Kosmetyki naturalne, które biorę w podróż!

 Kilka ostatnich dni w moim kalendarzu wypełniały obowiązki związane z upragnionym wyjazdem do Portugalii. Prawda jest też taka, że połowę tego czasu mogłam zaoszczędzić… Jestem podróżniczką z zamiłowania, taką przez duże „Pe”, ale kompletnie nie radzę sobie z ostatnim etapem organizacyjnym, jakim jest pakowanie walizki. Dzień pierwszy – wlokę torbę podróżną na środek pokoju i na tym koniec prac. Dzień drugi – przerzucam ubrania z miejsca na miejsce układając w głowie przykładowe stylizacje, ale nie jestem zadowolona z efektów. Dzień trzeci – kapitulacja. Postanawiam jechać na zakupy z zamysłem, że ubrania na tą wycieczkę muszę skompletować od nowa. Chwila namysłu i wracam do szafy… w końcu kilka sztuk ląduje w walizce. Dzień przed odlotem wena nadchodzi i odpowiednie outfity układają się wygodnie na dnie mojej torby.
Całe szczęście, że z kompletowaniem kosmetyczki poszło mi o wiele łatwiej!

Jako pierwsze wylądowały w niej produkty do pielęgnacji twarzy. Codziennego rytuału oczyszczania nie pomijam nawet podczas podróży. Zmęczona cera po zarwanej nocy i kilku godzinach lotu jest odwodniona i przesuszona. Moja najlepiej regeneruje się przy pomocy olejków. Ten z firmy Sattva (KLIK) z formułą ajurwedyjską na bazie kwiatu lotosu przyjemnie pachnie, dobrze się wchłania, ale też doskonale uelastycznia skórę. Dodatkowo eliminuje delikatne zmarszczki oraz brązowe plamki.

Pewnie zastanawiacie się, a co niektóre z Was już googlują czym tak naprawdę jest formuła ajurwedyjska? Ta tradycyjna nauka o zdrowiu wywodzi się z moich ukochanych Indii. Mądrość nauki była przekazywana słownie, aż do dnia, w którym 5000 lat temu została w końcu spisana. Ajurwedępostrzega się jako kolebkę medycyny, a wiele jej idei i sposobów kuracji przejęła bardziej nam znana medycyna alternatywna. Jak to w indyjskich wierzeniach bywa, wszystko opiera się na równowadze, którą można osiągnąć tylko działając zgodnie z prawami natury. Nie ma już zatem wątpliwości dlaczego ten produkt bierze udział w Festiwalu Kosmetyków Naturalnych w drogeriach Hebe.

Podczas wyjazdów staram się zabierać ze sobą takie produkty pielęgnacyjne, które są wielofunkcyjne. Peeling kawowy firmy Nacomi o zapachu gorzkiej czekolady i pomarańczy (KLIK) wpadł do kosmetyczki jako drugi. Spełnia kilka wymogów. Po pierwsze jego zapach pobudza, jak filiżanka kawy, więc poranny prysznic przed dniem pełnym wrażeń w nowym miejscu na ziemi – no same przyznajcie, efekt gwarantowany! Po drugie wspomaga wyszczuplanie i walczy z cellulitem, a z tym intruzem walczy większość z nas… Peelingi jednak przede wszystkim pobudzają krążenie, wygładzają i ujędrniają. Jest to produkt wegański, a teraz możecie go upolować w drogeriach Hebe w obniżonej cenie – 44,99.

Ostatni z pewniaków, który trafił do kosmetyczki, a tym samym do mojej walizki jest żel pod prysznic firmy YOPE z serii Kwiat Lipy (KLIK) . Przyznam wprost, że ta buteleczka posłuży podczas podróży na wiele sposobów. Przede wszystkim nie jestem fanką hotelowych mini kosmetyków do pielęgnacji ciała. Zazwyczaj są wysuszające i nie wiem dlaczego, ale mam nieodparte wrażenie, że szampon i żel pod prysznic to jedno i to samo… dlatego wiem, że będę używać tego żelu pod prysznic także jako mydło do umycia rąk po wyjściu z toalety, czy po przejechaniu dłuższej trasy samochodem.


Seria naturalnych kosmetyków YOPE także jest w tej chwili dostępna w promocyjnych cenach. Wybierając serię Kwiat Lipy mamy okazję choć trochę przyczynić się do akcji wspierania pszczół. Część dochodu bowiem zostanie przekazana na Fundację Łąka, która sieje w miastach… łąki. Ja bardzo lubię takie akcje i chętnie się do nich przyłączam.

Festiwal kosmetyków naturalnych trwa jeszcze przez tydzień. Do 15 listopada macie możliwość zaopatrzyć się w produkty, które nie posiadają żadnych SLES, PEG, PRB, czy SLS. Warto zwracać uwagę na to, jaki skład mają kosmetyki, które nakładamy na nasze twarze i ciało. Świadomość, że to co w środku pochodzi z naturalnych surowców na mnie działa podwójnie – wiem, że nie zaszkodzę sama sobie i przyczynię się choć odrobinę do poratowania naszego środowiska. A tymczasem até mais logo! 

Continue Reading

Kosmetyki do pielęgnacji- nowości w mojej łazience!

Ostatnio tak mocno zacumowałam w srticte makijażowych produktach, że zupełnie do głowy mi nie przyszło aby uzupełnić braki u podstaw… 😉 Na szczęście drogeria Hebe przyszła z pomocą w samą porę i zaopatrzyła mnie w to co najważniejsze. Moja codzienna pielęgnacja pod prysznicem nie należy do bardzo skomplikowanych. Muszę jednak przyznać, że jestem wymagająca i wybredna w kwestii produktów, które mają zagościć w mojej łazience na dłużej.
Wiadomym jest, że po kilku zastosowaniach nie jestem obiektywna, ale śmiało mogę stwierdzić, gdzie pojawiła się chemia i nie mam tu na myśli SLS’ów 😉

Head, shoulders,… czyli zacznijmy od włosów


Jeśli śledzicie mój kanał na IG, pewnie zauważyliście, że od kilku dni jestem posiadaczką miedzianych włosów. Z blondem zawsze mi po drodze, ale raz na jakiś czas mam ochotę na powrót do korzeni, co jednocześnie zaspokaja moją potrzebę nagłej życiowej zmiany. Nawilżający szampon micelarny Charles Worthington do codziennego stosowania, który chroni kolor wydaje się być w tej chwili jednym z trafniejszych wyborów. Jest łagodny, więc można stosować go każdego dnia. Producent zapewnia, że wolny od sulfatów skład skutecznie usuwa zanieczyszczenia nie obciążając przy tym włosów. Niezaprzeczalną zaletą tego szamponu jest jego zapach, który utrzymuje się przez cały dzień! W połączeniu z delikatną, nieobciążającą włosów odżywką mam z głowy jakiekolwiek dodatkowe zabiegi. Odżywcza formuła ma za zadanie zredukować uszkodzenia, czyli to co funduję im podczas farbowania. Za równo szampon jak o odżywkę możecie obecnie kupić taniej (KLIK , KLIK)

Peeling solny

Prawda jest taka, że uwielbiam peelingi. Ich efekt chyba jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Ten tutaj czyli Sanctuary SPA jest na bazie soli z Morza Martwego, a także z dodatkiem bogatej mieszanki olejków: jojoba, kokosowego i migdałowego. Obiecałam sobie, że wypróbuję go, jak tylko trafi mi się wolny wieczór. Mogłabym oczywiście zastosować peeling standardowo pod prysznicem, ale najlepszy efekt jest wtedy, gdy wmasujemy kosmetyk w suchą skórę, a dopiero później spłuczemy go ciepłą wodą. Muszę tylko pamiętać, że ten nie nadaje się do stosowania na twarzy. Obecnie w promocyjnej cenie, kupicie go nawet o połowę taniej (KLIK)

Krem, czy żel pod prysznic?

Tego produktu producent również nie zaleca do stosowania na twarzy, ale o pozostałą część ciała faktycznie dba fantastycznie. Często szukam takich rozwiązań, które pozwolą mi zaoszczędzić czas w łazience. Wczesne wstawanie lub późne powroty do domu sprawiają, że pielęgnację ciała chcę „odbębnić”, ale bez efektów ubocznych. Ten krem pod prysznic z serii Sanctuary Spa z powodzeniem pozwala ominąć balsamowanie ciała. Formuła wzbogacona w witaminę E, masło shea i olej słonecznikowy delikatnie nawilża i pozostawia skórę gładką i elastyczną. No i ten zapach… zastanawiam się tylko jak na dłuższą metę zniosę go w połączeniu z moimi perfumami?

„Wonder Body”

To rozświetlający balsam do ciała, który zazwyczaj stosuję latem. Tym razem stwierdziłam, że niby dlaczego pora roku miałaby mnie ograniczać? Często odsłaniam kawałek ciała nosząc sukienki, czy swetry z duży dekoltem. Migoczące drobinki w jesiennych promieniach słońca, które cały czas nas rozpieszcza też wyglądają pięknie! Domyślam się, że balsam lekko podrasuje koloryt mojej skóry, która z natury jest bardzo blada. Jaki będzie efekt, będę mogła Wam powiedzieć dopiero po kilku aplikacjach. Balsam jest wzbogacony o ekstrakt z pestek winogron i olejków abisyńskich. Brzmi całkiem nieźle! Znajdziecie go tutaj (KLIK)


I to już wszystkie nowości, które zagościły w mojej małej łazience. Kilka skradło moje serce natychmiast, inne chciałabym jeszcze trochę potestować, by móc wydać ostateczny werdykt. Na pewno będę sięgać po nie, gdy do wyjście zostanie mi 15 minut, a ja będę „w proszku”. Ich wielozadaniowość może okazać się sporą zaletą. Wszystkie te produkty znajdziecie w drogeriach Hebe. Są więc w zasięgu ręki większości z Was, a ja niedługo przypomnę o nich w podsumowaniu ulubieńców. Co Wy na to? Czy znajdzie się tutaj i dla Was jakiś faworyt?

Continue Reading

Olejowanie włosów- hit czy kit?

Tłusta robota

Przyznam szczerze, że jak na osobę, która jest kosmetycznym freakiem  w jednym temacie wciąż wiedziałam niewiele. Ba! Nadal raczkuję, ale w końcu by coś dobrze poznać musimy zrobić pierwszy krok ku odkryciu. Mowa o olejowaniu włosów. Miałam w swoim życiu kilka podejść do tematu, każde kończyło się na przeczytanym leadzie jakiegoś wpisu, czy artykułu. Myślałam sobie: przecież moje włosy są zdrowe, mam ich całe mnóstwo, błyszczą, lśnią, zawsze jakoś wyglądają. Myślałam, że w moim przypadku olejowanie nie jest konieczne. Nic bardziej mylnego, jak się okazało…

Moja blond głowa przechodziła kilka eksperymentów, a zdecydowanie najbardziej szkodzi im farbowanie. Do największego koszmaru w kwestii włosów zaliczam ich rozczesywanie po umyciu. Są poplątane w ten charakterystyczny sposób, bardzo suche i kruche. Kiedy więc usłyszałam, że olejowanie chroni włosy podczas farbowania stwierdziłam, że muszę ten temat zgłębić i rozebrać na części pierwsze.

Na czym to polega?

Olejowanie włosów to po prostu nakładanie kilku kropel naturalnych olei na włosy. Nie ma większego znaczenia czy będą one suche czy wilgotne. W zależności od potrzeb nakłada się specyfik na same końcówki lub także na skórę głowy i włosy na całej długości. Wybór oleju jest bardzo ważny, a na rynku dostępne są między innymi takie jak: palmowy, rycynowy, migdałowy, kokosowy, morelowy, z awokado, kukurydziany, lniany, sezamowy, słonecznikowy, rozmarynowy i wiele innych. O każdym z nich znajdziecie kilka słów w Internecie.
Korzyści z olejowania są ogromne! Po kuracji włosy stają się odżywione, elastyczne, pełne blasku, odporne na zniszczenia, bardo sprężyste. I muszę tu użyć ulubionej formułki reklamodawców: już po pierwszym stosowaniu. Naprawdę! Dobroczynne składniki olejków wnikają głęboko w strukturę włosa i cebulek. W rezultacie skalp jest zdrowy, normuje się wydzielanie serum, komórki są dotlenione.

Co może pójść nie tak?

Zabieg wydaje się prosty z pozoru, ale można popełnić kilka błędów, które przeszkodzą w osiągnięciu odpowiednich rezultatów. Przede wszystkim:
→Nie należy nakładać oleju na bardzo brudne, tłuste już włosy. Może to spowodować nadmierne ich wypadanie.
→Nie można przesadzić z ilością oleju. Lepiej jest wykonać zabieg dwa razy w tygodniu niż raz z podwójną dawką produktu (ok. 2ml oleju będzie wystarczające). Co jeśli już zdarzy Wam się wylać na włosy za dużo olejku? Dodatkowo należy zaaplikować odżywkę lub maskę by zemulgować olej.
→Nie każdemu olejowanie służy, nie ma więc sensu usilnie poddawać włosy tym zabiegom, skoro ewidentnie nie przynosi to efektu. Włos włosiu nierówny.

Klucz do sukcesu

Tak jak w przypadku innych zabiegów, które stosujemy w domowym zaciszu, tak i olejowanie wymaga od nas po prostu regularności. Jeśli będziemy fundować sobie takie Spa tylko wtedy gdy nam się akurat o tym przypomni, to nie doszukujmy się w lustrze efektów. Wybierz zatem dwa dni w tygodniu i staraj się tego trzymać.

Mój wybór

Spośród wszystkich dostępnych na rynku olejków mi najbardziej do gustu przypadł  olej makadamia (więcej na jego temat TUTAJ). Jego skład jest zbliżony do budowy ludzkich komórek. Zawiera nienasycone kwasy tłuszczowe, witaminy B, E i A, lecytynę i właśnie sam skwalen, czyli to co znajduje się w płaszczu lipidowym skóry. Jego zapach jest bardzo przyjemny, a włosy po zabiegu gładkie, łatwe do rozczesania i błyszczące.  Olejek ten zapobiega rozdwajaniu końcówek. Jest także nazywany „znikającym olejkiem”, ponieważ włosy i skóra głowy wchłaniają każdą jego ilość. Naprawdę potrafi uratować zniszczone zabiegami fryzjerskimi czupryny. Dla mnie stał się obowiązkowym elementem dostępnym w łazience. Czytając o nim więcej znalazłam dla niego kilka innych zastosować, ale to już temat na odrębny wpis. Dodam jeszcze tylko, że olej makadamia składa się z kwasów tłuszczonych jednonienasyconych, co sprawia, że jest lepszy niż oliwa z oliwek. Póki co jednak cieszę się, że tak dobrze dba o witalność moich cebulek włosów!

Continue Reading

Kosmetyki Mineralne- hit czy kit?

Kosmetyki mineralne już od dłuższego czasu cieszą się sporą popularnością, która ciągle rośnie. Czy słusznie? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w dzisiejszym wpisie. I choć firm produkujących popularne „minerałki” jest coraz więcej, ja skupię się na jednej konkretnej marce, świetnie już znanej na ryku. Lily Lolo bo o nich będziemy dzisiaj mówić, jeszcze do nie dawna, znałam tylko  z jednego produktu: pięknie opalizującego rozświetlacza, który polecała 5 lat temu Katosu lub Maxineczka, już nawet nie pamiętam ;). Jakież było moje zdziwienie gdy jakiś miesiąc temu odkryłam, że ich oferta pęka w szwach, a mineralne są nawet korektory! Ale po kolei. 🙂

Składając zamówienie w sklepie costasy.pl (klik) postanowiłam tak dobrać produkty, żeby przetestować jak najwięcej kosmetyków, stanowiących podstawę mojego codziennego makijażu (bo makijaż wieczorowy to zupełnie inna bajka).

I tak w moim „testowym zestawie” (tak go nazwijmy roboczo) znalazł się:

-mineralny podkład w odcieniu warm peach (klik)

-mineralny korektor w kolorze barely beige (klik)

-mineralny puder matujący Flawless Matte (klik)

-prasowany mineralny rozświetlacz Rose Illuminator (klik)

-pędzel do podkładu- Super Kabuki (klik)

-naturalna szminka- Passion Pink (klik)

Co je wyróżnia?

Kosmetyki mineralne Lily Lolo są delikatne dla skóry, wolne od szkodliwych bądź drażniących substancji chemicznych, barwników i wypełniaczy. Nie wiem czy wiecie, ale w skład produktów Lily Lolo wchodzi tlenek cynku, który ma właściwości lecznicze. A to w przypadku mojej problematycznej cery ze skłonnością do trądziku jest bardzo ważne. Makijaż wykonany kosmetykami mineralnymi jest lżejszy, nie ma tutaj mowy o efekcie maski. Przy takich temperaturach jakie obecnie panują w Polsce sprawdza się genialnie. Można uzyskać piękny, zdrowy efekt: make up- no make up. Producent zapewnia też o trwałości produktów i odporności na wodę i pot. Szczerze przyznam, że  faktycznie nawet po moich wizytach na siłowni, wcale nie wyglądam gorzej niż kiedy stosowałam ciężki Double Wear Estee Lauder. Także trwałość sprawdzona w ekstremalnych warunkach. 🙂 Ostatnia już, ale wcale nie mniej ważna informacja to taka, że kosmetyki chronią przed szkodliwym działaniem promieni słonecznych, a ich faktor to SPF15

Jak nakładać kosmetyki mineralne?

Tak jak w przypadku makijażu każdymi innymi kosmetykami, najważniejsze jest przygotowanie buzi. Bez odpowiedniej pielęgnacji nie ma szans, żeby jakikolwiek kosmetyk był trwały i ładnie wyglądał. Dlatego ja najpierw robię lekki peeling buzi, następnie tonizuję skórę tonikiem, a na koniec nakładam krem nawilżający. Te 3 etapy to fundament naszego makijażu. Jak już krem się ładnie wchłonie możemy przejść do aplikacji podkładu. I tutaj do akcji wkracza pędzel Kabuki. Wysypuję produkt na wieczko, równomiernie „wmasowuję go w pędzel” aż całkowicie zniknie z pokrywki, uderzam pędzlem o blat i na koniec przechodzę do aplikacji na buzię. Podkład nakładam kolistymi ruchami zaczynając od środka twarzy. I w zależności od krycia czynność powtarzam kilka razy. Słyszałam też o metodzie stemplowania, ale sama jej nie próbowałam. Natomiast tą pierwszą z czystym sumieniem mogę polecić. Niesamowite jest to, jak pięknie potrafi kryć sypki podkład (bo początkowo, ze względu na konsystencję byłam do niego sceptycznie nastawiona). Taki sam mechanizm działania jest w przypadku korektora. Tutaj jednak polecam zaopatrzyć się w mniejszy pędzel Kabuki- Baby Buki, który będzie bardziej precyzyjny. Ja w swojej rutynie z minerałkami robię jeszcze dodatkowy krok. Między warstwami podkładu, nakładam jedną do „zadań specjalnych”, która składa się z wymieszanych ze sobą podkładu i korektora. Całość na koniec utrwalam pudrem mineralnym, który też nakładam kolistymi ruchami.

Czy jakiś produkt nie spełnij moich oczekiwań?

Jedyne drobne  zastrzeżenia mam do rozświetlacza. Może dlatego, że ja lubię mocny błysk, tak zwaną „taflę” i tego oczekuję od produktów rozświetlających. Tutaj efekt jest bardzo delikatny i znowu dający wrażenie make up-no make up. Buzia jest rozświetlona, ale na tyle delikatnie, że wygląda po prostu na zdrową, a nie podkreśloną jakimś kosmetykiem. Dla niektórych z Was, lubiących subtelniejszy efekt w makijażu będzie to plus, dlatego nie zrażajcie się do niego i przetestujcie po prostu na własnej skórze. Zaletą jest kolor, który pasuje do wszystkich typów karnacji, daje delikatnie chłodne wykończenie.

Pomadka, czy jest trwała?

Pomadka Passion Pink ma piękny fuksjowy, soczysty, wakacyjny kolor. Wzbogacona jest też o witaminę E i ekstrakt z rozmarynu co zapewnia odżywienie i nawilżenie ust. Ładnie kryje i trzyma się podobnie jak inne kremowe pomadki w mojej kolekcji. Oczywiście nie jest to trwałość na poziomie produktów matowych, ale absolutnie mi to nie przeszkadza. Pamiętajcie, że zawsze lepiej dołożyć nową warstwę produktu mniej trwałego, a pielęgnującego, niż chodzić z wysuszonymi, nieciekawie wyglądającymi ustami.

Podsumowując, bardzo polecam zapoznać się bliżej z kosmetykami mineralnymi. Ja od kiedy wypróbowałam poszczególne produkty na własnej skórze, nareszcie rozumiem ich fenomen. Co więcej, na stronie costasy.pl trwa teraz promocja na wybrane produkty, zatem i ceny są bardziej przystępne. No bo kiedy jak nie teraz? Lato to najlepszy czas na przerzucenie się z ciężkich kosmetyków, na te lżejsze, zapewniające naszej skórze uczucie komfortu i wypoczynku. Nasza cera, podobnie jak my, zasługuję na wakacje. 🙂

Continue Reading

Brazylijski sposób na pielęgnację włosów!

Dziś przeczytacie kilka słów o lecie i… o włosach. Nie wiem, czy warto kłamać, że wiosna minęła równie szybko jak się pojawiła, bo właściwie wcale jej było. Czy ubolewam? Trochę tak… wiosna to dla mnie coś więcej niż tylko pora roku. Wiosną często wszystko ma swój początek :), więc ciężko mi zbudzić się z zimowego snu i od razu zaaklimatyzować  w środku lata. Na takie przystosowanie nie mają również czasu nasze czupryny, które nagle wychodząc spod czapki, narażone są na silne promienie słoneczne, co jak wiadomo może je wysuszać. Jak więc pielęgnować nasze włosy, aby były zdrowe, nawilżone, mocne i zawsze wyglądały pięknie? Mnie pomogła seria kosmetyków do włosów marki g-synergie Brazilian Keratin. Odkąd używam jej do codziennej pielęgnacji głowy, za każdym razem czuję się wyjątkowo i to właśnie dzięki moim włosom, bo są jednym z głównych czynników (zaraz po makijażu oczywiście!), które powodują, że czuję się pięknie.

Moje włosy myję (prawie) codziennie, codziennie też używam suszarki i prostownicy. Przy wyborze szamponu,  odżywki i olejków zwracam więc uwagę na to aby nie obciążały mojego blond cuda. Przyznaję szczerze, że po kilku nietrafionych wyborach wreszcie odetchnęłam z ulgą, gdyż z pomocą przyszła mi marka g-synergie.

Szampon zwiększający objętość

Przede wszystkim nie zawiera SLS, a zawarte w nim naturalne białka keratyny odbudowują strukturę włosów.  Producent obiecuje, że produkt potrafi zamknąć łuskę, poprawić kondycję i zwiększyć połysk włosów. Faktycznie po tygodniu stosowania szamponu w asyście serum lub odżywki (nigdy nie stosuję podwójnego obciążania, więc jeśli po umyciu chwycę za odżywkę, to nie nakładam na włosy olejku i odwrotnie) moje włosy pięknie się błyszczą i nie jest to efekt przetłuszczenia. Co ważniejsze, kosmetyk ten nie zawiera soli i jest idealny dla osób, które zafundowały sobie keratynowe prostowanie włosów. Dla mnie bomba!

Odżywka zwiększająca objętość

Tak jak mówiłam, nie dubluję pielęgnacji odżywką i olejkiem. Jednak moje włosy trzeba przyznać, nie są w złej kondycji, nie mam większych problemów z ich nawilżeniem. Tak jak szampon, odżywka zawiera naturalne białka keratyny i odbudowuje strukturę włosów. Również jest zalecana dla osób, które keratynowo prostowały włosy. Przyznam szczerze, że ze wszystkich kosmetyków do włosów, odżywki zajmują u mnie ostatnio miejsca w klasyfikacji. Zdecydowanie wolę olejowanie.

Dlatego też serum intensywnie nawilżające to mój zdecydowany faworyt tej serii! Pomimo,  że moje włosy są zdrowe, to jednak zawsze po umyciu mam spory problem z ich rozczesaniem. Bardzo nie lubię tego etapu i choćbym zaopatrzyła się w miliona różnych szczotek i grzebieni, problem zawsze jest. Stop. Problem zawsze był, dopóki nie nałożyłam na wilgotne włosy kilku kropel serum marki g-synergie. Nagle moje włosy udało się rozczesać za jednym pociągnięciem pierwszym lepszym grzebieniem. Producent obiecuje, że serum wzmacnia mieszki włosowe i łamliwe końcówki. O tym więcej będę mogła powiedzieć po dłuższym stosowaniu produktu, ale czuję, że to mój strzał w dziesiątkę! Muszę tu jeszcze wspomnieć o zapachu, który utrzymywał się na włosach do końca dnia i co jakiś czas dyskretnie o sobie przypominał.

Ostatnim produktem z tej serii jest intensywnie nawilżająca maska do włosów. Tak jak wszystkie wyżej wymienione produkty, maska również nie zawiera SLS. Ma za zadanie naprawić uszkodzone, zniszczone przez zabiegi fryzjerskie włosy. W moim przypadku będzie to farbowanie, a odkąd wróciłam do koloru blond, tym bardziej staram się raz w tygodniu zafundować moim włosom takie SPA. Poprawa elastyczności i podatności na układanie zauważona już po pierwszym użyciu mówi sama za siebie. Maskę trzymałam na głowie około 15 minut (producent zaleca trzymać ją od 10 do 25 minut), później dokładnie spłukałam produkt letnią wodą. Fryzurę ułożyłam błyskawicznie bez specjalnej udręki.

Trudno jest pisać tak jednoznaczne opinie, ale jestem przekonana, że jeśli wypróbujecie te kosmetyki, to ciężko będzie Wam wrócić do typowych drogeryjnych, komercyjnych produktów.  Ja zakochałam się w tej pachnącej Brazylią serii i wiem, że długo musiałabym szukać zamienników, które spełnią moje oczekiwania. Fakt, że nie oszczędzam swoich włosów od teraz już nie spędza mi aż tak bardzo snu z powiek.

Continue Reading