USA – co zobaczyć w Kalifornii? Zachodnie wybrzeże cz. 1

Kilka dni temu zerknęłam w kalendarz i zorientowałam się, że mamy już grudzień! :O Serio? -pomyślałam. Czas brać się za porządki przedświąteczne i robienie listy prezentów. Ale zanim o tym tu przeczytacie (a zapewniam, że przeczytacie) to zapraszam na kilka słów a’propos minionego miesiąca. Listopad minął mi w błyskawicznym tempie, po części dlatego, że przez 16 dni byłam na wyczekiwanym z utęsknieniem urlopie. Po zeszłorocznej Azji, tym razem zdecydowałam się na przeciwny kierunek czyli Stany Zjednoczone. Był to mój trzeci pobyt w USA i choć najkrótszy, to równie udany. Odwiedziłam też miejsca, które na długo pozostaną w mojej pamięci i w które na pewno się jeszcze wybiorę. A Was zapraszam na moje subiektywne best of the best- czyli miejsca, które trzeba odwiedzić będąc na zachodnim wybrzeżu USA.

1. San Francisco!

Na sam początek idzie San Francisco. To właśnie do San Francisco miałam lot (z Berlina) i to tutaj spędziłam 4 pierwsze dni.  Choć przyznam szczerze, po pierwszym dniu miałam wątpliwości czy miasto to, znajdzie się w tym zestawieniu. To co rzuciło mi się w oczy po opuszczeniu metra to przeogromna ilość ludzi bezdomnych, żebraków i osób będących „pod wpływem” nie tylko alkoholu, ale też innych cięższych używek… Moje przerażenie minęło, gdy okazało się, że wystarczy wybrać alternatywną, równoległą ulicę, a niektóre miejsca po prostu omijać  (zrezygnujcie ze spaceru 6th Street, bo możecie przeżyć szok), ja przeżyłam zarówno szok jak i spacer wspomnianą 6 Ulicą. Natomiast osoby o mocnych nerwach, chcące zobaczyć, drugie, to mniej kolorowe oblicze San Francisco niech się wybiorą albo na „szósteczkę” albo co będzie jeszcze większym hardcorem Ellis Street). Zapominając jednak  o tych widokach, San Francisco oferuje nam cudowne przejażdżki oldschoolowymi tramwajami, ogromne zapierające dech w piersiach mosty, którymi przejazd samochodem już sprawia frajdę, mnóstwo pięknych zakątków, w które aż chce się zajrzeć i wzgórza… wzgórza i jeszcze raz wzgórza. To jedno z piękniejszych miast Stanów Zjednoczonych leży aż na 42 wzgórzach… co robi wrażenie, szczególnie jeśli trzeba po nich jeździć samochodem. Na ile najlepiej wybrać się do San Francisco? Moim zdanie przynajmniej tydzień. Ja będąc 4 dni, musiałam odpuścić kilka miejsc, które miałam na liście, czego nie mogę odżałować… Ale obiecałam sobie, że wrócę i nadrobię wszystko! Najwyżej nie będę spała! 🙂  (o szczegółach tego co widziałam w SF przeczytacie w innym wpisie).

2. Monterey!

Monterey – cudowne mniejsze miasteczko z mega klimatem. Miałam wrażenie, że czas tu płynie zdecydowanie wolniej niż w San Francisco. Jest to też świetne miejsce na odpoczynek od wielkiego miasta jakim jest to pierwsze, tym bardziej, że w 2-3 godzinki jesteśmy w stanie z San Francisco dotrzeć samochodem do tego malowniczego miasteczka. Znacie serial „Wielkie kłamstewka” z Nicol Kidman i Reese Whiterspoon? Jego akcja toczy się właśnie w uroczym Monterey. Ale to oczywiście nie jedyny powód aby tu zajrzeć. Osobiście polecam spacer Cannery Row, która kończy się Montery Bay Aquarium, czyli miejscem, gdzie można zapoznać się z podwodnym światem zatoki. My po oceanarium w San Francisco miałyśmy dość takich atrakcji i w ramach zaoszczędzonego czasu udałyśmy się na dalszą pieszą wędrówkę wzdłuż Ocean View Blvd. Był to naprawdę świetny pomysł, bo widoki były piękne. Nie wiedziałyśmy, że to dopiero początek tego co nas czeka. Po dość długim spacerze, kawie wypitej w kawiarni z cudnym widokiem (w której spotkałyśmy Polaków) udałyśmy się w kierunku Pebble Beach. Myśląc, że to  po prostu plaża, a nie cały resort z polami golfowymi ciągnącymi się tuż obok linii brzegowej i pięknymi punktami widokowymi, nie zagospodarowałyśmy odpowiednio dużo czasu, żeby móc na spokojnie, bez spoglądania na zegarek cieszyć się pięknym widokami. Także polecam (szczególnie w okresie jesienno-zimowym, kiedy ciemno robi się o 17) wybrać się tam z samego rana, bo naprawdę jest co podziwiać. Wjazd na teren Pebble Beach kosztuje 10$, otrzymujemy też mapę – a przesympatyczny strażnik, jeśli odpowiednio zagadamy, zaznaczy nam na niej najładniejsze miejsca, co jest bardzo przydatne jeśli nie mamy na zwiedzanie całego dnia. 🙂 Dwie rzeczy, których NIE WOLNO Wam ominąć będąc w Pebble Beach to: „Bird Rock Vista Point” i „Lone Cypress”. Nie będę Was też winić jeśli po drodze, samochód zatrzymacie setki razy i zrobicie milion zdjęć. 🙂 Z Pebble Beach od razu warto udać się do Carmel-by-the-Sea. Tym bardziej, że miasteczko to znajduję się przysłowiowy „rzut beretem” od Pebble Beach. Nie polecam zatrzymywać się tu na noc bo Carmel-by-the-Sea to urocze, choć drogie miasteczko, zamieszkiwane głównie przez artystów i milionerów. Ceny są tutaj zawrotne w porównaniu do leżącego przecież w niewielkiej odległości Monterey. Nie mniej warto Carmel odwiedzić, przespacerować się wąskimi (jak na Stany) uliczkami i odwiedzić, uważaną za jedną z piękniejszych plaż czyli Carmel Beach.

3. Big Sur!

To właściwie nie miejsce, a słynna trasa – droga nr 1 wzdłuż wybrzeża, która obfituje w tak piękne widoki, że tego aż nie da się opisać. Na nasze nieszczęście, podczas pobytu w USA „jedynka” była w remoncie – co oznaczało jej zamknięcie w okolicach miejscowości Lucia. Przyznam szczerze, że to trochę pokomplikowało nam plany, które zakładały przejazd Big Surem aż do Pismo Beach, gdzie miałyśmy nocleg. Czy jednak sprawiło, że z przejazdu słynną „jedynką” zrezygnowałyśmy? Absolutnie nie! Decyzja zapadła, że jedziemy nią tak długo jak na to pozwoli, aż do napisu „roboty drogowe” a następnie wracamy i udajemy się do Pismo Beach drogą szybszą, mniej przyjemną, po prostu zwykłą 3-pasmówką. Na drugi dzień natomiast pojechałyśmy Big Surem od drugiej strony, do punktu gdzie można zobaczyć lwy morskie wylegujące się na plaży, czyli Elephant Seal Rookery w okolicach San Simeon. W gratisie udało nam się też dostrzec wieloryby, co było zjawiskiem absolutnie magicznym i nieporównywalnym do niczego. I choć zajęło nam to dwa razy więcej czasu to z czystym sumieniem mogę napisać, że było warto. Jest to najpiękniejsza trasa, jaką było mi w życiu pokonać, a przewodniki turystyczne w żadnym stopniu nie koloryzują. Ochy i achy są tu jak najbardziej wskazane! 🙂 Kto nie jechał Big Surem ten nie widział prawdopodobnie najcudowniejszych widoków w swoim życiu!

4. Pismo Beach!

Kolejna nadmorska mieścina, która mi kojarzy się z setkami surferów, którzy od samego rana próbują złapać najlepszą falę, ogromnym molo i pyszną włoską restauracją tuż przy naszym zajeździe. Trochę żałuję, że nie miałam czasu powłóczyć się po Pismo Beach, bo to co zobaczyłam bardzo mi się spodobało. Chodząc po plaży, zerkając na ogromne pale podtrzymujące molo, poczułam naprawdę dobrą energię. Chciałabym tu wrócić bo niewątpliwie jest to magiczne miejsce!

5. Santa Barbara!

Czas na ostatnie miejsce w tym wpisie, czyli wisienkę (a nawet – truskawkę) na torcie! Santa Barbara, czyli miejsce, które początkowo chciałam ominąć, nie zjeżdżając nawet z trasy. Na szczęście poszłam po rozum do głowy a właściwie napisałam do mojej przyjaciółki, która kilka lat temu odwiedziła Kalifornię, w tym również Santa Barbarę. Po gorącej rekomendacji tego miejsca postanowiłam dać mu szansę. I nie zawiodłam się. Miasto choć widać, że bardziej wymuskane niż inne mniej turystyczne miejscowości ma w sobie urok. Fajnie też popatrzeć czasem „w realu” na najpiękniejsze ujęcia z widokówek czy kadry z filmów. Santa Barbara to ładna plaża, duże molo, na którym tętni życie i port… a także mnóstwo knajp i knajpeczek gdzie można zjeść coś dobrego. Co ciekawe molo świętej Barbary jest udostępnione nie tylko dla pieszych, ale i dla poruszających się samochodami, co bardzo ułatwia leniwym Amerykanom życie. Spacerując po nim można też wypożyczyć sobie wędkę i zrelaksować się łowiąc ryby! Czyż to nie cudowna opcja? 🙂 Ja niestety nie miałam zbytnio czasu na wędkowanie. Zjadłam ogromnego jedno-gałkowego z założenia loda (który wyglądał jak cztero-gałkowiec w Polsce) zrobiłam kilka zdjęć i pomknęłam dalej, w kierunku Los Angeles… Ale to już temat na kolejny wpis… 🙂

 

You may also like

6 komentarzy

  1. Kurczę, ale Ci zazdroszczę kochana 😀
    Takie kadry, to tylko w słonecznym patrolu, tudzież innych filmach widywałam 🙁
    mam nadzieję, że na żywo kiedyś również i mi będzie dane 😀

    Piękne zdjęcia 🙂

    buziaki :*
    Daria

  2. Na pewno wrócę do tych postów z podróży, gdy będę się wybierać w te miejsca 🙂 Abyś do tego czasu tylko bloga nie skasował, bo gdzie ja znajdę takie źródło informacji 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *