Try Me! Why not?

Należę do osób, które z ogromną przyjemnością, jak tylko mam okazję – testuje różne nowinki. Dotyczy to oczywiście nie tylko kosmetyków, ale to właśnie do nich mam największą słabość. Dlatego, bardzo ucieszyła mnie możliwość przetestowania nowego pudełeczka – „Try Me Box”, które tak notabene jest pudełeczkiem z testerami, czy jak kto woli z próbkami. Odbierając paczuszkę od kuriera, tak naprawdę nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać w środku… Jeśli podobnie jak ja, jesteście ciekawi, jakie produkty otrzymałam do przetestowania – czytajcie dalej!

Na początku warto podkreślić, że ten, kto wpadł na ten świetny pomysł, miał głowę na karku. Bo przecież ile razy zdażyło się Wam, że po przeczytaniu pochlebnych opinii w internecie lub gazecie, biegliście do sklepu w celu zakupu pełnowymiarowego produktu, który summa summarum Was rozczarował? Mi osobiście – mnóstwo! Było tak między innymi w przypadku zachwalanych przez wszystkich kosmetyków koreańskich… Przykład? TUTAJ 🙂 Pudełko „Try Me” zawiera głównie próbki i testery kosmetyczne plus jeden pełnowymiarowy produkt za jedyne 19 zł. Przejdźmy zatem do zawartości:

Krem do rąk marki Herbolive!

 

Ten krem miałam okazję już wypróbować i jestem bardzo pozytywnie zaskoczona. Nie wyglądał zachęcająco… Ja osobiście lubię ładne, pastelowe, bądź jasne opakowania, a w tym przypadku Firma Herbolive zaproponowała opakowanie mało zachęcające do kupna (na półce w sklepie pewnie nie przyciągnęłoby mojego wzroku). Jak to się jednak kolokwialnie mówi – „nie należy oceniać książki po okładce”, a w tym przypadku – zawartości po opakowaniu. Zatem dałam mu szanse i go przetestowałam… I co się okazało – krem ma konsystencje, jakiej długo szukałam. Wchłania się błyskawicznie, nie zostawia tłustego filtra i uczucia „spoconych rąk”. I nawet moje „styrane siłownią dłonie” 🙂 po użyciu tego specyfiku są aksamitnie gładkie. Jedyny minus, którego nie mogę pominąć  – to mało przyjemny zapach (przypomina męski płyn po goleniu). Ale dla efektu, jaki daje, jestem w stanie to jakoś przeżyć :). Jak zapewnia producent – nie zawiera parabenów, parafiny ani wazeliny a jego skład oparty jest na naturalnych składnikach z roślin i ziół Krety. Regularna cena za 150ml to 18,99 zł.

Make Me Bio – nawilżający krem do skóry suchej i wrażliwej (próbki)

W pudełeczku znajdziemy również dwie próbki kremu Make Me Bio: nawilżający do skóry suchej i wrażliwej „Garden Roses” oraz nawilżający dla skóry normalnej i wrażliwej „Orange Energy”. Ten pierwszy już przetestowałam (och ta moja  słabość do różu ;-)) i powiem Wam, że nie powalił mnie na kolana. Plus – za ładny zapach. Regularna cena za 60ml produktu to 49 zł.

Biotherm – krem do twarzy Aquasource, Synchroline – krem do twarzy Lipoacid Intensive i Ultra (próbki)

Kolejne próbki z pudełeczka i kolejne kosmetyki do wypróbowania: ten pierwszy już testowałam i jestem nim absolutnie zachwycona. Świetna, treściwa konsystencja, szybkie wchłanianie i zapach, który bardzo mi odpowiada. Najważniejszy jest jednak efekt, jaki pozostawia na skórze. Po jego użyciu buzia jest promienna i nawilżona. Najpierw wypróbowałam, a później doczytałam, że efekt ten został osiągnięty dzięki zawartości 5000 litrów wody termalnej (którą skoncentrowano w słoiczku Aquasource). Faktycznie wyczuwa się przenikanie tych nawilżających substancji przez skórę, a uczucie nawilżenia utrzymuje się przez długi czas. Zastanawiacie się pewnie , czy znalazłam jakiś minus?Jedyny, jaki zauważyłam, to ten, że próbka za szybko się kończy, a cena pełnowymiarowego opakowania jest dość wysoka – 129 zł. 🙁

Próbek z firmy Synchroline jeszcze nie stosowałam, ale warto tutaj zaznaczyć, że jest to ten produkt z pudełka, który możecie, ale nie musicie otrzymać. Pośród produktów wymiennych (otrzymujemy 2 z 6) w tym boxie znalazły się jeszcze: olejek do masażu z arniką od Weledy, krem do wrażliwej skóry rąk – również Weledy i 2 inne kremy od Synchroline.

Szampony Milva i balsam-krem do ciała z olejem arganowym L’Erbolario (próbki).

I to są te produkty, które okazały się totalnymi „niewypałami”. Szampony Milva ewidentnie nie polubiły się z moimi włosami, a sklejona skorupa, która powstała już podczas mycia była naprawdę niemożliwa do rozczesania gdybym nie zastosowała odpowiednich produktów. Także tym szamponom mówię stanowcze NIE. Podobnie sprawa ma się w przypadku balsamu-kremu do ciała L’Erbolario. Balsam niestety ciężko się wchłania, zapach z kolei nie powala… powala natomiast cena za pełnowymiarowy produkt, która wynosi aż 148 zł. Ja wyznaje zasadę, że skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać i zapewniam Was, że dużo lepiej działające balsamy znajdziecie w drogeriach za max. 20 zł.

Żel do mycia twarzy – Kueshi

I to jest dla mnie absolutny hit tego pudełka. Nie dość, że  za jedyne 19 zł otrzymamy pełnowymiarowy produkt, który w regularnej sprzedaży kosztuje 44 zł, to jak dla mnie – jest to produkt rewelacyjny. Aloes i rumianek, które znajdziemy w składzie, działają na skórę kojąco. Dodatkowy plus za konsystencje żelu, która po nałożeniu na twarz zmienia się w lekką piankę. Świetnie pachnie, usuwa nadmiar sebum i zanieczyszczeń, jednocześnie nawilża i stabilizuje pH skóry. Ja mam buzię bardzo wymagającą, a ten produkt od pierwszego użycia polubił się z moją cerą. Na ten moment – odstawiłam wszystkie inne produkty do wieczornej toalety twarzy i przyznam Wam szczerze, że nie ma wieczoru, żebym nie sięgnęła po żel od Kueshi. Jak już się skończy – na pewno zakupię kolejne opakowanie. Gorąco polecam!

I to już wszystkie produkty, jakie miałam okazje przetestować dzięki Inspired By. Podsumowując – według mnie taki box/pudełeczko – tester to świetna sprawa. Bez zbędnego wydatku mogłam osobiście przetestować, co mi służy i co powinnam zakupić, a jakie produkty powinnam omijać szerokim łukiem :-). Dzięki temu nie będę wyrzucać pieniędzy w błoto na produkty, które i tak nie będę używać… A Wy, co myślicie o takich box’ach? Wolicie najpierw przetestować, czy wolicie ryzykować zakup, który może okazać się niewypałem? Czekam na Wasze komentarze i do następnego.

 

Continue Reading

Kosmetyczni Ulubieńcy Lipca!

Mamy już sierpień, a to oznacza, że czas podsumować miniony miesiąc. O ile na książkowych ulubieńców będziecie musieli jeszcze trochę poczekać (kończę właśnie 800-stronnicową książkę, która jest jedną z lepszych książek jakie ostatnio czytałam i na pewno znajdzie się w tym zestawieniu:-)), o tyle ulubieńców kosmetycznych mogę Wam wymienić bez probemu. W końcu to ja sama wiem jakich kosmetyków używałam w lipcu najczęściej i które  rzeczy z mojej kosmetyczki okazały się niezawodne.

W poście tym znajdą się aż 3 nowości! Rzadko to się zdarza, że jakiś produkt od razu, po pierwszym użyciu, trafia na listę ulubieńców, ale wierzcie mi, te 3 kosmetyki są warte każdej złotówki i  zasłużyły na każdą pochwałę, jaką kiedykolwiek na ich temat słyszeliście. Jest też jedna rzecz, której do tej pory nie doceniałam, a jak się okazuje, jest niezbędna przy zrobieniu ładnego makijażu oka. Jesteście ciekawi…?

No to zapraszam do lektury! 🙂

Kiehl’s Ultra Facial Cream!

Zaczniemy od kremu, o którym słyszałam wiele dobrego, sama jednak wcześniej nie miałam okazji go wypróbować.  Jeśli czytacie mojego bloga już jakiś czas to wiecie, że po zawodzie, jakiego doznałam kupując krem Mizon z wyciągiem ze śluzu ślimaka (który narobił mi więcej szkód niż pożytku), do takich rewelacyjnych rzekomo produktów podchodzę bardzo ostrożnie. Biorąc pod uwagę jego niemałą cenę (około 110 zł), wyjątkowo! zachowałam zdrowy rozsądek i czekałam grzecznie, aż będę mogła go przetestować na własnej skórze. Taka okazja nadażyła się pod koniec czerwca, kiedy w końcu dotarłam do sklepu stacjonarnego Kiehl’sa w galerii Posnania w Poznaniu. Powąchałam, pooglądałam, posmarowałam kawałek szyi i ruszyłam na dalsze zakupy. Produkt okazał się jednak tym czego szukałam i nie minęło pół godziny, jak wróciłam do uśmiechniętej Pani ekspedientki, po pełnowymiarowe opakwanie :). Kremu używam codziennie rano i prawie codziennie wieczorem. Jest to idealny produkt pod makijaż. Szybko się wchłania i ma lekką, bardzo fajną konsystencję, która idealnie dogaduję się z drugim ulubieńcem, o którym przeczytacie niżej. Dodam jeszcze nieskromnie, że ostatnio dostaje coraz więcej komplemetnów odnośnie makijażu i wyglądu mojej cery! Chcecie poznać przepis na promienną twarz? Potrzebne są tylko dwa kosmetyki, żeby taki efekt osiągnąć. Podstawa to dobre nawilżenie – czyli krem Ultra Facial i genialny podkład – Double Wear Estee Lauder, które jak dla mnie tworzą duet idealny! Czas więc przejść do drugiej połowy tego duetu!

 

Estee Lauder Double Wear!

Jest to podkład idealny! Serio! I żałuję, że tak późno się na niego zdeycowałam (pewnie trochę odstraszała mnie cena – 175 zł w Sephorze; dzięki Bogu za sklepy online, w których można go kupić za 140 zł;)). Wg producenta, jest to produkt, który powinien trzymać się na naszej buzi przez 15 godzin. I wiecie co? On się naprawdę tyle trzyma! Nawet po treningu na siłowni… Tak wiem, pewnie się teraz zastanawiacie, jaki oszołom chodzi na siłownie w make-upie… (odpowiedzi nie trzeba daleko szukać- Ja! :)) – mój wygląd pozostawał bez zarzutu i bez jakichkolwiek poprawek mogłabym spokojnie ruszyć na imprezę. Ja wybrałam 1W2 Sand, który idealnie pasuje do mojej karnacji.  W internecie znalazłam opinie i negatywne komentarze, że tłusta cera się po nim świeci… No dziewczyny litości, która tłusta buzia, bez przypudrowania, się nie świeci? Chyba wszystkie posiadaczki takiego typu cery są świadome tego, że niezeleżnie, jak cudowny byłby to podkład, trzeba go przypudrować i nie rozumiem, jak można oczekiwać od podkładu zadań, które przeznaczone są dla pudrów. Z zalet muszę wymienić mocne krycie, dość dużą gamę kolorów (dzięki czemu podkład można dobrać prawie idealnie) oraz trwałość. Jest to dość „ciężki” produkt, dlatego bardzo ważne jest dobre nawilżenie buzi przed aplikacją. Inaczej skóra może wyglądać dużo gorzej niż przed nałożeniem podkładu. Jak temu zapobiec? To już przecież wiecie! A jeśli nie – to odsyłam do pierwszego ulubieńca :).

 

Evree – Peeling cukrowy do ust i balsam do ust!

Kolejne dwa produkty to też „duet idealny”, ale zdecydownie z niższej półki cenowej. Bardzo podręczny zestaw, z którego korzystam jak tylko czuję, że moje usta wymagają regeneracji (co przy używaniu matowych pomadek zdarza się dość często). Najpierw nakładam peeling cukrowy, którym delikatnie masuje usta, po czym ścieram nadmiar produktu chusteczką. Na tak przygotowane usta nakładam balsam, który zostawiam przeważnie na noc. Po takim zabiegu, rano, moje usta są gotowe na przyjęcie nowej dawki, nawet bardzo ciężkich i wysuszających kosmetyków.

 

Zoeva – pencil brush nr 230!

I ostatni ulubieniec – nie jest to może stricte kosmetyk, ale z kosmetykami ma dużo wspólnego! Pędzel od Zoevy, tak zwany pencil brush, którego do tej pory nie doceniałam… a to właśnie nim, podczas nakładania cieni, można nadać oku ładny kształt. Od kiedy go używam moje makijaże są zdeydownie ładniejsze, bardziej precyzyjne (polecam ten pędzel każdemu, nawet jeśli jest na początku swojej drogi makijażowej…). Pamiętajcie – dobre pędzle to podstawa, bez nich, mając nawet najlepsze cienie, nie będziemy w stanie „zrobić” ładnego oka :).

I to już wszyscy dzisiejsi ulubieńcy!

Ja kocham te kosmetyki i wiem, że jak tylko dacie im szanse, to Wy również je polubicie.

A może już stosujecie któryś z wymienionych przez mnie, w dzisiejszym wpisie, ulubieńców? Starsznie jestem ciekawa co myślicie o tych produktach. Koniecznie dajcie znać w komentarzach!

Buziaki i do następnego!

Continue Reading

Beauty & Food- kuchenne inspiracje!

Dzisiaj zapraszam Was na pierwszy post z nowej serii, która zagości na blogu. Tak jak mówiłam na Insta Story postanowiłam, że raz na jakiś czas, prawdopodobnie raz w miesiącu, ale zobaczymy jak to wyjdzie w praniu :), będę tutaj dodawać kilka przepisów z jednej, wybranej książki, którą już kiedyś Wam polecałam. Tak żebyście mogli wypróbować sobie te przepisy i zdecydować o ewentualnym kupnie danej książki. Będą to sprawdzone na własnej skórze, a raczej własnym żołądku dania, godne polecenia i wypróbowania! Tyle tytułem wstępu! 😉 To co, zaczynamy?!

Na pierwszy ogień idzie książka „Beauty&Food” Emilie Hebert wydawnictwa Muza. Jest to nie tylko książka z przepisami, ale też z poradami dotyczącymi urody, czyli tym co my kobiety lubimy najbardziej. 🙂 Znajdziecie w niej między innymi przepisy na domowe kosmetyki, oraz porady co jeść żeby na przykład pozbyć się zmarszczek? :O Zdradzę tylko, że orzechy włoskie i pekan są bardzo wskazane. 😉

Ja zdecydowałam się przygotować antystresową granolę, która jest bogata w węglowodany, a płatki owsiane które w niej znajdziecie wzmagają produkcję serotoniny, tak zwanego hormonu szczęścia, pełniącego funkcję naturalnego antydepresantu. Dodatkowo suszone owoce są bogate w witaminę C, a orzechy dostarczają wartościowych tłuszczów, które napędzają nasze ciało i dostarczają mu niezbędnej energii na cały dzień!

Co będzie potrzebne do wykonania naszej „Antystresowej Granoli”?

  • 300 g płatków owsianych
  • 75 g orzechów laskowych
  • 75 g migdałów
  • 50 g suszonych, miękkich moreli
  • 10 g jagód goji
  • 40 g nasion chia
  • 80 ml soku jabłkowego
  • 50 g syropu klonowego lub z agawy
  • 1/2 łyżeczki soli

Przepis jest banalny i bardzo szybki, a zrobiona tak granola starczy na wiele śniadań 😉

  1. Rozgrzej piekarnik do 170°C.
  2. Na czystą ściereczkę wsyp migdały i orzechy laskowe, zawiń je i roztłucz wałkiem niezbyt drobno.
  3. Zmieszaj wszystkie składniki w foremce (oprócz jagód goji) i wstaw do piekarnika na 45 minut, aż się zezłocą. Jeśli lubicie duże, chrupiące kawałki, warto od czasu do czasu wszystko wymieszać.
  4. Wyjmij z piekarnika i wystudź, a następnie dodaj jagody goji. Przechowuj granolę w szczelnym słoiku.

Kolejny przepis idealnie sprawdzi się w upalne dni. A truskawkowe smoothie  zapewni nam pełną blasku cerę. Nie wiem czy wiecie, ale truskawki chronią przed wieloma chorobami degeneracyjnymi i stanami zapalnymi skóry, także pomogą też osobom borykającym się z trądzikiem.

Składniki na 2 duże szklanki:

  • 200 g świeżych truskawek
  • 2 odpestkowane daktyle Medjool
  • 50 g orzechów nerkowca (najlepiej namoczonych przez 4 godziny i osuszonych)
  • szklanka wody mineralnej
  1. Umyj i odszypułkuj truskawki. Włóż wszystkie składniki do blendera, a następnie miksuj kilka minut, do uzyskania gładkiego smoothie.

Daktyle są niezwykle odżywcze i zawierają więcej błonnika niż chleb razowy oraz więcej potasu niż banany. Wspomagają też trawienie, także warto je włączyć do listy składników, nawet jeśli przygotowujecie inny wariant smoothie. 🙂

Trzeci przepis to coś dla łasuchów i wielbicieli słodyczy. Clafoutis bez pudła zapewni nam skórę pełną blasku i dobry koloryt. W tej wersji clafoutis nie ma cukru, glutenu, ani laktozy. Jest idealną alternatywą chociażby dla zwykłej szarlotki. Można też dorzucić tak jak ja, gałkę lodów, ale wtedy nie będzie to już tak zdrowe! 😉

Składniki na 6 porcji:

  • 3 duże nektarynki (lub inne sezonowe owoce)
  • 4 duże łyżki kaszki ryżowej lub innej bezglutenowej (na przykład ararutowej)
  • 250 ml mleka migdałowego
  • 250 ml mleka ryżowego
  • 4 łyżki syropu z agawy

Wykonanie:

  1. Rozgrzej piekarnik do 180°C.
  2. Wymieszaj widelcem kaszkę z syropem z agawy i oboma rodzajami mleka roślinnego.
  3. W naczyniu do zapiekania ułóż nektarynki  pokrojone w ósemki i zalej je kaszką.

Wstaw potrawę do piekarnika na 45 minut. Odstaw do ostygnięcia, a następnie włóż do lodówki. Podawaj na zimno.

I na koniec danie, które świetnie sprawdzi się, jeśli będziemy mieć ochotę na zdrową kolację. Jest to cukiniowe spaghetti z jarmużowym pesto.

Składniki na 4 porcje:

  • 4 małe zielone cukinie
  • 4 małe żółte cukinie

Na pesto:

  • 1 pęczek jarmużu (około 10 liści)
  • 3 dojrzałe awokado
  • 1/2 cebuli
  • sok z limonki
  • garść siekanej, świeżej kolendry (ja ten składnik pominęłam)
  • 1 łyżka  pasty tahini
  • szczypta soli morskiej

Wykonanie:

  1. Umyj cukinie. Obieraczką do warzyw pokrój cukinie w cienkie paski.
  2. Zrób pesto: umyj jarmuż. Z każdego liścia usuń aż do góry łodygę, czyli twardą część. W gotującej się wodzie parz przez minutę liście, a następnie je osącz i przepłucz zimną wodą, by jarmuż zachował kolor i witaminy.
  3. Obierz i posiekaj cebulę. Obierz awokado i włóż je do miski robota. Dorzuć cebulę, kolendrę, sok z limonki i tahini. Miksuj kilka sekund. Dodaj zblanszowany jarmuż, sól i znów miksuj kilka sekund. Dolej troszkę wody, by rozrzedzić sos.

Podawaj spaghetti cukiniowe z jarmużowym pesto.

Wszystkie 4 przepisy, jak już pewnie zauważyliście, są bardzo proste, także każdy na pewno, nawet jeśli nie jest kolejnym Masterchefem, ba nawet Masterchefem Juniorem sobie poradzi. Spróbujcie zrobić je w domu, a jeśli Wam zasmakują przedstawione tutaj dania, to zaręczam, że i reszta przepisów z książki „Beauty&Food” przypadnie Wam do gustu. 🙂

Continue Reading

Kosmetyczni ulubieńcy czerwca 2017!

Hej Kochani! Ponieważ mamy „upalny” lipiec, hahaha, taki żarcik – na dobry początek, czas więc na gorące podsumowanie! 😀 Dzisiaj „na tapetę” postanowiłam wziąć  kosmetycznych ulubieńców. Niektóre z prezentowanych w dzisiejszym poście kosmetyków używałam już wcześniej i powróciłam do nich po przerwie w stosowaniu, inne –  to całkowite „świeżynki”. Jest nawet kosmetyk, który na moją toaletkę trafił przez zupełny przypadek, a teraz – nie wyobrażam sobie, bez niego, mojego codziennego makijażu! Gotowi? No to zaczynamy!

Błyszczyk Clarins!

Na początek chciałabym Wam zaprezentować błyszczyk do ust, z którym polubiłam się od pierwszego użycia. Zazwyczaj, wśród moich ulubieńców, mogłyście znaleźć albo matowe pomadki, albo kredki również o matowym wykończeniu. Błyszczyk firmy Clarins jest nowością w mojej kosmetyczce, ale  tak się złożyło, że na lato nabrałam ochoty na błysk. Błysk na policzkach, na skórze no i oczywiście na ustach! A co daje piękniejszy efekt niż błyszczyk w pięknym karmelowym odcieniu? (jeśli macie inne pomysły, to koniecznie dajcie znać w komentarzach).  Błyszczyk Clarins’a jest wprost wymarzonym produktem na lato – nie dość, że ma piękny karmelowy zapach, to jeszcze nie powoduje dyskomfortu podczas noszenia. Gdyby nie zapach, który jest przepiękny, praktycznie możnaby zapomnieć, że został zaaplikowany. Na pewno, docenią go wszystkie fanki słodyczy ;-).  Ja wybrałam Nr 06 – odcień, który lekko wpada w ciepły brąz, a więc pięknie podkreśli delikatną opaleniznę. Zdradzę Wam jeszcze jeden powód, dla którego warto go kupić i przetestować na własnej skórze – w Douglasie, obecnie, znajdziecie go w promocji! Nie wiem do kiedy promocja trwa także Hurry Up! 🙂

Dermablend 3D Correction- Vichy!

Podkład 3D Correction jest właśnie tym produktem, który pojawił się u mnie przez totalny przypadek (bo sama nigdy bym go nie kupiła). Początkowo byłam do niego sceptycznie nastawiona, a ciężka (naprawdę ciężka!) konsystencja budziła moje głębokie obawy co do naturalnego wyglądu, który przecież każda z nas, po nałożeniu produktu, chce osiągnąć. Jak się okazało, moje obawy okazały się zupełnie niepotrzebnie. Ten „ciężki kaliber” marki VICHY, czyli podkład wyrównujący powierzchnię skóry, potrzebował po prostu odpowiedniego „kompana”, czyli gąbeczki Beauty Bledner. Wilgotna gąbeczka pomaga na odpowiednie, wg naszego uznania, stopniowanie krycia, a podkład dopiero wtedy ukazuje swoje świetne właściwości – maskuje wszystkie niedoskonałości. Dodam może jeszcze, że producent zaleca ten produkt do skóry tłustej, skłonnej do trądziku, czyli dokładnie takiej jaką sama posiadam! Co do trwałości, to niestety nie mam żadnego zarzutu. Dziewczyny, które tak jak ja, posiadają jakiekolwiek blizny potrądzikowe, powinny spróbować tego kosmetyku. Myślę, że będziecie zachwycone, a Wasze niedoskonałości znikną pod warstwą tego cuda jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki! 🙂 Do kupienia w aptece!

Korektor Full Cover – Make Up For Ever!

Jak już załatwiliśmy sprawę podkładu, to czas na kolejny ciężki, ale idealny do zadań specjalnych produkt. Jest to korektor, do którego powróciłam po rocznej przerwie (niestety nie udało mi się znaleźć tańszego i równie dobrego odpowiednika). Full Cover, jako jedyny korektor (z tych, które do tej pory stosowałam ;)) w pełni radzi sobie z moimi cieniami pod oczami (to niestety uroki wczesnego wstawania). Idealnie sprawdzi się też w przypadku blizn, czy niespodzianek, które od czasu do czasu pojawiają się chyba u każdej z nas. Abyście sobie jeszcze bardziej zwizualizowały moc krycia tego produktu – dodam, że korektor ten z powodzeniem zakryje również tatuaż. Jedna rzecz, o której musicie pamiętać – przed nałożeniem korektora, szczególnie pod oczy, należy zadbać o odpowiednie nawilżanie odpowiednim kremem. Na koniec, dodam jeszcze, że jest to produkt wodoodporny, także żadna ulewa, czy wysiłek fizyczny nam nie groźny. 😉 Mój kolor to czwóreczka (04), do kupienia w Sephorze.

Maskara Better than sex- Too Faced!

Kolejny ulubieniec, choć jest jedynie próbką, to już skradł moje serce i na pewno wkrótce zaopatrzę się w pełnowymiarowy produkt. Maskara od Too Faced cudownie upiększa rzęsy, sprawia, że po jego użyciu stają się długie, pogrubione i idealnie rozczesane. Będąc cały dzień w biegu, nie muszę się martwić, że coś mi się rozmaże, albo odciśnie na powiekach. Dodatkowo, próbka tego tuszu, idealnie sprawdzi się w podróży, gdzie każdy centymetr w walizce czy kosmetyczce jest na wagę złota :).

Rajstopy w sprayu – Lirene!

Ostatni produkt, który chce Wam polecić i który warto wypróbować, szczególnie latem, to rajstopy w sprayu Firmy Lirene. Dla mnie, zagorzałej fanki pięknej, opalonej skóry, ale z drugiej strony – przeciwniczki opalania, takie rajstopy są zbawieniem w okresie letnim. Dzięki nim nie wyglądam, jak córka młynarza, a jak osoba, która wróciła z egzotycznych wakacji :). Świetnie sprawdzą się też w przypadku sesji zdjęciowych: nogi po takim naspreyowaniu pięknie wyglądają, mają wyrównany koloryt i zapewniają efekt opalonej skóry. Dziwią mnie negatywne opinie w internecie jakoby produkt nie wywiązywał się ze swoich obietnic i wszystko brudził. Jest to absolutną nieprawdą – gdyby tak było, na pewno nie kupiłabym kolejnego opakowania. Oczywiście, można też kupić dwa razy droższy produkt od Sally Hansen, który ma zdecydowanie przyjemniejszą konsystencję i jest dużo łatwiejszy w nakładaniu  (też kiedyś stosowałam), ale skoro ten sprawdza się równie dobrze, to po co przepłacać. Wg mnie, przy odpowiednim roztarciu, można osiągnąć bardzo satysfakcjonujący efekt.

I to już wszyscy moi czerwcowi ulubieńcy!

Jestem ciekawa Waszych perełek, także koniecznie dajcie znać w komentarzach! 🙂 Chętnie podpatrzę i wypróbuję na własnej skórze! Uwielbiam testować nowe kosmetyki! <3

 

Continue Reading

Kosmetyczni Ulubieńcy Maja 2017!

Hej wszystkim! Tym razem szczególnie ciepło witam na blogu panie, bo jestem świadoma, że mężczyznom ten post raczej słabo przypadnie do gustu. Chociaż, kto wie… ?!w Korei ponoć, płeć brzydsza równie mocno interesuję się nowinkami kosmetycznymi co kobiety! Dlatego nikogo nie dyskryminując witam raz jeszcze wszystkich zainteresowanych tematyką „beauty”. Jedno jest pewne! Mamy już prawie połowę czerwca, a tutaj nie pojawili się jeszcze ulubieńcy maja! :O Trochę jestem w szoku, tym bardziej,  że w minionym miesiącu trochę tych produktów, co skradły moje serce, było. Zatem aby więcej nie igrać z czasem, który leci jak szalony zapraszam na wpis! Jeśli jesteście ciekawi moich kosmetycznych hitów maja- czytajcie dalej!

L’Oreal- Brown Artist Genius Kit

Na początek „przedstawiam” Wam produkt, który od jakiegoś czasu jest punktem „must do” mojego porannego rytuału makijażowego. Niestety nie wiem, jaki jest dokładny numer, czy też kolor mojego zestawu do brwi, a to dlatego, że po naklejce z tą informacją zostało tylko puste pole. Jedno jest pewne, kolor idealnie pasuje blondynkom. Nie jest ani za ciemny, ani za jasny- po prostu idealny. Dodam jeszcze, że wcześniej moja rutyna związana z brwiami zaczynała i kończyła się na pomalowaniu ich cieniem. Tutaj w zestawie mamy 2 produkty i 3 kroki do wykonania. Najpierw za pomocą skośnego pędzelka (który też dołączony jest do zestawu) przeciągamy brwi woskiem (to ten po lewej stronie) w celu przygładzenia wszystkich niesfornych włosków. Następnie przy pomocy tego samego pędzelka używając cienia (po prawej) rysujemy kształt jaki chcemy nadać naszym łukom brwiowym, po czym wypełniamy środek. No i na końcu pozostaje nam jeszcze przejechać, pięknie już wyglądające brwi, szczoteczką, którą również znajdziemy w tym secie. Czego więcej trzeba? Mi osobiście absolutnie niczego, dlatego Brown Artist Genius Kit stał się moim długofalowym ulubieńcem. Cena? Moim zdaniem bardzo w porządku, bo za taki pełnowymiarowy zestaw na ezebra.pl zapłacimy niecałe 30 zł. Żebyście nie musieli szukać–> TUTAJ podsyłam link do sklepu! 🙂

Rozświetlacz Dr Irena Eris- Sun Shimmer

Kolejny produkt z kategorii „beauty” o którym muszę wspomnieć to rozświetlacz od Pani Irki, a właściwie Dr Ireny Eris. Rozświetlacz nie tylko pięknie prezentuję się na toaletce, ale nadaje naszej cerze cudownie rozświetlony wygląd. Wydaje mi się, że bosko będzie wyglądał na muśniętej słońcem buzi podkreślając naszą opaleniznę. Efekt rozświetlenia nie jest tak mocny, jak na przykład w przypadku Mary Lou Manizer z firmy The Balm. Dlatego osoby, które w makijażu stosują zasadę make-up – nomake-up pokochają ten produkt. Ja kocham go też za obłędny zapach. Pierwszy raz spotkałam się z produktem rozświetlającym, który również pachnie! Rozświetlacz jest obecnie w promocji w Douglasie i można go kupić z 30%rabatem płacąc tylko 45 zł –> KLIK!

Peeling- Skin79

Kolejną rzeczą, z którą bardzo się polubiłam w maju jest peeling w żelu koreańskiej fitmy Skin 79, ale spokojnie można go też kupić na polskich stronach (na końcu opisu podeślę Wam link ;)) Jest to bardzo delikatny produkt, nie powodujący podrażnień, przynajmniej z mojego punktu widzenia, a warto tutaj dodać, że moja skóra jest bardzo wybredna i jak tylko coś jej nie pasuję to złości się niemiłosiernie, dając upust tej złości w postaci wyprysków, które niczym grzyby po deszczu zaczynają wychodzić na mojej buzi. Tutaj- nic takiego nie nastąpiło. Buzia po peelingu staję się gładka i promienna. Mimo delikatnego działania, peeling „robi robotę” czyli ściera martwy naskórek, przygotowując cerę do nałożenia innych produktów. Peeling znajdziecie zarówno w sklepach internetowych typu ekobieca.pl jak i Rossmannie, a regularna cena to około 49 zł. Ja, specjalnie dla Was przeszukałam pół internetu i znalazłam peeling w promocyjnej cenie –> KLIK 🙂

Max Factor- Lipfinity Lip Colour

Ostatni już produkt, który namiętnie eksploatowałam w maju to podwójna pomadka do ust z firmy Max Factor. Jest to produkt idealny dla wszystkich fanek trwałych pomadek. Trzyma się cały dzień, a do tego nie wysusza ust. Wszytko dzięki wazelinie dołączonej do pomadki(to ta druga tubka). Niech Was nie odstraszy to, że po nałożeniu warstwy koloru usta się kleją, na taką lepką bazę, nakładamy odrobinę wazeliny, którą znajdziecie w czarnym opakowaniu. Matowy efekt pojawia się dopiero po jakimś czasie, gdy wazelina nam się zetrze. Jest to produkt z którym naprawdę się polubiłam, a kolor 160, który posiadam jest tak naturalny, że pasuje niemal do wszystkiego.

No i na koniec, mam jeszcze jedną perełkę o której nie sposób nie wspomnieć w przypadku beauty ulubieńców. Mowa o wyszukiwarce salonów kosmetycznych Mójsalon.eu . Jest to świetne narzędzie, moim zdaniem niezbędne nam kobietom w tych zabieganych czasach. Kliknij –> TUTAJ a sama zobaczysz ile możliwości daje strona. Znajdziecie tu informacje na temat usług i cen salonów kosmetycznych bądź fryzjerskich z Waszego miasta, ale nie tylko. Wielkim plusem portalu są również opinie klientów, z którymi warto się zapoznać, jeśli chcemy trafić do fajnego, profesjonalnego miejsca. I to wszystko w jednym miejscu!!! Polecam!

A Wy, jakie produkty z kategorii beauty polubiliście w maju? Jak zwykle czekam na Wasze komentarze! Koniecznie dajcie znać czy stosowałyście, któryś z polecanych przeze mnie produktów. A może znacie portal Mójsalon.eu? Buziaki i do następnego!

Continue Reading