Dolina Śmierci w Kalifornii! Zachwycająco-przerażająca!

Dolina Śmierci w Kalifornii to miejsce tak zachwycające, że aż trudno mi je opisać słowami… Żeby ten post miał jakikolwiek sens, bo ileż można używać „ochów” i „achów” postanowiłam skupić się na zdjęciach. Myślę, że one najlepiej oddadzą panujący tam „klimat”.  Moim skromnym zdaniem, będzie to przepiękna foto-opowieść do tego jakże magicznego miejsca. Przespacerujemy się pustynnymi wydmami, staniemy na szczycie krateru i obejrzymy „paletę artysty”.

Zanim jednak przejdziemy do zdjęć, przyda się kilka informacji praktycznych, szczególnie jeśli myślicie, żeby w niedalekiej przyszłości odwiedzić to miejsce.

Death Valley to jedno z NAJgorętszych, NAJsuchszych i NAJniżej położonych miejsc na świecie. To najgorętsze miejsce w całych Stanach (w lipcu 1913 roku padł tam rekord temperatury – meteorolodzy z Furnace Creek zaobserwowali na termometrach 56,7 st. C). Uff jak gorąco, prawda?… Nie potrafię sobie nawet wyobrazić tak wysokiej temperatury…  Wierzcie mi na słowo – złowieszcza w Dolinie Śmierci jest nie tylko nazwa, czy temperatura, również niektóre krajobrazy przyprawiają o ciarki.

-> Absolutnie odradzam podróż do Death Valley latem, temperatury w dzień przekraczają tam 40 stopni Celsjusza, a i w nocy często nie spadają poniżej 30 stopni,

-> Pamiętajcie, że wjazd na teren Doliny Śmierci jest płatny. To, że (poza sezonem) stoi tam tylko automat z biletami, którego nikt nie pilnuje, nie oznacza, że można pominąć uiszczenie opłaty. Nie ma szlabanów, ani ochrony, a i tak wszyscy się zatrzymują i grzecznie podchodzą do „biletomatu”, aby opłacić wjazd. Płatność tylko kartą! Cena to 20$  – bilet uprawnia do wjazdu na teren parku przez 7 dni,

-> Na terenie Doliny Śmierci można spędzić noc – znajduje się tam kilka miejsc przeznaczonych na campingi. Jak to wygląda w praktyce, niestety nie wiem, bo my wybrałyśmy opcje z noclegiem w zajeździe na obrzeżach parku narodowego,

-> Wysokie ceny noclegów w sezonie powalają z nóg! Cena za dobę w samej Dolinie może sięgać od 100 do nawet 200 dolarów, dlatego opcja „poza sezonem” i „poza Doliną” jest wariantem optymalnym,

-> Koniecznie pamiętajcie, żeby przed wjazdem zatankować auto! Wjeżdżając na teren Doliny Śmierci trzeba mieć przynajmniej połowę baku, bo choć stacja benzynowa jest (jedna!), to paliwo tam jest dużo droższe. Spore odległości między poszczególnymi atrakcjami też nie ułatwiają sytuacji. A widząc opadającą wskazówkę poziomu paliwa można się nieźle zestresować,

-> Wybierając się do Doliny Śmierci w sezonie, kiedy temperatury sięgają 30-40 stopni, koniecznie trzeba zaopatrzyć się nie tylko w wodę, ale również w nakrycie głowy. Pamiętajcie, że w wielu miejscach, niestety, nie ma gdzie się schować przed lejącym się z nieba żarem. Krem z filtrem i co najmniej 2 litry wody to niezbędne minimum!

Co można zobaczyć w Dolinie Śmierci?

Zabriskie Point!

Było to pierwsze miejsce, z przepięknym punktem widokowym, które było nam dane podziwiać. Pofalowane formacje skalne robią piorunujące wrażenie i stojąc tam, pośrodku tych wyrzeźbionych skamieniałych fal, w głowie pojawia się jedno pytanie: czy to wszystko naprawdę stworzyła natura? Krajobraz rodem z dobrego filmu science-fiction zapada w głowie na długo.  Pamiętajcie – wjeżdżając do parku od strony drogi 127, będzie to pierwsze miejsce na mapie, którego nie można pominąć! Zabriskie Point podbiło  moje serce na tyle, że inne atrakcje Doliny wydały mi się jakby „mniejsze”.

Golden Canyon!

Złoty Kanion już samą nazwą przyciąga. Niestety, po Zabriskie Point nie zrobił już na mnie aż tak wielkiego wrażenia jak powinien. Szkoda… Myślę również, że gdyby to od niego zacząć zwiedzanie, to odczucia jakie mi towarzyszyły spacerując po tym miejscu byłyby zupełnie inne. Bo miejsce niewątpliwie ma swój urok. Zresztą zobaczcie sami.

Devil Golf Course!

Diabelskie Pole Golfowe to nic innego jak zbita sól, która w połączeniu z gliną i ziemią utworzyła niesamowity księżycowy krajobraz. Mówi się, że miejsce to jest tak nierówne i nieobliczalne w swojej fakturze, że tylko diabeł odważyłby się tutaj zagrać w golfa. Jak dla mnie bomba!  Trzeba byłoby mi tylko dać kij golfowy, a udowodniłabym, że śmiałków poza czortem jest więcej :). Myślę, że jedyne co było „diabelskie”, to droga, którą trzeba było pokonać, żeby dostać się na to księżycowo-diabelskie odludzie. Odcinek, który miał około kilometra, pokonałam w jakieś pół godziny!!! modląc się, żeby po drodze nie zgubić podwozia, albo, nie daj Boże, nie przebić opony. Ale wierzcie mi, warto było stawić temu czoła! Z pewnością jest to tańsza opcja „wycieczki na księżyc”, a widoki podobne! 😉

Artist’s Palette!

Jak przystało na prawdziwą paletę artysty to najbardziej „kolorowe” miejsce w całej Dolinie Śmierci. Choć biorąc pod uwagę jej szaro-brunatny krajobraz, to o to miano wcale nie jest trudno. Wystarczy odrobina koloru i już mamy odstępstwo od tej monochromatycznej normy, które śmiało można nazwać barwną atrakcją parku. Koloru tak naprawdę jest niewiele, ale już sama droga wiodąca do „Palety Artysty” robi wrażenie. Bardzo żałuję, że nie udało mi uwiecznić tej trasy na zdjęciach. Bezpieczeństwo wzięło jednak górę i zamiast robić fotki skupiłam się na prowadzeniu auta. Pamiętajcie, że jadąc do „Artist’s Palette” i widząc po drodze coś interesującego – warto się zatrzymać, bo niestety droga powrotna wytyczona została inną trasą, a piękne widoki i możliwość uwiecznienia ich na zdjęciach przejdzie Wam koło nosa.

Badwater!

Zła woda, to moje najmniej ulubione miejsce w Dolinie Śmierci. Straszne tłumy, niewidoczne w innych punktach widokowych, tutaj skutecznie utrudniały zrobienie chociażby jednego dobrego zdjęcia. Biorąc jednak pod uwagę wyjątkowość tego miejsca – zatrważające ilości turystów nie powinny mnie dziwić. Badwater – to najbardziej „depresyjne” miejsce, czyli najniżej położony punkt kontynentu. Chcecie dokładne liczby? Proszę bardzo: 85,5 m p.p.m.. Prawda, że działa na wyobraźnie? Woda tutaj jest tak słona, że nie jest zdatna do picia. Latem, przy wysokich temperaturach – wysycha, pozostawiając ogromne, białe połacie soli.

Mesquite Sand Dunes!

Ruchome wydmy w Dolinie Śmierci to kolejny obowiązkowy punkt programu. I chociaż nie różnią się zbytnio od tych w Łebie, to wyrastając nagle pośrodku surowego i raczej skalnego krajobrazu, prezentują się naprawdę okazale. Najpiękniej ponoć wyglądają tuż przed wschodem lub zachodem Słońca, kiedy mienią się w różnych odcieniach złota. My Mesquite Sand Dunes podziwiałyśmy za dnia. Może i kolory nie były tak spektakularne, ale szansa na spotkanie węża zdecydowanie mniejsza. Jak trafić na wydmy? Wystarczy jechać jedną i jedyną asfaltową trasą w Dolinie Śmierci, drogą nr 190. Widać je już z drogi – żółte, piaszczyste 30-metrowe wydmy wyrastają pomiędzy Pogrzebowymi Górami.

Krater Ubehebe!

Krater Ubehebe to drugie miejsce po Zabriskie Point, gdzie z zachwytu oniemiałam. Jeśli śledzicie mnie na instagramie, to zapewne pamiętacie, jak po raz dziesiąty powtarzałam na story: WOW!!! Niestety, nic więcej nie byłam w stanie wydukać, a stojąc na szczycie krateru czułam ogrom otaczającego mnie świata. Co ciekawe nazwa Ubehebe często jest błędnie tłumaczona jako „duży kosz w skale”.  Kosza to nie przypomina, ale duże i głębokie (na 600 metrów) jest na pewno :). Żeby zobaczyć krater z góry, trzeba się trochę namęczyć. Na śmiałków czeka dość strome podejście, ale widoki wynagradzają trudy wchodzenia.

Dolina Śmierci to miejsce tak fascynujące, że jeden dzień to zdecydowanie za mało, żeby wszystko na spokojnie zobaczyć. My musiałyśmy ominąć takie punkty widokowe jak The Racetrack czy Scotty’s Castle czego nie mogę odżałować. Warto, planując wycieczkę w tamte rejony, zarezerwować sobie przynajmniej dwa dni! Ja obiecałam sobie, że do Death Valley jeszcze wrócę, być może z noclegiem na campingu i nadrobię braki, zwiedzając pominięte atrakcje. 

Continue Reading

Los Angeles! City Break w Mieście Aniołów, czyli co zobaczyć w 1 dzień!

Zapraszam Was na kolejną podróż po Stanach. Tym razem skupimy się na tym co warto zwiedzić będąc w Mieście Aniołów. Los Angeles to ogromna metropolia, która co roku, z całego świata, przyciąga miliony turystów. Jeszcze przed wyjazdem do USA, postanowiłam sobie, że LA jest miastem, które koniecznie muszę zobaczyć! Z uwagi na mocno napięty plan podróży, w Los Angeles spędziłam zaledwie 1,5 dnia. To jednak wystarczyło, żeby postanowić, że do Miasta Aniołów jeszcze wrócę… Dziś chciałabym Wam pokazać, co warto zobaczyć mając tak, jak ja dość mocne ograniczenia czasowe! 🙂

1.  Studio Filmowe!

Być w LA i nie odwiedzić przynajmniej jednego ze studiów filmowych (a mamy ich do wyboru naprawdę sporo – Universal, Disney, Warner Bros. i wiele innych), to jak być w Polsce i nie napić się wódki. ^^ My, zdecydowałyśmy się na Warner Bros., co w dość krótkim czasie okazało się strzałem w dziesiątkę. Jako fanki takich produkcji jak „Przyjaciele”, „Harrego Potter’a”, czy „Batmana” byłyśmy zachwycone. Cena biletu początkowo powaliła nas na łopatki (63$), ale wierzcie mi, wejście do tego magicznego świata jest warte każdej złotówki… tfu każdego centa. 🙂 Polecam kupić bilet wstępu przez Internet, wtedy nie będziemy tracić czasu na oczekiwanie (ok. 2 godz.). Muszę podkreślić, że cena biletu zawiera zwiedzanie Warner Bros.’a z przewodnikiem, co jest niewątpliwym atutem – przewodnik świetnie przybliża perypetie różnych seriali i opowiada o tym,co działo się na planach poszczególnych produkcji. Do niewątpliwych atrakcji tego miejsca należy zwiedzanie „garażu”, a właściwie to ogromnego hangaru, z samochodami i innymi pojazdami użytymi w filmie „Batman”. Gdybym była fanką serialu „Big Bang Theory” pewnie równie mocno byłabym podekscytowana wizytą na faktycznym planie, gdzie kręcone są poszczególne odcinki (w piątek, zawsze przy udziale prawdziwej publiczności, a nie tak zwanego „śmiechu z puszki”). Jakież było moje zdumienie, gdy dowiedziałam się, że jeden odcinek kręci się od 3 do 5 godzin! A teraz mała podpowiedź dla fanów serialu – jeżeli chcecie pojawić się na planie – wystarczy, przez stronę internetową, zgłosić się i liczyć na to, że w planowanym terminie przyjazdu będzie jeszcze miejsce wśród publiczności. Kolejnym miejscem, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie – to pomieszczenie z rekwizytami i strojami z filmów „Wonder Woman” i „Harry Potter”. Jeśli chodzi o ten drugi, to możnabyło nawet przymierzyć prawdziwą „tiarę przydziału” i dowiedzieć się do jakiego domu byśmy trafili będąc częścią tego magicznego świata. Trochę abstrakcyjne, ale z drugiej strony ile przy tym było frajdy! ^^ Ostatnim już punktem zwiedzania studia Warner Bros. jest wizyta w interaktywnym hangarze, gdzie m.in. można polatać na miotle, poprowadzić Bat Mobile, czy sterować ruchami Zgredka. No i dla mnie, ogromnej fanki serialu „Przyjaciele”, punktem obowiązkowym było zdjęcie na słynnej kanapie z Central Perku.

2. Napis Hollywood!

Mało wyszukany, ale obowiązkowy punkt zwiedzania LA, czyli fotka z napisem „Hollywood”. Jestem pewna, że na starość nie raz mi się łezka w oku zakręci na jej widok. A tak na poważnie, to fajnie mieć taką pamiątkę i wcale nie przeszkadza mi fakt, że wszyscy odwiedzający Miasto Aniołów, zapewne mają podobną w swojej kolekcji. Jeśli chodzi o idealne miejsce na fotkę, to najciekawszy, moim zdaniem, punkt widokowy, znajduje się nieco powyżej przecięcia Coldwater Canyon i Mulholland Drive. Na pewno traficie – zatrzymuje się tam mnóstwo samochodów.

3. Rodeo Drive!

Rodeo Drive to chyba najsłynniejsza ulica w tym zaskakującym na każdym kroku mieście. Znajdują się tu luksusowe butiki i restauracje. Normalnemu człowiekowi, aż strach wejść do tych wychuchanych i ociekających przepychem i luksusem sklepów. Niemniej jednak, taki spacer po Rodeo Drive należy do całkiem przyjemnych. Można się poczuć, jak prawdziwa żona Hollywood, tylko bez milionów na koncie… No, ale przecież wszystko w swoim czasie! 😀 Dla osób kochających modę, podziwianie samych witryn sklepowych jest już niemałym przeżyciem. Panowie też nie powinni być zawiedzeni, bowiem znajdziemy tutaj chyba największą w Los Angeles kumulację drogich i sportowych samochodów. No i nie przejmujcie się, jeśli wyglądacie jak prawdziwi turyści, w trampkach i z aparatem fotograficznym na szyi. Na nasze szczęście takich jak my jest na Rodeo Drive całkiem sporo!

4. Long Beach!

Ostatni i oczywiście obowiązkowy punkt na naszej liście jednodniowego zwiedzania, to wizyta na Long Beach. Jak sama nazwa wskazuje –  Long Beach to długa plaża z białym piaskiem, ta sama, na której ponoć kręcili „Słoneczny Patrol” (chociaż po wizycie w studiu filmowym, nie jestem tego na 100% pewna ;)) Będąc na tej cudnej plaży, musiałam wskoczyć na jedną z ratowniczych budek, tak dobrze mi znanych z amerykańskiego serialu, a później i filmu o bohaterskich ratownikach. Tutaj panuje zupełnie „inny klimat” niż w centrum LA, czy chociażby na Rodeo Drive. Wszyscy są bardziej wyluzowani, uśmiechnięci, jakby zadowoleni z obecności wody. Przyznam Wam szczerze, że nie myślałam, że Long Beach aż tak przypadnie mi do gustu i bardzo żałuję, że nie miałam wystarczająco dużo czasu, żeby porządnie się nią przespacerować i nacieszyć widokiem.

Te 4 punkty, to moim subiektywnym zdaniem, minimum, które będąc w LA trzeba zobaczyć! Spokojnie, jeden dzień Wam w zupełności wystarczy. A jeśli, tak jak mi, spędzony w Mieście Aniołów czas tylko zaostrzy apetyt, to zawsze możecie tu wrócić po więcej… Ale o tym innym razem, przy okazji mojej kolejnej wizyty w Kalifornii… 🙂

 

Continue Reading

sLOVEnia czyli miłość od pierwszego wejrzenia!

Cześć wszystkim!

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć o maleńkim państewku, mającym zaledwie 20 273 km kwadratowych powierzchni i około 2 mln ludności – Słowenii (dla porównania, Wielkopolska ma 29 826 km2!). Ale nie o liczbach jest ten wpis, bo nie od dziś przecież wiadomo, że rozmiar, kiedy przychodzi co do czego, nie ma znaczenia 😉 Powiem Wam szczerze, że Słowenia, przy pierwszej i jestem pewna, nie ostatniej wizycie –  powaliła mnie na kolana :).

Z ręką na sercu mogę przysiąść, że Słowenia jest jednym z najpiękniejszych europejskich państw! Co więcej, wskaźnik indeksu szczęścia i długość życia mieszkańców są tam bardzo wysokie, ale to nikogo kto był na Słowenii, nie powinno akurat dziwić. Skąd to się bierze? Z moich obserwacji wynika, że z permanentnej potrzeby ruchu. Słoweńcy kochają sport i widać to na każdym kroku. Sport uprawiają dosłownie wszyscy, z tym, że starsi mieszkańcy w pewnym momencie przerzucają się z biegania na spacery po górach.

Do Słowenii wybraliśmy się samochodem, co przy 4 podróżujących osobach okazało się najbardziej ekonomiczną opcją. Paliwo plus winiety uczyniły nas około 350 zł od osoby. Wybierając się w podróż samochodem pamiętajcie, żeby zaopatrzyć się w dobrą nawigację (ta w telefonie, po przekroczeniu granicy, niestety przestaje działać!). Kiedyś pół dnia błądziłam po Pradze samochedem, zapominając o isteniu GPS i  będąc przekonana, że bez problemu trafię do celu. Guzik prawda!  Nie zapominajcie, że odpowiednią aplikację, która działa również w trybie offline,  można ściągnąć na smartfona. Jedno jest pewne – odpowiedni sprzęt na pewno zaoszczędzi nam sporo nerwów, czasu i dodatkowych kilometrów :).

Jeśli chodzi o noclegi to niestety nie wiem jak to się kształtuje cenowo. Mam to szczęście, że w Słowenii mieszka moja przyjaciółka, która przejeżdżając kiedyś przez ten maleńki kraj, tak go pokochała, że postanowiła tam zamieszkać! Jak mam być szczera, to wcale jej się nie dziwie i gdybym tylko nie miała w Polsce wspaniałej pracy, hipoteki i kilku marzeń do zrealizowania, to być może też zapuściłabym tam korzenie…

Czas chyba przejść do atrakcji, czyli tego co Słownia ma nam do zaoferowania:

  • na pierwszym miejscu postawiłabym na „naturę” – zrobiła na mnie największe wrażenie. Naturę widać tutaj na każdym kroku, nawet siedząc na balkonie masz to szczeście upajać się pięknymi widokami, a otaczające Cie z każdej strony góry zapierają dech w piersiach. Fani rozbójnika Rumcajsa też będą zadowoleni, bo aż 50% kraju stanowią lasy. Podczas naszego 4-dniowego pobytu odwiedziliśmy dwie „górki” – Jošt i Golice :). Wdrapanie się na tą pierwszy zajęło nam jakąś godzinę. I choć sapaniu i narzekaniu nie było końca (wszak człowiek mieszkający na nizinach nie jest przyzwyczajony do takich ekstremalnych ekscesów… haha), to przepiękny widok  zrekompensował nam cały trud i sprawił, że nabraliśmy ochoty na więcej. Nazajutrz postanowiliśmy wspiąć się na Golice. To rozłożysta góra nad Jesenicami, której osobliwością są kwitnące w drugiej połowie maja narcyzy białe. I choć, podczas naszego pobytu, narcyzy jeszcze się na dobre „nie rozhulały”, to i tak było warto (widoki były nieziemskie); 
  • następna obowiązkowa atrakcja to jezioro Bled. To właśnie tam, znajduje się najstarszy hotel (Hotel Golf powstał w 1937 roku). Piękne jezioro, z jeszcze piękniejszym widokiem i z dużym sercem umiejscowionym na pomoście (przy którym wszyscy turyści robią sobie pamiątkowe zdjęcia), okazało się też idealną miejscówką na zaręczyny. Spokojnie, nie moje, a moich przyjaciół! 😉 Mam nadzieję Asiu, że był to jeden z najcudowniejszych dni w Twoim życiu… Ja, z naszego wypadu nad Bled oprócz mile spędzonego czasu ze wspaniałymi przyjaciółmi, zapamiętam też grilla, którego, jak się poźniej okazało, wcale nie mieliśmy prawa w tym miejscu robić…
  • jeśli natomiast wypoczynek dla Was oznacza plażę, słońce i leżenie plackiem, to spokojnie – Słowenia też ma taką opcję do zaoferowania. Ze stolicy kraju – Lublany, jakąś godzinę zajmie droga samochodem nad morze. A stamtąd „rzut beretem” jest już do Chorwacji, którą pewnie kojarzycie z pięknych widoków i skalistych plaż. My zdecydowaliśmy się pozostać w Słowenii, bo po co jechać do Chorwacji, skoro w nadmorskim Piranie jest równie pięknie? I choć dostępu do morza Słowenia ma niewiele i mieszkańcy nawet sobie z tego żartują, że aby romantyczny spacer wzdłuż słoweńskiego wybrzeża trwał wystarczająco długo, trzeba zawracać przynajmniej 10 razy – to zapewniam Was, że aby to sprawdzić, należy tam pojechać ;-).

Pamiętajcie, że jeżeli wybieracie się do Piranu w sezonie, to warto zaparkować samochód w pobliskiej miejscowości Portorož (nazwa  dosłownie oznacza „Port Róż” i faktycznie zachwyca roślinnością). Warto też przejść się nadmorskim bulwarem do Piranu. My, mimo iż byliśmy poza sezonem, również wybraliśmy tę opcję, bo nie ma chyba nic przyjemniejszego niż spacer brzegiem morza. Podczas takich wypraw można nieźle naładować akumulatorki. Morska bryza, lekki wiatr i miasteczko, do którego zmierzaliśmy, a które było widać gdzieś w oddali sprawiły, że można by było tak iść i iść… zapominając o Bożym świecie.

A jak już wreszcie dotrzecie do Piranu to „przepadniecie”. Jestem pewna, że zakochacie się w tych kolorowych kamieniczkach, wąskich uliczkach i porcie, który pełen jest prywatnych jachtów. To właśnie tutaj odbyła się sesja z tego wpisu (KLIK).

To były 4 fantastyczne dni, spędzone zarówno na aktywnym wypoczynku, jak również leniuchowaniu. Z całego serca chciałąbym podziękować mojej przyjaciółce – Agnieszce ,  która dołożyła wszelkich starań, aby ten wyjazd był dla nas niezapomniany. Jestem na 100% pewna, że do Słowenii wrócę i to nie jeden raz i mam cichą nadzieję, że nastąpi to szybciej, niż myślę.

Continue Reading

Włochy- pomysł na city break!

Hej Kochani!

Dziś ponownie powróciła do nas wiosna… Widać ją nie tylko w kalendarzu, ale również za oknami … co mnie osobiście bardzo cieszy, bo powiem szczerze, że perspektywa zimy i widok śniegu w maju trochę budził moje obawy co do zbliżającego się wielkimi krokami lata. Jedno jest pewne, bo choć u nas w kraju pogoda kapryśna, to są miejsca w Europie, które kuszą – po pierwsze wiosenną aurą, po drugie –  pysznym jedzeniem, a po trzecie i najważniejsze (jak dla mnie) – wspaniałymi widokami. Dlaczego by nie zrobić sobie małego „city breaku” i wyskoczyć na 2-3 dni gdzieś, gdzie tego wszystkiego możemy doświadczyć?

Ci z Was, którzy śledzą mojego instagrama (KLIK) wiedzą, że z Włoch wróciłam już dobry miesiąc temu. Nie zmienia to jednak faktu, że cały czas mam przed oczami malownicze uliczki Bari, urocze kamienne domki Trulli w Alberobello, czy Sassi di Matera – włoskie miasto wykute w skale. Dlatego, dzisiaj chciałabym Was zabrać w krótką wirtualną podróż po najpiękniejszych zakątkach południowych Włoch.

 

Bari, które jest stolicą regionu Apulia stanowi świetną bazę wypadową do miasteczek położonych w okolicy i to właśnie do Bari można się dostać samolotem z Warszawy i Katowic (jeśli dobrze pamiętam :)) za naprawdę niewielkie pieniądze. Polecam przeglądać oferty Wizzair’a bo często zdarzają się cenowe perełki na tej trasie. Ja za swój bilet płaciłam 250 złotych i może to nie była jakaś wielka promocja jeśli chodzi o cenę, ale zależało mi na konkretnym terminie, a wtedy jak wiadomo mamy mniejsze pole manewru! 🙂

Z lotniska, które nosi nazwę Karola Wojtyły, bardzo łatwo dostać się do centrum Bari. Co 10-20 minut kursuje kolejka, która kosztuje 5 euro.

Jeśli chodzi o nocleg, to właśnie w Bari znajdziecie mnóstwo ofert typu B&B czyli Bed and Breakfast. Nie oznacza to jednak (jak jest w słynnym przeboju Piaska), że śniadanie zostanie Wam zaserwowane do łóżka! 🙂 Filozofia Bed and Breakfast polega na tym,  że wykupując nocleg otrzymacie najprawdopodobniej talon na śniadanie w pobliskiej kafejce, tak jak to było w moim przypadku. Hmmm muszę jeszcze dodać, że „śniadanie” w tym wypadku to za dużo powiedziane, bo czy my Polacy możemy nazwać śniadaniem – kawę i croissanta jedzone w biegu? Pozostawiam to Waszej ocenie… 😉 Jeśli wybieracie się w tamte rejony, do czego zachęcam to bardzo fajne oferty noclegów znajdziecie –> TUTAJ . Zajrzyjcie bo można trafić na „noclegowe perełki”.

W związku z tym, że w południowych Włoszech spędziłam tylko 2 pełne dni, plan był napięty. Zaraz po zakwaterowaniu się, ruszyliśmy na dworzec kolejowy, który mieliśmy dosłownie „pod nosem” i postanowiliśmy pojechać do oddalonego o jakieś 56 km miasteczka Alberobello. Znowu pociąg okazał się najtańszym środkiem transportu (cena biletu 5 euro). Uzbrojcie się jednak w cierpliwość, bo na tej trasie pół godzinne opóźnienia pociągu są normą! A sama podróż trwa jakieś 2-3 godziny mimo niedużej przecież odległości. Wszystkie te frustrujące rzeczy odchodzą jednak w niepamięć, kiedy dotrze się w końcu na miejsce i zobaczy to piękne miasteczko, z główną atrakcją, czyli domkami Trulli.

Legenda głosi, że taki rodzaj budowy tych uroczych teraz domków został wymuszony na chłopach przez hrabiów (chciano w ten sposób uniknąć płacenia podatków nałożonych przez Królestwo Neapolu na każdy nowo wybudowany SOLIDNY dom). Dacie wiarę, że zbudowane są z łupków wapiennych bez zaprawy cementowej? Poprzez swoją konstrukcje miały sprawiać wrażenie nietrwałych i tymczasowych. W rzeczywistości jednak Trulli okazały się nie tylko zadziwiająco trwałe, ale też idealne pod względem utrzymania równowagi termicznej: latem – zapewniają przyjemny chłód, a zimą – trzymają ciepło. Zwróćcie uwagę na ozodoby dachów – ezoteryczne symbole miały zapewnić domownikom pomyślność.

Największe skupisko tych niezwykłych kamiennych domków można zobaczyć w miasteczku Alberobello; miasteczko to jest jednym z 47 włoskich miejsc wpisanych na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO!

Niesamowite i zdecydowanie warte zobaczenia.

Kolejny dzień to kolejna wyprawa pociągiem (i znowu trzeba zapłacić 5 euro – coś Włosi upodobali sobie tą symboliczną kwotę ;)) Tym razem naszym celem była Matera, której stara część – Sassi została wykuta w skale. Z takich ciekawostek, to do końca XX wieku Matera była jednym z najbiedniejszych regionów we Włoszech. Dla mnie największym szokiem była informacja, że tamtejsza ludność funkcjonowała bez prądu, bieżącej wody i kanalizacji. Co więcej – mieszkając w tych skalnych chatkach na bardzo małej powierzchni (przeważnie były to tylko 2 pomieszczenia), razem z rodziną i zwierzętami – byli bardzo szczęśliwi i towarzyscy.

Dopiero w 1993 roku zabytkową część miasta Sassi di Matera wpisano na Światową Listę Dziedzictwa UNESCO. Było to prawdziwe wybawienie dla mieszkańców, wiele kościołów i domów odrestaurowano i zaczęto zarabiać również na turystyce.

Kręte uliczki, piękne widoki robią ogromne wrażenie i zapierają dech w piersiach. To tutaj kręcono wiele filmów, na czele z „Pasją” Mela Gibsona. Jeśli będziecie kiedyś w południowych Włoszech to nie możecie ominąć tego miejsca!

Widziecie te jaskinie? Tam kiedyś mieszkali ludzie! :O

Matera to również piękno przyrody i zapierające dech w piersiach widoki. Sasii położona jest na wysokim brzegu wąskiego kanionu rzeki. Z jednej strony mamy klimatyczne domki i jeszcze piękniejszego miasteczka, a z drugiej – nierzeczywistą wręcz potęgę natury! Myślę, że jak tam kiedyś będziecie, to niejednokrotnie z Waszych ust padnie bardzo wymowne „WOOOW”! 🙂

I to tyle jeśli chodzi o mój mały kwietniowy „city break”. Trochę żałuję, że na samo Bari pozostało niewiele czasu… Jestem pewna, że  to miasto też ma sporo do zaoferowania. 🙂 Już dziś wiem, że  muszę tam jeszcze wrócić i odkryć uroki kolejnych miasteczek regionu Apulia, tak od siebie różnych!

Mam nadzieję, że taki wpis był dla Was miłą odskocznią od postów modowych!

Dajcie znać, bo przede mną kolejna krótka wyprawa… o której chętnie Wam opowiem! 😉

Continue Reading

Thailand-Bangkok!

Hej Kochani! Dzisiaj znowu zabieram Was w wirtualną podróż do przepięknej Tajlandii! Będzie to już ostatni post z tego kraju- w końcu ile można o czymś czytać?! Teraz pozostaje Wam tylko spakować plecak i ruszyć na podbój tego magicznego zakątka. Także jeśli po przeczytaniu wpisu będziecie mieli jeszcze jakieś pytania to śmiało można je zadawać w komentarzach. Na wszystkie na pewno odpowiem. 🙂

Ale wracając do Tajlandii… wiele osób po powrocie do Polski pytało mnie, czy mi się podobało? Czy warto jechać aż tak daleko? Czy jeśli już jedziemy to powinniśmy od razu wybrać się na jakąś plażę czy pozostać w Bangkoku? Czy jest drogo? Czy… czy… czy?! I mogłabym tak wymieniać bez końca! Wszystkie moje wywody sprowadzały się jednak do jednej odpowiedzi: Tajlandia jest jednym z piękniejszych miejsc w jakich byłam, a wierzcie mi na słowo, widziałam już sporo. 😉 Do tej pory, będąc juz w Polsce, przypominam sobie i zachwycam się jej różnorodnością i pięknem, wzdycham do pysznego jedzenia i uśmiecham się na myśl o serdeczności Tajów. Także na pewno warto umieścić Tajlandię na liście kierunków ,,must visit”.

thumb_pa080833_1024

Jak już wylądujemy w Bangkoku, to można albo od razu lecieć na jakąś wysepkę z rajską plażą, albo pozostać parę dni w stolicy. Wszystko zależy oczywiście od osobistych preferencji, ale jeśli pytacie mnie o zdanie to ja bym na Waszym miejscu zdecydowała się na tą drugą opcję. Bangkok jest naprawdę niesamowity, a mnóstwo różnorodnych atrakcji sprawi, że nie będziecie się tu nudzić.

thumb_pa080855_1024

Jedną z rzeczy, którą warto zobaczyć jest ,,floating market” czyli pływając targ. Taki targ znajdziecie w samym Bangkoku, ale ja polecam wybrać się na ten największy czyli Damnoen Saduak Floating Market, znajdujący się jakieś 100 km od stolicy Tajlandii. Jest to miejsce niezwykle tłoczne, pełne turystów, ale na pewno warte zobaczenia. Bo gdzie indziej zobaczymy targ na którym handluje się pływając łódkami? Pływają wszyscy: kupujący, handlarze i ,,restauratorzy” sprzedający lokalne przysmaki, a także oszołomieni turyści, których bardziej niż zakupy interesuje robienie zdjęć. 🙂 Moją ulubioną częścią wyprawy na Damnoen Saduak była jednak wycieczka po tamtejszej wiosce, która również zbudowana została na wodzie. Niesamowite jest to, że ludzie tak naprawdę żyją. W domach na palach, pod którymi płynie brudna woda. Tą wodą się myją, w niej piorą, gotują i pewnie jeszcze milion innych rzeczy. Niestety z tej części wycieczki nie mam za dużo zdjęć bo pochłonęło mnie to co działo się dookoła i kompletnie zapomniałam o uwiecznieniu tego dla Was. 🙁

thumb_pa080685_1024

thumb_pa080696_1024

thumb_pa080699_1024

thumb_pa080753_1024

thumb_pa080743_1024

thumb_pa080757_1024

Słodkie maleństwa- czyli najpyszniejsze banany jakie jadłam

Kolejną rzeczą, którą powinniście odwiedzić będąc w Bangkoku jest świątynia Wat Arun. Oczywiście w całym mieście świątyń jest prawie tak samo dużo jak budek ze street foodem i to nie jedyna, którą odwiedziliśmy. Ta jednak, wywarła na mnie największe wrażenie. Wat Arun czyli Świątynia Świtu znajduje się po drugiej stronie rzeki, także czeka nas krótka przeprawa łódką, co można uznać za dodatkową atrakcje. Bilet jest śmiesznie tani i wynosi jakąś złotówkę (nie pamiętam dokładnie, ale na pewno nie jest to wydatek od którego zbankrutujemy ;)). Słyszałam że Wat Arun przepięknie wygląda w promieniach zachodzącego słońca, my niestety zwiedzaliśmy ją w ciągu dnia, ale i tak prezentowała się niezwykle okazale. Dodatkowo zielone tereny otaczające Wat Arun również robią piorunujące wrażenie. Zresztą zobaczcie sami…

thumb_pa080918_1024

thumb_pa080941_1024

thumb_pa080955_1024

thumb_pa080960_1024

thumb_pa080962_1024

thumb_pa080973_1024

thumb_pa080978_1024

thumb_pa080981_1024

thumb_pa080985_1024

thumb_pa081006_1024

thumb_pa081016_1024

Kolejnym miejscem wartym odwiedzenia, szczególnie nocą jest State Tower ze słynnym Sky Barem, który możecie kojarzyć z filmu ,,Kac Vegas 2″.  Osobom z lękiem wysokości odradzam takie wycieczki bo bar ten znajduje się na 64 piętrze, co sprawia, że jednym miękną kolana z zachwytu, a innym ze strachu! 😉 Jeśli jednak żadna wysokość Wam nie straszna to polecam wybrać się tam wieczorową porą żeby zobaczyć piękną, nocną panoramę Bangkoku. Pamiętajcie też o odpowiednim ubiorze, Panie najlepiej jeśli założą sukienkę, a panowie koniecznie długie spodnie, inaczej nie zostaniecie do restauracji i baru wpuszczeni.  Także ten jeden raz, rezygnujemy ze strojów typowo ,,podróżniczych” i zakładamy te wyjściowe. Przygotujcie się też na spory wydatek, piwo kosztuje około 50 złotych, a drink 80-90 złotych. Także spokojnie, raczej nie grozi nam poranek w stylu chłopaków z ,,Kac Vegas”… no chyba, że bo State Tower wybierzecie się do dzielnicy Czerwonych Latarni czyli Patpong! 😀 Ale to już temat na zupełnie inny post… 🙂

thumb_pa081070_1024

thumb_pa081074_1024

thumb_pa081087_1024

I tym wpisem kończę serię wpisów z Tajlandii. Przyznam Wam szczerze, że przygotowanie takich podróżniczych postów ,,w  pigułce” jest zdecydowanie trudniejsze, niż postów modowych. Tyle rzeczy chciałabym Wam opisać, ale z drugiej strony nie chce  zanudzać… Mam nadzieję, że udało mi się znaleźć złoty środek i że pierwsza seria postów podróżniczych przypadła Wam do gustu?! Ja wspaniale się bawiłam, wracając wspomnieniami do tych cudownych miejsc. Buziaki i do następnego! :*

thumb_pa080864_1024

thumb_pa080912_1024

thumb_pa080913_1024

thumb_pa080872_1024

thumb_pa080900_1024

Wywiadzik dla tajskiej telewizji 😉

thumb_pa081049_1024

thumb_pa081061_1024

Continue Reading