto dowiedzieć się jakie perfumy czy chociażby nuty zapachowe lubi osoba przez nas obdarowywana. Fajnym pomysłem będzie też zakup kilku mniejszych buteleczek zapachów, które z okazji Świąt sprzedawane są często w pięknie pakowanych zestawach. Taka mini wersja ulubionego, przez osobę, której robimy prezent, zapachu jest też świetnym wyjściem jeśli nie chcemy zbyt mocno nadszarpnąć naszego budżetu.

Galanteria skórzana!

Portfel, torebka, czy rękawiczki – wszystkie kochamy tego typu rzeczy. Ja portfele wymieniam średnio dwa razy w roku, bo wiadomo, rzecz którą się tak intensywnie eksploatuje codziennie szybko się niszczy. Także w przypadku mojej skromnej osoby portfel byłby idealnym prezentem (koniecznie czerwony!), nie pogardziłabym też pięknymi rękawiczkami ze skóry (pod kolor portfela :)), czy nową torebką (bo przecież wszystko musi do siebie pasować!).

Książka!

To kategoria prezentowa, przy której trzeba być bardzo ostrożnym, bo przecież nie każdy lubi czytać! Zanim wpadniemy na pomysł obdarowania kogoś czymś do czytania, upewnijmy się, że ta osoba lubi zaglądać do książek. Ja osobiście z książki ucieszyłabym się bardzo! Zarówno tej związanej z tematyką podróżniczą, jak i z pięknie wydanej książki kucharskiej. A tutaj wydawnictwa naprawdę prześcigają się w pomysłach! Można też tradycyjną, drukowaną książkę zastąpić urządzeniem do czytania e-booków. Chociaż ja uważam, że nie ma nic piękniejszego niż zapach kartek świeżo kupionej książki.

Świąteczne pomysły na prezent dla niego:

I tutaj my – Kobiety mamy zazwyczaj większy problem. Bo o ile prezent mamie, siostrze czy przyjaciółce byłybyśmy w stanie wybrać w 5 minut, nawet obudzone o 3 w nocy, o tyle z mężczyznami nie jest już tak łatwo. Dlatego śpieszę z pomocą i propozycjami podarków, które podsunęliście mi Wy, bądź faceci bliscy mojemu sercu.

Filtry do aparatu!

Jeśli Wasz facet jest współautorem zdjęć na Waszym blogu, czyli interesuję się fotografią to takie filtry na pewno mu się przydadzą. Będzie to na pewno prezent praktyczny, wykorzystany w codziennym użytku, a mężczyźni ponoć właśnie takie lubią najbardziej. Ja się kompletnie na tym nie znam, także jeśli chodzi konkretny model, musicie podpytać Waszego ukochanego.

Zestaw gadżetów z ulubionego serialu bądź filmu!

Jeśli obdarowywany przez Was mężczyzna jest fanem komiksów, koniecznie dowiedzcie się jakich. W internecie aż roi się od gadżetów związanych z konkretnymi tytułami. Od koszulek zaczynając, a kończąc na notesach. Zatem jest w czym wybierać! Jak już wiecie czy obdarowywany jest fanem Marvela czy DC to już połowa sukcesu. A wierzcie mi, to jest dość istotna różnica (o której ja też do niedawna nie wiedziałam ;))  Później można szaleć, w zależności na ile pozwala Wasz budżet!

Gry planszowe!

O ile fascynacji grami na telefonie, tablecie czy komputerze nie jestem w stanie zrozumieć, o tyle cieszy mnie, że są wyjścia alternatywne, czyli oldschoolowe planszówki. Takie gry planszowe nie tylko zapewnią świetną zabawę obdarowywanej osobie, ale również jego bliskim. Planszówek w sklepach jest cała masa, są przepięknie wydane i naprawdę różne, od gier strategicznych poprzez towarzyskie, a kończąc na tych przy których trzeba ruszyć trochę głową, czyli na przykład Rummikub! Polecam! Bo nie ma chyba nic fajniejszego niż spędzenie wieczoru w dobrym towarzystwie grając w wciągająca grę planszową.

Mucha!

Jeśli osoba przez Was obdarowywana jest fanem kolorowych i fikuśnych much to koniecznie zajrzyjcie na stronę marthu.com. Tylu wzorów i kolorów jak żyję (a żyję dość długo ;)) jeszcze nie widziałam. Taka mucha będzie idealnym podarkiem dla mężczyzn, którzy lubią i nie boją się eksperymentować z modą. Gwarantuję, że nie będzie to prezent na długo zapamiętany i miejmy nadzieje często noszony przez obdarowywanego.

I to już wszystkie moje propozycje! Tak wiem, że pomysłów na prezenty dla mężczyzn jest dużo mniej, ale tak jakoś wyszło, że jestem kobietą i doskonale wiem, co nam – płci pięknej w duszy gra. Dlatego też chętnie przeczytam Wasze komentarze. Jeśli macie jeszcze pomysły na prezent dla niego, koniecznie dajcie znać! Wszystkie chwyty dozwolone! Do następnego! 🙂

 

 

Continue Reading

Try Me Box- edycja październikowa!

W moje ręce znowu trafiło pudełeczko Try Me Inspired By, które świetnie już znacie z tego wpisu (KLIK). Tym razem w boxie pojawiły się inne produkty, a właściwie próbki produktów, które z przyjemnością przetestowałam. Ile wynosi cena za taki zestaw? Bez zmian 19 zł plus koszty przesyłki, a „radochy” z testowania nowości kosmetycznych co niemiara. O korzyściach z zamówienia takiego pudełeczka pisałam już wcześniej, dlatego dzisiaj od razu przechodzę do konkretów, czyli do zawartości.

Babeczka do kąpieli – Aromatella!

Pierwsze co przykuło moją uwagę, a właściwie uwagę mojego nosa, po otworzeniu paczuszki, to piękny zapach, którego sprawcą była urocza babeczka do kąpieli – Aromatella. Zastanawiałam się na Insta Story do czego można byłoby przyrównać ten zapach? Moje typy były błędne, bo nie wpadłam no to, że cudowny zapach tworzy połączenie nut kokosa i słodkich owoców leśnych. Mądrzejsza o wiedzę z ulotki ^^ polecam Wam to słodkie cudo. Jestem pewna, że każdy, nawet najgorszy, jesienny dzień będzie o niebo lepszy po kąpieli w wannie, w której będziesz mogła poczuć się jak królowa słodkości. Mała rzecz, a cieszy i co najważniejsze – nie tuczy! Jest to pełnowymiarowy produkt, który w normalnej sprzedaży kosztuje 12 zł za sztukę.

L’orient – hydrolat i HerbOlive – mini krem do ciała z oliwą z oliwek!

Kolejnym pełnowymiarowym kosmetykiem jest hydrolat kwiatów róży damasceńskiej w atomizerze Firmy L’orient. Nie wiem czy wiecie, ale róża damasceńska ma bardzo silne działanie nawilżające. A wspomniany hydrolat ma nam zapewnić odpowiednie napięcie skóry, poprawić jej koloryt, ale również przynieść ukojenie. W moim przypadku produkt świetnie sprawdza się jako mgiełka odświeżająco – nawilżająca (używam jej w ciągu dnia). Świetne właściwości, cudny zapach i wygodne opakowanie sprawiły, że na dobre polubiłam tą mgiełkę… co sprowadza się do tego, że na stałe zagościła w mojej torebce. Cena produktu w normalnej sprzedaży to 34 zł.

Krem do ciała – Argan Oil, ma przyjemną konsystencję, szybko się wchłania, ale niczym specjalnym się nie wyróżnia. Za to krem do rąk z tej samej firmy, o czym pisałam Wam w poprzednim wpisie opisującym pudełko Try Me, jest naprawdę świetny!

Próbki kremów!

To co jeszcze zostało mi do przetestowania z cudownego pudełeczka – to pojedyncze próbki różnych kremów, fluidów czy żeli złuszczających: krem do twarzy z glinką Luvos i olejkiem z pestek moreli, antyperspirujący odżywczy krem do stóp ManFoot, aksamitny kompres do opuchniętych nóg i stóp Biały Jeleń i nawilżający krem do ciała Barnangen. Niestety żaden z tych produktów mnie nie zachwycił. Jedyną próbką kosmetyku, który zasługuje na uwagę jest wzmacniający strukturę skóry krem na noc z Firmy Aube.

 

Tak prezentuje się kolejne pudełeczko Try Me! Produktami, które  według mnie zasługują na uwagę w tej edycji są znowu kosmetyki pełnowymiarowe czyli mgiełka/hydrolat i babeczka do kąpieli.

A Wy co myślicie? Mieliście już do czynienia z boxem Try Me? Jeśli nie, możecie je zamówić TUTAJ! A może któryś z tych produktów testowaliście w normalnej wersji, a nie próbce? Dajcie znać w komentarzach! Buziaki i do następnego!

Continue Reading

Jesienny makijaż oka – krok po kroku!

Dzisiaj zapraszam Was na wpis jakiego na tym blogu jeszcze nie było. Mam nadzieję, po pierwsze, że przypadnie Wam do gustu, a po drugie – że będziecie wyrozumiali. 🙂 Jakiś czas temu zapytałam Was na instagramie czy chcecie tutorial do makijażu oczka jaki miałam na sobie. Odzew był bardzo duży i wszystkie z Was, które do mnie napisały, stwierdziły, że bardzo chętnie taki wpis zobaczą i przeczytają. Także zapraszam Was na mini poradnik jak zrobić jesienny połyskujący makijaż w odcieniach brązu. Od razu też przedstawiam Wam Asię – moją przyjaciółkę, która zgodziła się być moją modelką i udostępniła swoją buzię do tego makijażu. Gotowi? No to zaczynamy. 🙂

Przed przystąpieniem do makijażu oka odpowiednio przygotowałam twarz modelki. Nałożyłam podkład, Double Wear Estee Lauder w kolorze 1W2, korektor Catrice, żeby zniwelować delikatne sińce pod oczami i to wszystko przypudrowałam pudrem Hean. Kolejnym krokiem było wymodelowanie twarzy bronzerem i tutaj w ruch poszedł niezawodny Bahama Mama z The Balm, który ma idealny chłodny odcień i świetnie sprawdza się w przypadku modelowania. Mojej modelce, już przy nałożeniu niewielkiej ilości bronzera, pięknie uwydatniły się kości policzkowe, a przynajmniej jednego policzka ;). Drugi był niestety spuchnięty po wyrwaniu ósemki, co jest zauważalne na zdjęciach. Po takim przygotowaniu twarzy mogłam przejść do malowania oczu i tutaj już będę Wam opisywać cały proces krok po kroku.

Bardzo ważnym krokiem w makijażu oka, który kiedyś pomijałam, jest nałożenie bazy. Nie tylko przedłuża ona trwałość makijażu, ale też podbija kolor cienia i pozwala na przyklejenie pigmentu czy metalicznego cienia, który został użyty w tym makijażu. Ja akurat tym razem zdecydowałam się na bazę marki Inglot.

W całym makijażu z tego tutoriala korzystałam praktycznie z jednej paletki – Carmel Melange Zoevy, w której znajdziecie  piękne jesienne odcienie. Pytacie mnie często, czy warto zaopatrzyć się w paletki Zoeva. Oj z czystym sumieniem twierdzę, że warto! Jedną paletą jesteśmy w stanie zrobić cały, wcale nie nudny makijaż. Do tego świetna jakość i pigmentacja cieni sprawia, że pracuje się z nimi bardzo przyjemnie. Carmel Melange będzie idealna dla tych z Was, które kochają ciepłe brązy na oczach.

Po nałożeniu bazy najjaśniejszym cieniem z paletki o nazwie Wax Paper zmatowiłam górną części powieki i obszar pod okiem. Nie tylko, żeby rozjaśnić te obszary, ale również po to, żebym miała większą kontrolę podczas blendowania pozostałych kolorów, które następnie będę nakładać na powieki.

Kolejnym etapem było zrobienie cieniem Finish Sensual zarysu kształtu jaki chce nadać oku. Tutaj bardzo pomocny będzie precyzyjny pędzelek tzw. „pencil brush”. Chcąc nadać oku trochę kociego charakteru pociągnęłam cień od połowy dolnej powieki wychodząc aż za jej krawędzie, a następnie zaznaczyłam obszar trochę powyżej załamania. Nadany kształt  przypomina „<„, myślę, że wiecie o co chodzi :).

Następnie w ruch poszedł najciemniejszy cień z palety – Edible Gem, po to żeby trochę przyciemnić nadany wcześniej kształt.

Poźniej wszystko rozblendowałam moim cichym ulubieńcem z tej paletki czyli kolorkiem Alchemy. Ma on piękny, ciepły odcień, wpadający trochę w pomarańcz, który bardzo kojarzy mi się z kolorem jesiennych liści <3. Tutaj już zmieniamy precyzyjny „pencil brush” na puszysty pędzelek do blendowania.

Pora nadać oku trochę błysku. Żeby osiągnąć zamierzony efekt trzeba było sięgnąć po „ciężką artylerię” czyli metaliczny cień z MakeUp Revolution w odcieniu „Rose Gold”.

Taki foliowy cień najlepiej nakładać palcem, metodą na „wklepkę” czyli po prostu wklepując go w powiekę, a nie rozcierając. Wtedy uzyskamy piękny błysk, który da nam niesamowity efekt i praktycznie „zrobi” cały makijaż.

Ostatnie szlify pracy z cieniami, to roztarcie granic między cieniami matowymi, a cieniem foliowym i ten efekt uzyskałam dzięki użyciu cienia Liquid Center.

W tym makijażu czarna kreska jest elementem niezbędnym, ponieważ będę również przyklejać rzęsy, a bez narysowanej, chociażby cieniutkiej kreski, wygląda to po prostu słabo. W moim odczuciu czarna kreska na oku dodaje przysłowiowej „kropki nad i” oraz pięknie podkreśla to co wczarowałyśmy cieniami.

I choć piszę Wam tutaj o zaletach czarnej kreseczki na powiekach, to jest ona moją niewątpliwą zmorą. To właśnie podczas malowania kreski, ręce trzęsą mi się niemiłosiernie, a ja doznaję chwilowego zatrzymania akcji serca ;). Zdaje sobie sprawę, że moja kreska nie jest jeszcze perfekcyjna, ale przecież nie od razu Rzym zbudowano. Uczę się każdego dnia i zapewniam was, że następnym razem będzie lepiej. Mam taki charakter, że będę tak długo ćwiczyć, aż dojdę do perfekcji, a kreskę będę mogła namalować będąc obudzoną o 3 w nocy, z zamkniętymi oczami :).

Następnie poprawiłam trochę makijaż dolnej powieki, przyciemniłam i rozblendowałam tymi samymi cieniami, których użyłam na górnej powiece.

Przy makijażu oczu bardzo ważne jest też żeby zadbać odpowiednio o brwi. To one są tak naprawdę oprawą oczu i zaniedbane, niepodkreślone brwi strasznie szpecą naszą nawet najpiękniej wymalowaną buzię.

Po brwiach u mnie zawsze przychodzi czas na rzęsy! Te podkreślamy tylko delikatnie tuszem, bo tak jak pisałam wcześniej, będziemy doklejać sztuczne rzęsy.

A rzęsy, których użyłam to nowość na rynku marki Perhaeps.  Wysokiej jakości sztuczne rzęsy otrzymujemy wraz z klejem, który jest bardzo wygodny w użyciu i mocno trzyma rzęski tam gdzie powinien. Jeśli chodzi natomiast o same rzęsy to mam model na pasku – tj. Carmen i rzęsy w kępkach w trzech rozmiarach. Powiem Wam szczerze, że miałam problem z podjęciem decyzji, który model zastosować w przypadku tego makijażu. Ale ostatecznie, razem z modelką, uznałyśmy, że skoro ma to być makijaż na dzień to dużo lepiej sprawdzą się kępki, które nie dają aż tak mocnego, teatralnego efektu. W przypadku kępek ten ostateczny wygląd oczka można stopniować. Carmen sprawdzi się świetnie w makijażach wieczorowych, czy smokey eye.

Technika klejenia takich rzęs jest banalnie prosta. Wystarczy zaopatrzyć się w pensetę i mocne nerwy. Oczywiście przykleić rzęsy komuś jest dużo łatwiejszą sztuką, niż zrobić to sobie, zerkając w lusterko. Dlatego w tym drugim przypadku, dobrze zaopatrzyć się w dobre lusterko, najlepiej stojące, które postawimy na stole; ręce zaś z pęsetą, łokciami opieramy na blacie. Wtedy mamy pewność, że ręka z rzęską, która chcemy przykleić jest stabilna i ma odpowiednie podparcie. To bardzo ułatwia sprawę. Proste rzęsy i te które rosną do dołu podkręcamy zalotką jeszcze przed wytuszowaniem. Moja modelka swoje rzęsy ma naturalnie podkręcone, na jednym oku nawet za bardzo, dlatego zabieg z zalotką okazał się zbędny. Jak widzicie też na załączonym obrazku w zestawie kępek rzęs Perheaps mamy 3 długości: short, medium i long. Ja zazwyczaj longi kleje w samym zewnętrznym kąciku, mediumy na większości oka, a shorty w wewnętrznym kąciku.

Przechodzimy do klejenia. Na jedną dłoń wylewamy sobie trochę kleju, w drugą bierzemy pęsetę i delikatnie wyciągamy kępkę z opakowania. Trzeba robić to naprawdę bardzo ostrożnie, tak żeby nie zdeformować kształtu rzęski. Kępką następnie staramy się trafić w obszar tuż nad lub pomiędzy rzęsami. Pamiętajcie kępki kleimy do powieki, a nie do naszych naturalnych rzęs. Następnie dociskamy delikatnie palcami tak żeby nie odstawały od naszych naturalnych rzęs. Klejąc kępki pozostawiam zazwyczaj przerwę pomiędzy jedną a drugą, którą wypełniam następną kępką dopiero po zrobieniu obydwu oczu, kiedy klej już na pierwszych dwóch wysechł.

Takie kępki pięknie powiększają oko, dodają naszemu makijażowi ostatniego szlifu. Ale nie zapomnijcie też o zachowaniu równowagi, czyli wytuszowaniu dolnych rzęs. Inaczej efekt będzie groteskowy!

I tak prezentuje się gotowy makijaż! Dajcie znać czy Wam się podoba i czy próbowałyście kiedyś przykleić sobie sztuczne rzęsy. W razie jakichkolwiek pytań czy wątpliwości, śmiało piszcie! Obiecuję, że odpowiem na każde pytanie! 🙂 <3

Życzę Wam pięknych, jesiennych makijaży i mówię do następnego!

„Przed i po” – Jak to niewiele trzeba żeby podkreślić tak piękną buzię! <3

Modelka: Joanna Ren

Zdjęcia: Dorota Siemianów

Rzęsy – Perhaeps (kupicie je TUTAJ)

 

Continue Reading