Olejowanie włosów- hit czy kit?

Tłusta robota

Przyznam szczerze, że jak na osobę, która jest kosmetycznym freakiem  w jednym temacie wciąż wiedziałam niewiele. Ba! Nadal raczkuję, ale w końcu by coś dobrze poznać musimy zrobić pierwszy krok ku odkryciu. Mowa o olejowaniu włosów. Miałam w swoim życiu kilka podejść do tematu, każde kończyło się na przeczytanym leadzie jakiegoś wpisu, czy artykułu. Myślałam sobie: przecież moje włosy są zdrowe, mam ich całe mnóstwo, błyszczą, lśnią, zawsze jakoś wyglądają. Myślałam, że w moim przypadku olejowanie nie jest konieczne. Nic bardziej mylnego, jak się okazało…

Moja blond głowa przechodziła kilka eksperymentów, a zdecydowanie najbardziej szkodzi im farbowanie. Do największego koszmaru w kwestii włosów zaliczam ich rozczesywanie po umyciu. Są poplątane w ten charakterystyczny sposób, bardzo suche i kruche. Kiedy więc usłyszałam, że olejowanie chroni włosy podczas farbowania stwierdziłam, że muszę ten temat zgłębić i rozebrać na części pierwsze.

Na czym to polega?

Olejowanie włosów to po prostu nakładanie kilku kropel naturalnych olei na włosy. Nie ma większego znaczenia czy będą one suche czy wilgotne. W zależności od potrzeb nakłada się specyfik na same końcówki lub także na skórę głowy i włosy na całej długości. Wybór oleju jest bardzo ważny, a na rynku dostępne są między innymi takie jak: palmowy, rycynowy, migdałowy, kokosowy, morelowy, z awokado, kukurydziany, lniany, sezamowy, słonecznikowy, rozmarynowy i wiele innych. O każdym z nich znajdziecie kilka słów w Internecie.
Korzyści z olejowania są ogromne! Po kuracji włosy stają się odżywione, elastyczne, pełne blasku, odporne na zniszczenia, bardo sprężyste. I muszę tu użyć ulubionej formułki reklamodawców: już po pierwszym stosowaniu. Naprawdę! Dobroczynne składniki olejków wnikają głęboko w strukturę włosa i cebulek. W rezultacie skalp jest zdrowy, normuje się wydzielanie serum, komórki są dotlenione.

Co może pójść nie tak?

Zabieg wydaje się prosty z pozoru, ale można popełnić kilka błędów, które przeszkodzą w osiągnięciu odpowiednich rezultatów. Przede wszystkim:
→Nie należy nakładać oleju na bardzo brudne, tłuste już włosy. Może to spowodować nadmierne ich wypadanie.
→Nie można przesadzić z ilością oleju. Lepiej jest wykonać zabieg dwa razy w tygodniu niż raz z podwójną dawką produktu (ok. 2ml oleju będzie wystarczające). Co jeśli już zdarzy Wam się wylać na włosy za dużo olejku? Dodatkowo należy zaaplikować odżywkę lub maskę by zemulgować olej.
→Nie każdemu olejowanie służy, nie ma więc sensu usilnie poddawać włosy tym zabiegom, skoro ewidentnie nie przynosi to efektu. Włos włosiu nierówny.

Klucz do sukcesu

Tak jak w przypadku innych zabiegów, które stosujemy w domowym zaciszu, tak i olejowanie wymaga od nas po prostu regularności. Jeśli będziemy fundować sobie takie Spa tylko wtedy gdy nam się akurat o tym przypomni, to nie doszukujmy się w lustrze efektów. Wybierz zatem dwa dni w tygodniu i staraj się tego trzymać.

Mój wybór

Spośród wszystkich dostępnych na rynku olejków mi najbardziej do gustu przypadł  olej makadamia (więcej na jego temat TUTAJ). Jego skład jest zbliżony do budowy ludzkich komórek. Zawiera nienasycone kwasy tłuszczowe, witaminy B, E i A, lecytynę i właśnie sam skwalen, czyli to co znajduje się w płaszczu lipidowym skóry. Jego zapach jest bardzo przyjemny, a włosy po zabiegu gładkie, łatwe do rozczesania i błyszczące.  Olejek ten zapobiega rozdwajaniu końcówek. Jest także nazywany „znikającym olejkiem”, ponieważ włosy i skóra głowy wchłaniają każdą jego ilość. Naprawdę potrafi uratować zniszczone zabiegami fryzjerskimi czupryny. Dla mnie stał się obowiązkowym elementem dostępnym w łazience. Czytając o nim więcej znalazłam dla niego kilka innych zastosować, ale to już temat na odrębny wpis. Dodam jeszcze tylko, że olej makadamia składa się z kwasów tłuszczonych jednonienasyconych, co sprawia, że jest lepszy niż oliwa z oliwek. Póki co jednak cieszę się, że tak dobrze dba o witalność moich cebulek włosów!

Continue Reading

Brazylijski sposób na pielęgnację włosów!

Dziś przeczytacie kilka słów o lecie i… o włosach. Nie wiem, czy warto kłamać, że wiosna minęła równie szybko jak się pojawiła, bo właściwie wcale jej było. Czy ubolewam? Trochę tak… wiosna to dla mnie coś więcej niż tylko pora roku. Wiosną często wszystko ma swój początek :), więc ciężko mi zbudzić się z zimowego snu i od razu zaaklimatyzować  w środku lata. Na takie przystosowanie nie mają również czasu nasze czupryny, które nagle wychodząc spod czapki, narażone są na silne promienie słoneczne, co jak wiadomo może je wysuszać. Jak więc pielęgnować nasze włosy, aby były zdrowe, nawilżone, mocne i zawsze wyglądały pięknie? Mnie pomogła seria kosmetyków do włosów marki g-synergie Brazilian Keratin. Odkąd używam jej do codziennej pielęgnacji głowy, za każdym razem czuję się wyjątkowo i to właśnie dzięki moim włosom, bo są jednym z głównych czynników (zaraz po makijażu oczywiście!), które powodują, że czuję się pięknie.

Moje włosy myję (prawie) codziennie, codziennie też używam suszarki i prostownicy. Przy wyborze szamponu,  odżywki i olejków zwracam więc uwagę na to aby nie obciążały mojego blond cuda. Przyznaję szczerze, że po kilku nietrafionych wyborach wreszcie odetchnęłam z ulgą, gdyż z pomocą przyszła mi marka g-synergie.

Szampon zwiększający objętość

Przede wszystkim nie zawiera SLS, a zawarte w nim naturalne białka keratyny odbudowują strukturę włosów.  Producent obiecuje, że produkt potrafi zamknąć łuskę, poprawić kondycję i zwiększyć połysk włosów. Faktycznie po tygodniu stosowania szamponu w asyście serum lub odżywki (nigdy nie stosuję podwójnego obciążania, więc jeśli po umyciu chwycę za odżywkę, to nie nakładam na włosy olejku i odwrotnie) moje włosy pięknie się błyszczą i nie jest to efekt przetłuszczenia. Co ważniejsze, kosmetyk ten nie zawiera soli i jest idealny dla osób, które zafundowały sobie keratynowe prostowanie włosów. Dla mnie bomba!

Odżywka zwiększająca objętość

Tak jak mówiłam, nie dubluję pielęgnacji odżywką i olejkiem. Jednak moje włosy trzeba przyznać, nie są w złej kondycji, nie mam większych problemów z ich nawilżeniem. Tak jak szampon, odżywka zawiera naturalne białka keratyny i odbudowuje strukturę włosów. Również jest zalecana dla osób, które keratynowo prostowały włosy. Przyznam szczerze, że ze wszystkich kosmetyków do włosów, odżywki zajmują u mnie ostatnio miejsca w klasyfikacji. Zdecydowanie wolę olejowanie.

Dlatego też serum intensywnie nawilżające to mój zdecydowany faworyt tej serii! Pomimo,  że moje włosy są zdrowe, to jednak zawsze po umyciu mam spory problem z ich rozczesaniem. Bardzo nie lubię tego etapu i choćbym zaopatrzyła się w miliona różnych szczotek i grzebieni, problem zawsze jest. Stop. Problem zawsze był, dopóki nie nałożyłam na wilgotne włosy kilku kropel serum marki g-synergie. Nagle moje włosy udało się rozczesać za jednym pociągnięciem pierwszym lepszym grzebieniem. Producent obiecuje, że serum wzmacnia mieszki włosowe i łamliwe końcówki. O tym więcej będę mogła powiedzieć po dłuższym stosowaniu produktu, ale czuję, że to mój strzał w dziesiątkę! Muszę tu jeszcze wspomnieć o zapachu, który utrzymywał się na włosach do końca dnia i co jakiś czas dyskretnie o sobie przypominał.

Ostatnim produktem z tej serii jest intensywnie nawilżająca maska do włosów. Tak jak wszystkie wyżej wymienione produkty, maska również nie zawiera SLS. Ma za zadanie naprawić uszkodzone, zniszczone przez zabiegi fryzjerskie włosy. W moim przypadku będzie to farbowanie, a odkąd wróciłam do koloru blond, tym bardziej staram się raz w tygodniu zafundować moim włosom takie SPA. Poprawa elastyczności i podatności na układanie zauważona już po pierwszym użyciu mówi sama za siebie. Maskę trzymałam na głowie około 15 minut (producent zaleca trzymać ją od 10 do 25 minut), później dokładnie spłukałam produkt letnią wodą. Fryzurę ułożyłam błyskawicznie bez specjalnej udręki.

Trudno jest pisać tak jednoznaczne opinie, ale jestem przekonana, że jeśli wypróbujecie te kosmetyki, to ciężko będzie Wam wrócić do typowych drogeryjnych, komercyjnych produktów.  Ja zakochałam się w tej pachnącej Brazylią serii i wiem, że długo musiałabym szukać zamienników, które spełnią moje oczekiwania. Fakt, że nie oszczędzam swoich włosów od teraz już nie spędza mi aż tak bardzo snu z powiek.

Continue Reading

Odkrycia kosmetyczne 2017 roku!

Nowy rok! Nowa ja i nowy sposób myślenia. 2018 wydaję się całkiem fajną liczbą i jestem pewna, że będzie on rokiem przełomowym w moim życiu. Zanim jednak zacznę na maksa z niego korzystać i wyciskać każdy dzień, godzinę, a nawet minutę to czas podsumować to co już odeszło, czyli dobry, stary rok 2017.

Był on rokiem wielu podróży, nowych znajomości, umacniania starych przyjaźni, a także weryfikacji pewnych osób i sytuacji. Ale nie o tym jest ten wpis, bo 2017 rok to też rok kiedy na poważnie zajęłam się tematem makijaży, które zawsze gdzieś tam pojawiały się w moich planach i marzeniach, ale których nie miałam odwagi spełnić. Teraz (o rok starsza! I mądrzejsza!) wiem, że warto próbować… i nawet jeśli na początku skutki będą mało satysfakcjonujące, to zawsze będzie to kolejny malutki kroczek do przodu. A przecież o to chodzi!

Makijaże i świat kosmetyków tak zawładnął moim sercem, że oszalałam na punkcie testowania nowych produktów. Podczas tego całego kosmetycznego szaleństwa trafiłam na wiele produktów, które mnie rozczarowały, a ich jakość pozostawiała wiele do życzenia. Ale również i na takie, które okazały się absolutnymi perełkami i które z czystym sumieniem mogę Wam polecić. Chcecie wiedzieć co znalazło się na liście kosmetycznych odkryć roku 2017?

Czytajcie dalej!

Paletka Anastasia Beverly Hills- Prism

Choć produkty Anastasii są już znane w światku makijażystek i osób, które interesują się makijażami od dobrych kilku lat, ja dopiero w tym roku zapoznałam się z tymi kosmetykami. Będąc w San Francisco, weszłam do tamtejszej Sephory, obejrzałam, „pomacałam” i przepadłam. Świetna pigmentacja i kolory to rzeczy na które ja bardzo zwracam uwagę w przypadku palet cieni. Tutaj mamy jedno i drugie! Pracuję się nimi cudownie, a kolor nie znika z powieki po kilku godzinach „noszenia”. Warto też podkreślić, co jest bardzo ważne w przypadku osób, które dopiero zaczynają przygodę z makijażem, że cienie blendują się bardzo ładnie, co znacznie ułatwia nam wykonanie perfekcyjnego makijażu. Jedynym minusem palety jest cena, która w Polsce jest znacznie wyższa niż w USA. Także jeśli będziecie miały okazję zdobyć ją w cenie w jakiej dostępna jest w Stanach Zjednoczonych- nie wahajcie się!

Kredka do brwi Anastasia Beverly Hills

Kolejny produkt Anastasi bez którego nie wyobrażam sobie obecnie mojego codziennego makijażu to kredka do brwi. Moja jest w odcieniu dark brown . Szczerze przyznam, że nie wiem co jest w tych produktach takiego, że dają taki rewelacyjny efekt? No bo niby kredka, jak kredka, a jednak różnice widać gołym okiem. Trwała, precyzyjna i w wygodnym opakowaniu. Z jednej strony znajduję się wykręcany rysik, ścięty po skosie, a z drugiej szczoteczka do wyczesywania brwi. Czytałam opinie w internecie, że kredką tą nie da się uzyskać naturalnego efektu, co moim zdaniem jest bzdurą. Wszystko zależy od intensywności nacisku i koloru jaki wybierzecie. Ja akurat lubię mocniej podkreślone brwi, także taki intensywny efekt, który w łatwy sposób osiągniemy jak najbardziej mi odpowiada.

Transparenty puder utrwalający makijaż Laura Mercier

Puder, który stał się moim numerem jeden. Mocno zmielony, o ładnym odcieniu, świetnie utrwala makijaż, nie pozostawiając na buzi białych plam. Używam go przede wszystkim do utrwalenia korektora pod oczy, bo jako jeden z nielicznych nie wchodzi w zmarszczki i nie podkreśla suchych skórek. Dla mnie dużym plusem jest również ogromne wręcz opakowanie, które pewnie zwykłemu śmiertelnikowi wyda się za duże, ale dla osoby wykonującej makijaże na sobie i klientkach będzie zbawieniem. Muszę też podkreślić, że produkt ten nie daje całkowitego matu, a ładne satynowe wykończenie. Skóra dzięki temu wygląda świeżo  bardziej naturalnie. Mój ulubiony sposób aplikacji? Mokrym Beauty Blenderem. Jedyna wada to tak jak w przypadku Anastasi cena. Ale jeśli nie robicie zawodowo makijaży możecie kupić produkt na spółę z przyjaciółką bądź mamą i podzielić się po połowie. Inną opcją jest tropienie promocji w Douglasie. Wtedy puder można kupić nawet z 20% rabatem. 🙂

Podkład MAC- Matchmaster

Podkład MACa to mój zakupowy eksperyment, który niesowicie się udał. Mimo iż produkt ma skrajnie różne opinie to w moim przypadku spisuję się świetnie! Matchmaster (mój w odcieniu 1,5) idealnie stapia się z kolorem skóry. Nie zauważyłam też wysypu wyprysków na który narzekają niektóre panie, a wierzcie mi, że moja skóra jest z rodzaju tych bardzo kapryśnych i wrażliwych. Ci którzy śledzą mojego bloga od dłuższego czasu, doskonale wiedzą, że moim faworytem wśród podkładów jest Estee Lauder Double Wear. Ten może i nie zdetronizuję Double Wear’a, ale świetnie sprawdzi się jako jego zamiennik. Sięgam po niego, kiedy mam ochotę na delikatniejsze krycie. Pamiętajcie jednak, że nie jest to podkład matujący, także zwolenniczkom matu na buzi-odradzam. Ale tym z Was, które lubią świeży, długotrwały efekt polecam wypróbować. W duecie z pudrem Laury Mercier dają piękny rezultat na skórze.

Produkty Kiehl’s

Produkty Kiehl’sa to moje pielęgnacyjne odkrycie 2017 roku. Zarówno krem „Ultra Facial Cream” jak i  koncentrat na noc „Midnight Recovery” to obecnie moje pielęgnacyjne niezbędniki. Tego pierwszego używam codziennie pod makijaż. Jako jeden z nielicznych świetnie nawilża i współpracuję ze wspomnianym wcześniej podkładem Double Wear Estee Lauder. Ma lekka, nietłustą konsystencję, ale o tym  już wspominałam, także nie będę się rozpisywać tylko odeślę Was do tego wpisu–> KLIK

Natomiast ten drugi oprócz tego, że świetnie pachnie, to również rozpieszcza i pielęgnuję moją skórę podczas snu. Na dłonie nabieram dosłownie kropelkę, rozcieram i nakładam (wklepując dłońmi) na twarz. Rano budzę się z wypoczętą, promienną i dobrze nawilżoną buzią. Taki właśnie efekt chciałam uzyskać stosując różnego rodzaju kremy, ale udało się to dopiero od kiedy do mojej kosmetyczki trafiły produkty firmy Kiehl’s. Jeśli boicie się jak Wasza skóra zachowa się w zetknięciu z tymi produktami, to polecam wybrać się do sklepu stacjonarnego Kiehl’sa gdzie dostaniecie darmowe próbki.

I to wszystko jeśli chodzi o kosmetyczne odkrycia roku 2017. Mam nadzieje, że rok 2018 przyniesie kolejne pielęgnacyjne i makijażowe perełki. Dajcie znać o swoich odkryciach, albo ulubieńcach bo jak zwykle chętnie przetestuję nowe produkty. 🙂 Do następnego!

 

 

 

Continue Reading

Mała Czerwona!

Jesień w tym roku nas nie rozpieszcza. Ładnych, słonecznych dni jest jak na lekarstwo, dlatego jeśli tylko praca mi pozwala każdą wolną chwilę wykorzystuję na aktywność na świeżym powietrzu. Staram się nie dawać jesiennej chandrze, która podstępnie próbuję mnie dopaść na wszelkie sposoby. Będę szczera, miewam gorsze dni, w których moja motywacja do czegokolwiek spada do zera. Wtedy mam ochotę wskoczyć w dres, ciepłe skarpety i zaszyć się pod kołdrą z kieliszkiem wina i przezimować resztę paskudnych dni w takim właśnie stanie. Na szczęście w moje ręce znowu ostatnio wpadła, właściwie spadła (i to dosłownie… z półki) książka Reginy Brett „Jesteś cudem- 50 lekcji jak uczynić niemożliwe możliwym”. Jest to książka choć pisana prostym językiem, to podejmująca ważne tematy, o których często boimy się rozmawiać. Polecam z całego serca. Myślę, że to idealna lektura na jesienne wieczory. A przechodząc do dzisiejszej stylizacji, to jeden z tych zestawów, w które chętnie wskakuję jak tylko robi się ładnie. W tym sezonie kolor czerwony znowu wraca do łask. „Mała czerwona” jest więc idealnym wyborem na cieplejsze dni. Do niej wystarczy dobrać czarne dodatki i już mamy elegancki i modny look. A Wy, na jaki kolor stawiacie jesienią? Dajcie znać w komentarzach! Do następnego! 🙂

Foto: Dorota Siemianów

Sukienka- Orsay

Kozaki- Orsay

Płaszczyk- De Facto

Torebka- Mohito

Zegarek- Daniel Wellington

Bransoletka- Lilou

Kapelusz-Lilou

 

 

 

Continue Reading

Try Me Box- edycja październikowa!

W moje ręce znowu trafiło pudełeczko Try Me Inspired By, które świetnie już znacie z tego wpisu (KLIK). Tym razem w boxie pojawiły się inne produkty, a właściwie próbki produktów, które z przyjemnością przetestowałam. Ile wynosi cena za taki zestaw? Bez zmian 19 zł plus koszty przesyłki, a „radochy” z testowania nowości kosmetycznych co niemiara. O korzyściach z zamówienia takiego pudełeczka pisałam już wcześniej, dlatego dzisiaj od razu przechodzę do konkretów, czyli do zawartości.

Babeczka do kąpieli – Aromatella!

Pierwsze co przykuło moją uwagę, a właściwie uwagę mojego nosa, po otworzeniu paczuszki, to piękny zapach, którego sprawcą była urocza babeczka do kąpieli – Aromatella. Zastanawiałam się na Insta Story do czego można byłoby przyrównać ten zapach? Moje typy były błędne, bo nie wpadłam no to, że cudowny zapach tworzy połączenie nut kokosa i słodkich owoców leśnych. Mądrzejsza o wiedzę z ulotki ^^ polecam Wam to słodkie cudo. Jestem pewna, że każdy, nawet najgorszy, jesienny dzień będzie o niebo lepszy po kąpieli w wannie, w której będziesz mogła poczuć się jak królowa słodkości. Mała rzecz, a cieszy i co najważniejsze – nie tuczy! Jest to pełnowymiarowy produkt, który w normalnej sprzedaży kosztuje 12 zł za sztukę.

L’orient – hydrolat i HerbOlive – mini krem do ciała z oliwą z oliwek!

Kolejnym pełnowymiarowym kosmetykiem jest hydrolat kwiatów róży damasceńskiej w atomizerze Firmy L’orient. Nie wiem czy wiecie, ale róża damasceńska ma bardzo silne działanie nawilżające. A wspomniany hydrolat ma nam zapewnić odpowiednie napięcie skóry, poprawić jej koloryt, ale również przynieść ukojenie. W moim przypadku produkt świetnie sprawdza się jako mgiełka odświeżająco – nawilżająca (używam jej w ciągu dnia). Świetne właściwości, cudny zapach i wygodne opakowanie sprawiły, że na dobre polubiłam tą mgiełkę… co sprowadza się do tego, że na stałe zagościła w mojej torebce. Cena produktu w normalnej sprzedaży to 34 zł.

Krem do ciała – Argan Oil, ma przyjemną konsystencję, szybko się wchłania, ale niczym specjalnym się nie wyróżnia. Za to krem do rąk z tej samej firmy, o czym pisałam Wam w poprzednim wpisie opisującym pudełko Try Me, jest naprawdę świetny!

Próbki kremów!

To co jeszcze zostało mi do przetestowania z cudownego pudełeczka – to pojedyncze próbki różnych kremów, fluidów czy żeli złuszczających: krem do twarzy z glinką Luvos i olejkiem z pestek moreli, antyperspirujący odżywczy krem do stóp ManFoot, aksamitny kompres do opuchniętych nóg i stóp Biały Jeleń i nawilżający krem do ciała Barnangen. Niestety żaden z tych produktów mnie nie zachwycił. Jedyną próbką kosmetyku, który zasługuje na uwagę jest wzmacniający strukturę skóry krem na noc z Firmy Aube.

 

Tak prezentuje się kolejne pudełeczko Try Me! Produktami, które  według mnie zasługują na uwagę w tej edycji są znowu kosmetyki pełnowymiarowe czyli mgiełka/hydrolat i babeczka do kąpieli.

A Wy co myślicie? Mieliście już do czynienia z boxem Try Me? Jeśli nie, możecie je zamówić TUTAJ! A może któryś z tych produktów testowaliście w normalnej wersji, a nie próbce? Dajcie znać w komentarzach! Buziaki i do następnego!

Continue Reading