Korfu – pomysł na 3-dniowy wypad na grecką wyspę!

Dzisiaj przychodzę do Was z wpisem, który jest gotowym planem na 3 dni (niecałe) na Korfu. Idealna sprawa na spędzenie wiosennego weekendu w towarzystwie ukrytych, przepięknych plaż, dobrego jedzenia i ładnej pogody. Postanowiłam, że rozpiszę Wam po kolei jak wyglądał nasz wypad, co robiłyśmy, gdzie spałyśmy i ile nas to kosztowało. Gotowi? No to zaczynamy.
Na Korfu najlepiej, moim zdaniem wybrać się w kwietniu, jest to termin jeszcze poza sezonem, dlatego niektóre knajpki są nadal zamknięte, ale spokojnie można coś fajnego i pysznego znaleźć. Plusów kwietniowego wypadu jest natomiast dużo więcej. Z tych najważniejszych jakie przychodzą mi do głowy to kwestie finansowe, ceny nie są tak wygórowane jak podczas wakacyjnych miesięcy, upał tak nie doskwiera (temperatura była na poziomie 20 stopni) i brak jest dzikich tłumów, które w sezonie będą okupować plaże i szaleć na drogach, które do lekkich i przyjemnych nie należą. Im mniej samochodów na trasie tym lepiej, wierzcie mi na słowo. 🙂 Czasami jest tak wąsko, że człowiek zastanawia się czy to nadal jest droga dla samochodów, ale o tym później…
Zacznijmy od biletu lotniczego. Bardzo fajne połączenie można znaleźć na trasie Poznań- Corfu i taką opcje my również wybrałyśmy. Lot w obie strony z dwoma bagażami podręcznymi (w tym jednym większym, 10-cio kilowym) i pierwszeństwem wejścia na pokład kosztował 370 zł. Wylot miałyśmy z Poznania w piątek o 12.50 (na miejscu byłyśmy około 16 lokalnego czasu), a powrót o godzinie 18 w niedziele (w Poznaniu byłyśmy 19.20 czasu polskiego). Na Korfu jest godzina później, stąd te rozbieżności jeśli chodzi o czas lotu.
Noclegu szukałam zarówno na airbnb jak i na bookingu i chociaż jestem ogromną fanką tego pierwszego to tym razem korzystniejsze warunki (stosunek jakości do ceny) znalazłam na bookingu. Zatrzymałyśmy się w uroczym małym pensjonacie (tak to chyba powinnam nazwać) z przepięknym widokiem- Ipsia Apartments. Dom znajdował się na wzgórzu dlatego widok z tarasu i ogrodu, który był do naszej dyspozycji, był tak oszałamiający. Życzliwy właściciel, który był bardzo otwarty i pomocny, czyste, zadbane wnętrze i niska cena, sprawiły, że chętnie bym tam wróciła. Jedyny minus o którym muszę wspomnieć to fakt, że na górkę musiałyśmy się wspiąć na piechotę bo nasz samochód odmówił posłuszeństwa i przy pierwszym (tym mniej stromym jak się później okazało podjeździe) zgasł. Całe w strachu (jak to dwie baby za kierownicą) postanowiłyśmy zostawić samochód na dole, a my same po około 10 minutach marszu byłyśmy na miejscu. Cena za dwie noce to około 100 zł na osobę.
Samochód wynajęłyśmy z wypożyczalni Greenmotion, którą w sumie średnio mogę polecić. Wypożyczalnia Greenmotion była najtańsza, ale obsługa pozostawiała wiele do życzenia. Nie dostałyśmy zarezerwowanej wcześniej Skody Citigo z klimatyzacją, tylko bardzo styranego (greckimi ulicami) Fiata Pande (bez klimy). Jedyny plus tego, że nasz model był obdrapany z każdej możliwej strony był taki, że nawet gdybyśmy zrobiły dodatkową ryskę, czy dwie, o co nietrudno w Grecji, nikt by tego nie zauważył. 🙂 Pamiętajcie też, jeśli będziecie zwracać auto w niedziele, żeby zatankować je z samego rana, bo później 4 na 5 stacji po drodze będzie zamkniętych. A jeśli nie zwróci się samochodu z taką samą ilością paliwa jak przy odbiorze, to zostaniecie obarczeni dodatkową, dużo wyższą opłatą. Cena za wynajem samochodu z dodatkowym ubezpieczeniem to 170 zł, tankowałyśmy tylko raz za 20 euro.
Jak wyglądał nasz plan podróży krok po po kroku:
W piątek nie pozostało nam już wiele czasu na zwiedzanie… po odebraniu samochodu z wypożyczalni, zameldowaniu się w Ipsia Apartments zrobiła się godzina 18, czyli do zachodu słońca miałyśmy dwie godziny. Postanowiłyśmy wybrać się do Porto Timoni. I choć Porto Timoni oddalone było od naszego noclegu tylko jakieś 30 kilometrów, to podróż krętymi greckimi drogami zajęła nam dobrą godzinę. Po dotarciu do miejscowości Afionas (gdzie zostawiłyśmy samochód) trzeba było troszeczkę dojść do miejsca skąd rozciąga się pocztówkowy widok na Porto Timoni. Po 20 minutach marszu trafiłyśmy na taki oto widok. Jeden z piękniejszych jaki widziałam podczas tej podróży.
W drodze powrotnej, z różnych punktów widokowych, podziwiałyśmy zachód słońca. A po drodze do miejsca gdzie miałyśmy nocleg zatrzymałyśmy się w bardzo fajnej lokalnej knajpce, w której jedli praktycznie sami Grecy, a to dobry znak. Jeśli chodzi o menu to obowiązkowym punktem który powinien pojawić się na Waszych talerzach jest moussaka i sałatka grecka. Za 2 mousaki, 2 sałatki greckie, kieliszek wina i herbatę zapłaciłyśmy 23 euro. Niestety nazwy restauracji nie pamiętam, a na mapie też jej nie mogę znaleźć, także musicie mi wybaczyć i szukać w tym przypadku czegoś na własną rękę. Ale jakby to Magda Gessler powiedziała, przechodząc obok restauracji musi pachnieć jedzeniem. 🙂 Idąc tym tropem na pewno dobrze traficie.
Dzień drugi czyli sobotę, zaczęłyśmy od śniadania na tarasie, podziwiając cudny widok, który mogliście zobaczyć na insta stories. Później udałyśmy się na nieźle ukrytą, prawie bezludną plażę Limni. Żeby do niej dojść trzeba zostawić samochód przy drodze, a następnie powoli spacerkiem zejść w dół, przechodząc przez gaj oliwny. Znaki są mało widoczne, dlatego trzeba iść na tak zwanego „czuja”. My weszłyśmy w pierwszą ścieżkę, która wyglądała w miarę porządnie i doszłyśmy. Można powiedzieć więcej szczęścia niż rozumu ;). Ale jeśli jakimś cudem pomylicie drogę to na pewno dojdziecie w inne piękne miejsce, także nie bójcie się i odkrywajcie nowe wspaniałe zakątki i prawie opustoszałe (przynajmniej w kwietniu) plaże.
Następną naszą destynacją był Canal D’Amour czyli Kanał Miłości, który zrobił na mnie największe wrażenie. Termin w którym się wybrałyśmy (kwiecień) był strzałem w dziesiątkę, bo kanał tak bardzo oblegany przez turystów latem był tylko do naszej, i jeszcze kilku osób, dyspozycji. Legenda głosi, że dziewka, która przepłynie kanał, znajdzie miłość na całe życie. Nie wiem, nie próbowałam, ale pisałyście mi na instagramie, że kanał przepłynęłyście już jakiś czas temu, a męża, albo chociażby kandydata na narzeczonego nadal brak. 🙂
Po Kanale Miłości chciałyśmy się udać do knajpki o nazwie 7th Heaven, ale niestety była zamknięta. Szkoda, bo wyglądała naprawdę super, a widok jaki się z niej rozciąga to ponoć najlepsze miejsce na wyspie do podziwiania zachodów słońca.
Niedziele natomiast spędziłyśmy w Corfu Town, czyli cudownym miasteczku z wąskimi bardzo włoskimi uliczkami, pięknymi kamieniczkami i mnóstwem sklepów z pamiątkami. Także jeśli chcecie zrobić zakupy dla najbliższych, to Corfu Town będzie świetnym rozwiązaniem, na pewno znajdziecie tu to czego szukacie. Pamiętajcie też, żeby do Corfu Town udać się w miarę wcześnie, bo później znalezienie miejsca parkingowego może graniczyć z cudem. Jeśli chodzi o jedzenie to z całego serca polecam knajpkę która się nazywa Pane e Souvlaki, jeśli będziecie mieć trochę szczęścia (tak jak my) to dostaniecie stolik na niewielkim balkonie z którego rozpościera się wspaniały widok na pobliski plac. W Pane e Souvlaki jadłyśmy oczywiście souvlaki, czyli mięso grillowane na patyku z frytkami i oczywiście sałatkę grecką. 🙂 Corfu Town jest oddalone tylko 6 minut drogi od lotniska, także to idealne rozwiązanie na ostatni dzień pobytu.
I to by było na tyle, w 3 dni zwiedziłyśmy tylko, albo aż tyle. Zależy jak na to spojrzymy ;). Naszym głównym celem było wypocząć, niespiesznie zwiedzić sobie najpiękniejsze zakątki wyspy i podelektować się pysznym greckim jedzeniem. Jeśli macie jakieś pytania, śmiało piszcie, ja chętnie na nie odpowiem. 🙂
Continue Reading