Militarne grochy!

Grochy, groszki i czarno białe stroje to coś co niewątpliwie kojarzy się z czasami lat 70. , a mi dodatkowo jeszcze z kultowym serialem tvn-u Magda M. (o czym wspominałam Wam ostatnio na insta story :)). Po ciemnej stronie internetu krążą również plotki, że produkcja wróci na ekrany w postaci pełnowymiarowego kinowego obrazu. A zatem warto sobie przypomnieć elegancki styl pani prawnik. Biała sukienka w groszki to coś czego nie powstydziłaby się żadna fanka tytułowej Magdy M., ale również żadna fanka mody. Jest delikatnie, kobieco i stylowo. W połączeniu z beretem można się w takim stroju poczuć jak prawdziwa paryżanka.  Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie dorzuciła do stylizacji trochę siebie. Dlatego eleganckie okrycie wierzchnie zastąpiłam płaszczykiem w stylu militarnym, który dodaje całości więcej luzu. A Wam jak się podoba takie połączenie? Czekam na Wasze komentarze i obiecuję, że częściej będą się tutaj pojawiać stylizacje! 🙂

Foto: Bartosz Skopiński

Sukienka – BonPrix (znajdziecie ją TUATJ)

Okulary, zegarek- KOMONO od Freshbrands (KLIK, KLIK )

Bransoletka- Paul Hewitt (TUTAJ)

UWAGA! Do 29.01 na hasło: fitashionn macie 15% zniżki na wszystkie nieprzecenione produkty w sklepie Time&More

Płaszcz- F&F

Beret- Orsay

Continue Reading

Odkrycia kosmetyczne 2017 roku!

Nowy rok! Nowa ja i nowy sposób myślenia. 2018 wydaję się całkiem fajną liczbą i jestem pewna, że będzie on rokiem przełomowym w moim życiu. Zanim jednak zacznę na maksa z niego korzystać i wyciskać każdy dzień, godzinę, a nawet minutę to czas podsumować to co już odeszło, czyli dobry, stary rok 2017.

Był on rokiem wielu podróży, nowych znajomości, umacniania starych przyjaźni, a także weryfikacji pewnych osób i sytuacji. Ale nie o tym jest ten wpis, bo 2017 rok to też rok kiedy na poważnie zajęłam się tematem makijaży, które zawsze gdzieś tam pojawiały się w moich planach i marzeniach, ale których nie miałam odwagi spełnić. Teraz (o rok starsza! I mądrzejsza!) wiem, że warto próbować… i nawet jeśli na początku skutki będą mało satysfakcjonujące, to zawsze będzie to kolejny malutki kroczek do przodu. A przecież o to chodzi!

Makijaże i świat kosmetyków tak zawładnął moim sercem, że oszalałam na punkcie testowania nowych produktów. Podczas tego całego kosmetycznego szaleństwa trafiłam na wiele produktów, które mnie rozczarowały, a ich jakość pozostawiała wiele do życzenia. Ale również i na takie, które okazały się absolutnymi perełkami i które z czystym sumieniem mogę Wam polecić. Chcecie wiedzieć co znalazło się na liście kosmetycznych odkryć roku 2017?

Czytajcie dalej!

Paletka Anastasia Beverly Hills- Prism

Choć produkty Anastasii są już znane w światku makijażystek i osób, które interesują się makijażami od dobrych kilku lat, ja dopiero w tym roku zapoznałam się z tymi kosmetykami. Będąc w San Francisco, weszłam do tamtejszej Sephory, obejrzałam, „pomacałam” i przepadłam. Świetna pigmentacja i kolory to rzeczy na które ja bardzo zwracam uwagę w przypadku palet cieni. Tutaj mamy jedno i drugie! Pracuję się nimi cudownie, a kolor nie znika z powieki po kilku godzinach „noszenia”. Warto też podkreślić, co jest bardzo ważne w przypadku osób, które dopiero zaczynają przygodę z makijażem, że cienie blendują się bardzo ładnie, co znacznie ułatwia nam wykonanie perfekcyjnego makijażu. Jedynym minusem palety jest cena, która w Polsce jest znacznie wyższa niż w USA. Także jeśli będziecie miały okazję zdobyć ją w cenie w jakiej dostępna jest w Stanach Zjednoczonych- nie wahajcie się!

Kredka do brwi Anastasia Beverly Hills

Kolejny produkt Anastasi bez którego nie wyobrażam sobie obecnie mojego codziennego makijażu to kredka do brwi. Moja jest w odcieniu dark brown . Szczerze przyznam, że nie wiem co jest w tych produktach takiego, że dają taki rewelacyjny efekt? No bo niby kredka, jak kredka, a jednak różnice widać gołym okiem. Trwała, precyzyjna i w wygodnym opakowaniu. Z jednej strony znajduję się wykręcany rysik, ścięty po skosie, a z drugiej szczoteczka do wyczesywania brwi. Czytałam opinie w internecie, że kredką tą nie da się uzyskać naturalnego efektu, co moim zdaniem jest bzdurą. Wszystko zależy od intensywności nacisku i koloru jaki wybierzecie. Ja akurat lubię mocniej podkreślone brwi, także taki intensywny efekt, który w łatwy sposób osiągniemy jak najbardziej mi odpowiada.

Transparenty puder utrwalający makijaż Laura Mercier

Puder, który stał się moim numerem jeden. Mocno zmielony, o ładnym odcieniu, świetnie utrwala makijaż, nie pozostawiając na buzi białych plam. Używam go przede wszystkim do utrwalenia korektora pod oczy, bo jako jeden z nielicznych nie wchodzi w zmarszczki i nie podkreśla suchych skórek. Dla mnie dużym plusem jest również ogromne wręcz opakowanie, które pewnie zwykłemu śmiertelnikowi wyda się za duże, ale dla osoby wykonującej makijaże na sobie i klientkach będzie zbawieniem. Muszę też podkreślić, że produkt ten nie daje całkowitego matu, a ładne satynowe wykończenie. Skóra dzięki temu wygląda świeżo  bardziej naturalnie. Mój ulubiony sposób aplikacji? Mokrym Beauty Blenderem. Jedyna wada to tak jak w przypadku Anastasi cena. Ale jeśli nie robicie zawodowo makijaży możecie kupić produkt na spółę z przyjaciółką bądź mamą i podzielić się po połowie. Inną opcją jest tropienie promocji w Douglasie. Wtedy puder można kupić nawet z 20% rabatem. 🙂

Podkład MAC- Matchmaster

Podkład MACa to mój zakupowy eksperyment, który niesowicie się udał. Mimo iż produkt ma skrajnie różne opinie to w moim przypadku spisuję się świetnie! Matchmaster (mój w odcieniu 1,5) idealnie stapia się z kolorem skóry. Nie zauważyłam też wysypu wyprysków na który narzekają niektóre panie, a wierzcie mi, że moja skóra jest z rodzaju tych bardzo kapryśnych i wrażliwych. Ci którzy śledzą mojego bloga od dłuższego czasu, doskonale wiedzą, że moim faworytem wśród podkładów jest Estee Lauder Double Wear. Ten może i nie zdetronizuję Double Wear’a, ale świetnie sprawdzi się jako jego zamiennik. Sięgam po niego, kiedy mam ochotę na delikatniejsze krycie. Pamiętajcie jednak, że nie jest to podkład matujący, także zwolenniczkom matu na buzi-odradzam. Ale tym z Was, które lubią świeży, długotrwały efekt polecam wypróbować. W duecie z pudrem Laury Mercier dają piękny rezultat na skórze.

Produkty Kiehl’s

Produkty Kiehl’sa to moje pielęgnacyjne odkrycie 2017 roku. Zarówno krem „Ultra Facial Cream” jak i  koncentrat na noc „Midnight Recovery” to obecnie moje pielęgnacyjne niezbędniki. Tego pierwszego używam codziennie pod makijaż. Jako jeden z nielicznych świetnie nawilża i współpracuję ze wspomnianym wcześniej podkładem Double Wear Estee Lauder. Ma lekka, nietłustą konsystencję, ale o tym  już wspominałam, także nie będę się rozpisywać tylko odeślę Was do tego wpisu–> KLIK

Natomiast ten drugi oprócz tego, że świetnie pachnie, to również rozpieszcza i pielęgnuję moją skórę podczas snu. Na dłonie nabieram dosłownie kropelkę, rozcieram i nakładam (wklepując dłońmi) na twarz. Rano budzę się z wypoczętą, promienną i dobrze nawilżoną buzią. Taki właśnie efekt chciałam uzyskać stosując różnego rodzaju kremy, ale udało się to dopiero od kiedy do mojej kosmetyczki trafiły produkty firmy Kiehl’s. Jeśli boicie się jak Wasza skóra zachowa się w zetknięciu z tymi produktami, to polecam wybrać się do sklepu stacjonarnego Kiehl’sa gdzie dostaniecie darmowe próbki.

I to wszystko jeśli chodzi o kosmetyczne odkrycia roku 2017. Mam nadzieje, że rok 2018 przyniesie kolejne pielęgnacyjne i makijażowe perełki. Dajcie znać o swoich odkryciach, albo ulubieńcach bo jak zwykle chętnie przetestuję nowe produkty. 🙂 Do następnego!

 

 

 

Continue Reading

Kochany Święty Mikołaju…

„Kochany Święty Mikołaju…” któż z nas nie pamięta dni, kiedy to właśnie tymi słowami starannie spisanymi na pięknej papeterii  rozpoczynaliśmy grudzień? Od tego czasu sporo się zmieniło… W Świętego Pana z siwą brodą chyba już przestaliśmy wierzyć, ale nie przestaliśmy czekać na podarki. Dla mnie prezenty w Święta nie są najważniejsze, co nie zmienia jednak faktu, że miło zobaczyć pod choinką chociaż symboliczny, drobny upominek. Dzisiaj chciałabym pobawić się trochę w Elfa, czyli pomocnika Świętego Mikołaja, który pomaga mu kompletować prezenty dla wszystkich grzecznych dzieci… Pojawią się propozycje dla niej i dla niego i to takie, którymi sama chętnie obdarowałabym swoich bliskich. Gotowi? No to startujemy! 🙂

Świąteczne pomysły na prezent dla niej:

Kosmetyki!

Moje Drogie, chyba nie muszę Was przekonywać, że kosmetyków nigdy za wiele?! To coś, co każda z nas lubi i potrzebuję. Choć w normalnych okolicznościach zaopatrujemy się w kosmetyki pierwszej potrzeby, czyli te które używamy na co dzień, to od święta można poszaleć i sprawić komuś „marzo-kosmetyk”. Tak wiem, że nie ma takiego słowa. 😉 Powstało ono na potrzeby tego wpisu i oznacza kosmetyk marzenie, o którym śnimy po nocach, a którego jednak sobie nie kupujemy, bo przecież na co dzień jest tyle innych wydatków. Wierzcie mi, taki marzo-kosmetyk będzie strzałem w dziesiątkę i na pewno ucieszy obdarowywaną osobę. W przypadku tej kategorii macie też duże pole do popisu. Może to być coś z pielęgnacji, czyli na przykład krem pod oczy, o którym słyszeliśmy wiele dobrego, nowa paletka cieni, czy idąc dalej, akcesoria do makijażu, które obecnie można kupić w świetnych świątecznych zestawach.

Vouchery!

Kolejna moja propozycja to vouchery! Tutaj również mamy duże pole manewru. Może to być zarówno voucher na zabieg pielęgnacyjny, makijaż, masaż, czy voucher/karta podarunkowa do ulubionego sklepu. Dla każdego znajdzie się coś w zależności od upodobań. Zatem szalejcie! 🙂

Bilety!

W tej kategorii mowa o wszelkiego rodzaju biletach. Ja osobiście najbardziej ucieszyłabym się z tych lotniczych (wiecie jak kocham podróże), ale w grę wchodzą również bilety na koncert ulubionego zespołu czy wokalisty… Szkoda, że te na Edka Sheerana są już wyprzedane! Dobrze pamiętam jak kiedyś podarowałam taki właśnie bilet na koncert zespołu Coldplay i radości było co niemiara. Także jeśli wiecie kogo muzycznie lubi osoba obdarowywana to śmiało kupujcie, a nie będzie mowy o żadnej prezentowej wpadce. Można też iść o krok dalej i kupić na przykład bilet na całe wydarzenie muzyczne, czyli Open’er Festival. A w tym roku na Opene’rze naprawdę będzie się działo: Depeche Mode, Massive Attack, Gorrilaz czy Bruno Mars – to tylko niektóre z gwiazd które się pojawią. <3

Biżuteria!

Biżuteria to kolejna po kosmetykach rzecz, której nigdy za wiele. Do tej kategorii zaliczam zarówno wymarzone przez naszą mamę kolczyki, zegarek dla dziadka (i tutaj zahaczamy o akapit: prezenty dla niego :)) czy bransoletka dla przyjaciółki.  Mnie w tym roku niezwykle urzekł marynarski motyw czyli bransoletka z kotwicą, obok której nie mogłam przejść obojętnie. Znajdziecie ją w kolekcji marki Paul Hewitt (KLIK), a na żywo jest jeszcze piękniejsza!

Instax!

Będę z Wami szczera. Gdybym miała sama tworzyć tą listę, Instax pewnie by się na niej nie znalazł. Ale jakiś czas temu pytałam Was na instagramie (KLIK) jakie są Wasze wymarzone prezenty i wśród wielu fajnych propozycji jedna pojawiła się kilka razy. A chodziło właśnie o Instaxa. Dla niewtajemniczonych wyjaśniam, że Instax to nowy model aparatu do fotografii natychmiastowej. Łopatologicznie mówiąc, cykamy takim kolorowym i ładnie wyglądającym cudem fotkę, czekamy chwilę, a później cieszymy się od razu wywołanym zdjęciem. Brzmi super, prawda? Ja sama dopóki nie zagłębiłam się w temat nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo chcę Instaxa! 😛

Perfumy!

Perfumy to niby oczywista oczywistość, jeśli chodzi o podarki dla płci pięknej, ale jednak wielu panów ma z nimi problem. Dlatego warto dowiedzieć się jakie perfumy czy chociażby nuty zapachowe lubi osoba przez nas obdarowywana. Fajnym pomysłem będzie też zakup kilku mniejszych buteleczek zapachów, które z okazji Świąt sprzedawane są często w pięknie pakowanych zestawach. Taka mini wersja ulubionego, przez osobę, której robimy prezent, zapachu jest też świetnym wyjściem jeśli nie chcemy zbyt mocno nadszarpnąć naszego budżetu.

Galanteria skórzana!

Portfel, torebka, czy rękawiczki – wszystkie kochamy tego typu rzeczy. Ja portfele wymieniam średnio dwa razy w roku, bo wiadomo, rzecz którą się tak intensywnie eksploatuje codziennie szybko się niszczy. Także w przypadku mojej skromnej osoby portfel byłby idealnym prezentem (koniecznie czerwony!), nie pogardziłabym też pięknymi rękawiczkami ze skóry (pod kolor portfela :)), czy nową torebką (bo przecież wszystko musi do siebie pasować!).

Książka!

To kategoria prezentowa, przy której trzeba być bardzo ostrożnym, bo przecież nie każdy lubi czytać! Zanim wpadniemy na pomysł obdarowania kogoś czymś do czytania, upewnijmy się, że ta osoba lubi zaglądać do książek. Ja osobiście z książki ucieszyłabym się bardzo! Zarówno tej związanej z tematyką podróżniczą, jak i z pięknie wydanej książki kucharskiej. A tutaj wydawnictwa naprawdę prześcigają się w pomysłach! Można też tradycyjną, drukowaną książkę zastąpić urządzeniem do czytania e-booków. Chociaż ja uważam, że nie ma nic piękniejszego niż zapach kartek świeżo kupionej książki.

Świąteczne pomysły na prezent dla niego:

I tutaj my – Kobiety mamy zazwyczaj większy problem. Bo o ile prezent mamie, siostrze czy przyjaciółce byłybyśmy w stanie wybrać w 5 minut, nawet obudzone o 3 w nocy, o tyle z mężczyznami nie jest już tak łatwo. Dlatego śpieszę z pomocą i propozycjami podarków, które podsunęliście mi Wy, bądź faceci bliscy mojemu sercu.

Filtry do aparatu!

Jeśli Wasz facet jest współautorem zdjęć na Waszym blogu, czyli interesuję się fotografią to takie filtry na pewno mu się przydadzą. Będzie to na pewno prezent praktyczny, wykorzystany w codziennym użytku, a mężczyźni ponoć właśnie takie lubią najbardziej. Ja się kompletnie na tym nie znam, także jeśli chodzi konkretny model, musicie podpytać Waszego ukochanego.

Zestaw gadżetów z ulubionego serialu bądź filmu!

Jeśli obdarowywany przez Was mężczyzna jest fanem komiksów, koniecznie dowiedzcie się jakich. W internecie aż roi się od gadżetów związanych z konkretnymi tytułami. Od koszulek zaczynając, a kończąc na notesach. Zatem jest w czym wybierać! Jak już wiecie czy obdarowywany jest fanem Marvela czy DC to już połowa sukcesu. A wierzcie mi, to jest dość istotna różnica (o której ja też do niedawna nie wiedziałam ;))  Później można szaleć, w zależności na ile pozwala Wasz budżet!

Gry planszowe!

O ile fascynacji grami na telefonie, tablecie czy komputerze nie jestem w stanie zrozumieć, o tyle cieszy mnie, że są wyjścia alternatywne, czyli oldschoolowe planszówki. Takie gry planszowe nie tylko zapewnią świetną zabawę obdarowywanej osobie, ale również jego bliskim. Planszówek w sklepach jest cała masa, są przepięknie wydane i naprawdę różne, od gier strategicznych poprzez towarzyskie, a kończąc na tych przy których trzeba ruszyć trochę głową, czyli na przykład Rummikub! Polecam! Bo nie ma chyba nic fajniejszego niż spędzenie wieczoru w dobrym towarzystwie grając w wciągająca grę planszową.

Mucha!

Jeśli osoba przez Was obdarowywana jest fanem kolorowych i fikuśnych much to koniecznie zajrzyjcie na stronę marthu.com. Tylu wzorów i kolorów jak żyję (a żyję dość długo ;)) jeszcze nie widziałam. Taka mucha będzie idealnym podarkiem dla mężczyzn, którzy lubią i nie boją się eksperymentować z modą. Gwarantuję, że nie będzie to prezent na długo zapamiętany i miejmy nadzieje często noszony przez obdarowywanego.

I to już wszystkie moje propozycje! Tak wiem, że pomysłów na prezenty dla mężczyzn jest dużo mniej, ale tak jakoś wyszło, że jestem kobietą i doskonale wiem, co nam – płci pięknej w duszy gra. Dlatego też chętnie przeczytam Wasze komentarze. Jeśli macie jeszcze pomysły na prezent dla niego, koniecznie dajcie znać! Wszystkie chwyty dozwolone! Do następnego! 🙂

 

 

Continue Reading

Co warto zobaczyć w USA? – część druga

Cześć w ten jakże piękny grudniowy dzień. Tak sobie siedzę przy stole, popijam kawkę, zerkam przez okno i myślę, że miło by było gdybyśmy w tym roku mieli w końcu białe święta, nieprawdaż? Niestety, synoptycy nie pozostawiają nam złudzeń… Dlatego, zamiast siedzieć w jesiennej Polsce, zabieram Was w kolejną podróż do słonecznej (chociaż nie zawsze, co zresztą dzisiaj zobaczycie:)) Kalifornii.

Czytając ostatni wpis towarzyszyliście mi w podróży po San Francisco, Monterey, Pismo Beach i Santa Barbara (kto jeszcze nie czytał – podaje link TUTAJ!). Dzisiaj jedziemy dalej, trochę bardziej na północ, zahaczając nawet o kolejny Stan – Nevadę. Gotowi? No to zaczynamy!

1. Los Angeles!

Los Angeles, czyli Miasto Aniołów – to miejsce, gdzie po raz pierwszy doznałam załamania nerwowego (co w podróży na własną rękę zdarza się dość często, szczególnie jeśli coś idzie nie po naszej myśli :)). Nie, nie dlatego, że mi się w Los Angeles nie podobało… Podobało mi się i to nawet bardzo! Ale zanim zaczęło się „podobać”, to po dość długiej podróży samochodem i dojechaniu wreszcie do Los Angeles, nie było mi do śmiechu. Wiele już w życiu widziałam, ale tylu pasów po jednej stronie drogi, które rozchodzą się w nieskończoną ilość kierunków, tworząc „drogową ośmiornicę” – nigdy! Jak się łatwo domyślić na kilka mil przed celem podróży, czyli miejscem, gdzie czekał upragniony nocleg, wybrałam zły pas i skręciłam w drogę, z której nie było możliwości powrotu, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało… Na swoje usprawiedliwienie dodam, że jechałam w nocy, nie miałam w telefonie internetu, i że zjechałam z trasy obranej za pomocą google maps wyznaczonej jeszcze w Santa Barbara… Trwało to chyba 5 godzin – w mojej głowie, a z godzinę w realu – zanim zjechałam, oczywiście „na czuja”- do centrum Los Angeles, gdzie dość szybko udało mi się znaleźć Starbucksa, z darmowym WI-FI, i gdzie wreszcie mogłam zaktualizować nawigację! Tym razem, google maps, zaprowadził nas do miejsca docelowego bez większych atrakcji. Przyznam Wam się szczerze, że na drugie dzień – perspektywa wyruszenia na podbój Los Angeles drogami, które tej nocy okazały się niezłym labiryntem, nie napawała mnie optymizmem…  Ale, pomijając przeboje z dojazdem do „Miasta Aniołów”  – jestem przekonana, że nie mogło go zabraknąć na mojej liście podróżniczej. To miasto, gdzie powstały najwspanialsze produkcje telewizyjne i kinowe; miejsce takich wytwórni filmowych, jak: Warner Bros., Walt Disney Studios, czy Universal Pictures. Jeżeli będziecie kiedyś w Los Angeles – koniecznie zajrzyjcie do jednej z nich, bo gwarantuję, że jest to niesamowite przeżycie! Choć w Los Angeles byłam tylko 2, ale jakże intensywne dni, to o tym, co dokładnie warto zobaczyć, zrobię osobny wpis :).

2. Las Vegas!

Żeby zachować równowagę z „Miasta Aniołów” przenosimy się do Las Vegas, czyli „Miasta Grzechu”. Co do Vegas zdania są podzielone –  jedni to miasto kochają, inni – nienawidzą, a ja… mam do niego ogromny sentyment. Czy już Wam wspomniałam, że będąc jeszcze na studiach – wybrałam się na znany chyba wszystkim studencki program „work & travel” i to właśnie w Las Vegas spędziłam  ponad 3 miesiące?! 😉 Wspaniale było wrócić do miejsc, które znałam z przeszłości, przespacerować się tymi samymi ulicami i pomieszkać w hotelu na słynnym Stripie (na co nie było mnie stać, kiedy byłam studentką). Vegas to głównie jedna ulica, wokół której, toczy się, przeważnie nocne, życie. Na  „The Strip’ie” (bo tak nazwano to najbardziej rozświetlone miejsce w Nevadzie) – znajdziemy słynną Stratosphere, czyli hotel z najwyższą w Vegas wieżą, na szczycie której znajduję się restauracja oraz „wesołe miasteczko”. I chociaż zarezerwowałam nocleg właśnie w Stratosferze, i chociaż w cenie wliczona była zniżka, to na takie atrakcje typu „wiszenie nad przepaścią”, jeszcze nie byłam gotowa. Nie omieszkałam natomiast odwiedzić moich ulubionych miejsc takich, jak: Bellagio, gdzie znajdziecie piękne, magiczne wystawy, przeważnie z kwiatowym motywem, i przed którym codziennie odbywa się niesamowite widowisko, czyli pokaz tańczących fontann; Hotel/kasyno New York New York, gdzie panuje niesamowity klimat (wewnątrz budynku znajduje się miniaturka Nowego Jorku). Uwielbiam, takie trochę kiczowate miejsca, ale ze świetnym klimatem. Generalnie Las Vegas to kasyna, hotele i atrakcje niczym w Disneylandzie i to wszystko w jednym miejscu. Każdy budynek kasyno-hotelu jest inny, niesamowity, z ogromnym przepychem i przeróżnymi atrakcjami wewnątrz (if you know what I mean) – znajdziemy tu Piramidę Cheopsa, Wieżę Eiffela, Cyrk, Pałac księżniczki i wiele, wiele więcej. Wszystkie te miejsca to hotele, z obowiązkowym miejscem do hazardu, czyli kasynem (bo wszyscy chyba wiemy po co ludzie jeżdżą do Vegas). Polecam zajrzeć do każdego z nich, bo każdy ma coś innego do zaoferowania. W Las Vegas, poza „tymi” atrakcjami i ewentualną wycieczką na Wielki Kanion, praktycznie nie ma zbyt wiele do zwiedzania. Dwa, max. trzy dni w tym mieście w zupełności wystarczą :).

3. Dolina Śmierci!

Dolina Śmierci, czy jak kto woli „Death Valley” to moje absolutne must visit. Podczas tych wakacji, chyba nic nie zrobiło na mnie takiego wielkiego wrażenia, jak właśnie to, co można zobaczyć w Dolinie Śmierci. Widoki zapierają dech w piersiach, trochę z pogranicza jawy i snu… Jest to, jak usłyszałam od spotkanego tam naszego rodaka, najbardziej depresyjne miejsce w USA! Ha! Ha! I nie chodzi tu o depresje sensu strictoa raczej o to, że na obszarze tym występuje największa depresja (855m poniżej poziomu morza). Dolina Śmierci jest również najbardziej suchym miejscem w Ameryce Północnej!  To właśnie tutaj, odnotowano najwyższą na świecie temperaturę powietrza, wynoszącą 56,7 st. C. Biorąc pod uwagę powyższe, nie polecam wybierać się do Doliny latem, bo temperatury, nawet w nocy, nie spadają tu poniżej 30 st. C. Natomiast, pod koniec listopada jest tu całkiem znośnie (przyjemnie i ciepło). Będąc w Dolinie koniecznie trzeba zobaczyć Wielki Krater, Paletę Artysty, Słone Jezioro, czy wydmy. Ale więcej o tym – w kolejnym wpisie (przecież nikt nie jest w stanie, na raz, aż tyle czytać :P).

4. Yosemite!

Czwarte i ostatnie już miejsce, które chciałabym Wam polecić – to magiczny Park Yosemite, który z ogromną chęcią odwiedzę jeszcze raz – ale latem. Będąc w Yosemite w listopadzie trzeba się liczyć z tym, że sporo dróg i tras będzie zamkniętych. Ale nie wierzcie w to, że do serca tego miejsca nie będziecie w stanie dojechać samochodem bez łańcuchów (droga jest bardzo ładna i przejezdna). Post faktum, trochę żałowałam, że zdecydowałam się na podróż autobusem (w wypożyczonym samochodzie nie tylko nie miałam łańcuchów, ale również opon zimowych). Wiadomo, że jadąc samemu samochodem, nie jesteśmy niczym ograniczeni: czy to czasem, czy miejscem postojów. Ważna informacja jest taka, że będąc już w Yosemite możemy poruszać się albo pieszo, albo specjalnymi, darmowymi busikami (które zatrzymują się w najciekawszych miejscach Parku). Znajdziemy tutaj m.in. ogromny wodospad – Kaskadę, który liczy 740 metrów i tak naprawdę składa się z 3 wodospadów: górnego, środkowego i dolnego (widok naprawdę robi wrażenie). Kolejnym miejscem, które wywarło na mnie ogromne wrażenie to „Mirror Lake”, czyli lustrzane jezioro, w odbiciu którego dostrzec można drugi, odbity świat. Nie mogłam odżałować, że dojście na „Glacier Point” było o tej porze roku już zamknięte (z powodu śniegu, który pojawił się w wyższych partiach gór). Uśmiech na mojej twarzy powrócił, kiedy na naszej  drodze stanęli „krewni” kochanego przeze mnie w dzieciństwie Bambi. Co ciekawe, sarenki ani trochę się nie bały turystów i bardzo chętnie pozowały do zdjęć. Pobyt w Yosemite skończyliśmy dość wcześnie, bo około godziny 17, z dwóch powodów: o tej godzinie odjeżdżał nas autobus powrotny oraz z powodu ciemności, która szybko zapadła, a co za tym idzie – wszystkie punkty turystyczne zostały zamknięte, a w Parku Yosemite powiało grozą… Czekając na autobus, przez chwilkę miałam wizję noclegu pod chmurką i stoczenia nierównej walki o jedzenie z niedźwiedziami, przed którymi ostrzegały liczne znaki. Na szczęście autobus przyjechał na czas, a my bezpiecznie wróciłyśmy do miasteczka o nazwie Merced, gdzie miałyśmy kolejny nocleg. 🙂

Parkiem Yosemite kończę „best of the best” Kalifornii (z małym zahaczeniem o Nevadę). Mam nadzieję, że oba wpisy przypadły Wam do gustu, i że kiedyś, jak będziecie w USA, wpiszecie je na swoją listę miejsc, które warto zobaczyć. A ja, ze swojej strony obiecuję, że do Kalifornii jeszcze na blogu wrócę!  A póki co, życzę miłego dnia i mówię do następnego!

 

Continue Reading

USA – co zobaczyć w Kalifornii? Zachodnie wybrzeże cz. 1

Kilka dni temu zerknęłam w kalendarz i zorientowałam się, że mamy już grudzień! :O Serio? -pomyślałam. Czas brać się za porządki przedświąteczne i robienie listy prezentów. Ale zanim o tym tu przeczytacie (a zapewniam, że przeczytacie) to zapraszam na kilka słów a’propos minionego miesiąca. Listopad minął mi w błyskawicznym tempie, po części dlatego, że przez 16 dni byłam na wyczekiwanym z utęsknieniem urlopie. Po zeszłorocznej Azji, tym razem zdecydowałam się na przeciwny kierunek czyli Stany Zjednoczone. Był to mój trzeci pobyt w USA i choć najkrótszy, to równie udany. Odwiedziłam też miejsca, które na długo pozostaną w mojej pamięci i w które na pewno się jeszcze wybiorę. A Was zapraszam na moje subiektywne best of the best- czyli miejsca, które trzeba odwiedzić będąc na zachodnim wybrzeżu USA.

1. San Francisco!

Na sam początek idzie San Francisco. To właśnie do San Francisco miałam lot (z Berlina) i to tutaj spędziłam 4 pierwsze dni.  Choć przyznam szczerze, po pierwszym dniu miałam wątpliwości czy miasto to, znajdzie się w tym zestawieniu. To co rzuciło mi się w oczy po opuszczeniu metra to przeogromna ilość ludzi bezdomnych, żebraków i osób będących „pod wpływem” nie tylko alkoholu, ale też innych cięższych używek… Moje przerażenie minęło, gdy okazało się, że wystarczy wybrać alternatywną, równoległą ulicę, a niektóre miejsca po prostu omijać  (zrezygnujcie ze spaceru 6th Street, bo możecie przeżyć szok), ja przeżyłam zarówno szok jak i spacer wspomnianą 6 Ulicą. Natomiast osoby o mocnych nerwach, chcące zobaczyć, drugie, to mniej kolorowe oblicze San Francisco niech się wybiorą albo na „szósteczkę” albo co będzie jeszcze większym hardcorem Ellis Street). Zapominając jednak  o tych widokach, San Francisco oferuje nam cudowne przejażdżki oldschoolowymi tramwajami, ogromne zapierające dech w piersiach mosty, którymi przejazd samochodem już sprawia frajdę, mnóstwo pięknych zakątków, w które aż chce się zajrzeć i wzgórza… wzgórza i jeszcze raz wzgórza. To jedno z piękniejszych miast Stanów Zjednoczonych leży aż na 42 wzgórzach… co robi wrażenie, szczególnie jeśli trzeba po nich jeździć samochodem. Na ile najlepiej wybrać się do San Francisco? Moim zdanie przynajmniej tydzień. Ja będąc 4 dni, musiałam odpuścić kilka miejsc, które miałam na liście, czego nie mogę odżałować… Ale obiecałam sobie, że wrócę i nadrobię wszystko! Najwyżej nie będę spała! 🙂  (o szczegółach tego co widziałam w SF przeczytacie w innym wpisie).

2. Monterey!

Monterey – cudowne mniejsze miasteczko z mega klimatem. Miałam wrażenie, że czas tu płynie zdecydowanie wolniej niż w San Francisco. Jest to też świetne miejsce na odpoczynek od wielkiego miasta jakim jest to pierwsze, tym bardziej, że w 2-3 godzinki jesteśmy w stanie z San Francisco dotrzeć samochodem do tego malowniczego miasteczka. Znacie serial „Wielkie kłamstewka” z Nicol Kidman i Reese Whiterspoon? Jego akcja toczy się właśnie w uroczym Monterey. Ale to oczywiście nie jedyny powód aby tu zajrzeć. Osobiście polecam spacer Cannery Row, która kończy się Montery Bay Aquarium, czyli miejscem, gdzie można zapoznać się z podwodnym światem zatoki. My po oceanarium w San Francisco miałyśmy dość takich atrakcji i w ramach zaoszczędzonego czasu udałyśmy się na dalszą pieszą wędrówkę wzdłuż Ocean View Blvd. Był to naprawdę świetny pomysł, bo widoki były piękne. Nie wiedziałyśmy, że to dopiero początek tego co nas czeka. Po dość długim spacerze, kawie wypitej w kawiarni z cudnym widokiem (w której spotkałyśmy Polaków) udałyśmy się w kierunku Pebble Beach. Myśląc, że to  po prostu plaża, a nie cały resort z polami golfowymi ciągnącymi się tuż obok linii brzegowej i pięknymi punktami widokowymi, nie zagospodarowałyśmy odpowiednio dużo czasu, żeby móc na spokojnie, bez spoglądania na zegarek cieszyć się pięknym widokami. Także polecam (szczególnie w okresie jesienno-zimowym, kiedy ciemno robi się o 17) wybrać się tam z samego rana, bo naprawdę jest co podziwiać. Wjazd na teren Pebble Beach kosztuje 10$, otrzymujemy też mapę – a przesympatyczny strażnik, jeśli odpowiednio zagadamy, zaznaczy nam na niej najładniejsze miejsca, co jest bardzo przydatne jeśli nie mamy na zwiedzanie całego dnia. 🙂 Dwie rzeczy, których NIE WOLNO Wam ominąć będąc w Pebble Beach to: „Bird Rock Vista Point” i „Lone Cypress”. Nie będę Was też winić jeśli po drodze, samochód zatrzymacie setki razy i zrobicie milion zdjęć. 🙂 Z Pebble Beach od razu warto udać się do Carmel-by-the-Sea. Tym bardziej, że miasteczko to znajduję się przysłowiowy „rzut beretem” od Pebble Beach. Nie polecam zatrzymywać się tu na noc bo Carmel-by-the-Sea to urocze, choć drogie miasteczko, zamieszkiwane głównie przez artystów i milionerów. Ceny są tutaj zawrotne w porównaniu do leżącego przecież w niewielkiej odległości Monterey. Nie mniej warto Carmel odwiedzić, przespacerować się wąskimi (jak na Stany) uliczkami i odwiedzić, uważaną za jedną z piękniejszych plaż czyli Carmel Beach.

3. Big Sur!

To właściwie nie miejsce, a słynna trasa – droga nr 1 wzdłuż wybrzeża, która obfituje w tak piękne widoki, że tego aż nie da się opisać. Na nasze nieszczęście, podczas pobytu w USA „jedynka” była w remoncie – co oznaczało jej zamknięcie w okolicach miejscowości Lucia. Przyznam szczerze, że to trochę pokomplikowało nam plany, które zakładały przejazd Big Surem aż do Pismo Beach, gdzie miałyśmy nocleg. Czy jednak sprawiło, że z przejazdu słynną „jedynką” zrezygnowałyśmy? Absolutnie nie! Decyzja zapadła, że jedziemy nią tak długo jak na to pozwoli, aż do napisu „roboty drogowe” a następnie wracamy i udajemy się do Pismo Beach drogą szybszą, mniej przyjemną, po prostu zwykłą 3-pasmówką. Na drugi dzień natomiast pojechałyśmy Big Surem od drugiej strony, do punktu gdzie można zobaczyć lwy morskie wylegujące się na plaży, czyli Elephant Seal Rookery w okolicach San Simeon. W gratisie udało nam się też dostrzec wieloryby, co było zjawiskiem absolutnie magicznym i nieporównywalnym do niczego. I choć zajęło nam to dwa razy więcej czasu to z czystym sumieniem mogę napisać, że było warto. Jest to najpiękniejsza trasa, jaką było mi w życiu pokonać, a przewodniki turystyczne w żadnym stopniu nie koloryzują. Ochy i achy są tu jak najbardziej wskazane! 🙂 Kto nie jechał Big Surem ten nie widział prawdopodobnie najcudowniejszych widoków w swoim życiu!

4. Pismo Beach!

Kolejna nadmorska mieścina, która mi kojarzy się z setkami surferów, którzy od samego rana próbują złapać najlepszą falę, ogromnym molo i pyszną włoską restauracją tuż przy naszym zajeździe. Trochę żałuję, że nie miałam czasu powłóczyć się po Pismo Beach, bo to co zobaczyłam bardzo mi się spodobało. Chodząc po plaży, zerkając na ogromne pale podtrzymujące molo, poczułam naprawdę dobrą energię. Chciałabym tu wrócić bo niewątpliwie jest to magiczne miejsce!

5. Santa Barbara!

Czas na ostatnie miejsce w tym wpisie, czyli wisienkę (a nawet – truskawkę) na torcie! Santa Barbara, czyli miejsce, które początkowo chciałam ominąć, nie zjeżdżając nawet z trasy. Na szczęście poszłam po rozum do głowy a właściwie napisałam do mojej przyjaciółki, która kilka lat temu odwiedziła Kalifornię, w tym również Santa Barbarę. Po gorącej rekomendacji tego miejsca postanowiłam dać mu szansę. I nie zawiodłam się. Miasto choć widać, że bardziej wymuskane niż inne mniej turystyczne miejscowości ma w sobie urok. Fajnie też popatrzeć czasem „w realu” na najpiękniejsze ujęcia z widokówek czy kadry z filmów. Santa Barbara to ładna plaża, duże molo, na którym tętni życie i port… a także mnóstwo knajp i knajpeczek gdzie można zjeść coś dobrego. Co ciekawe molo świętej Barbary jest udostępnione nie tylko dla pieszych, ale i dla poruszających się samochodami, co bardzo ułatwia leniwym Amerykanom życie. Spacerując po nim można też wypożyczyć sobie wędkę i zrelaksować się łowiąc ryby! Czyż to nie cudowna opcja? 🙂 Ja niestety nie miałam zbytnio czasu na wędkowanie. Zjadłam ogromnego jedno-gałkowego z założenia loda (który wyglądał jak cztero-gałkowiec w Polsce) zrobiłam kilka zdjęć i pomknęłam dalej, w kierunku Los Angeles… Ale to już temat na kolejny wpis… 🙂

 

Continue Reading