Co warto zobaczyć w USA? – część druga

Cześć w ten jakże piękny grudniowy dzień. Tak sobie siedzę przy stole, popijam kawkę, zerkam przez okno i myślę, że miło by było gdybyśmy w tym roku mieli w końcu białe święta, nieprawdaż? Niestety, synoptycy nie pozostawiają nam złudzeń… Dlatego, zamiast siedzieć w jesiennej Polsce, zabieram Was w kolejną podróż do słonecznej (chociaż nie zawsze, co zresztą dzisiaj zobaczycie:)) Kalifornii.

Czytając ostatni wpis towarzyszyliście mi w podróży po San Francisco, Monterey, Pismo Beach i Santa Barbara (kto jeszcze nie czytał – podaje link TUTAJ!). Dzisiaj jedziemy dalej, trochę bardziej na północ, zahaczając nawet o kolejny Stan – Nevadę. Gotowi? No to zaczynamy!

1. Los Angeles!

Los Angeles, czyli Miasto Aniołów – to miejsce, gdzie po raz pierwszy doznałam załamania nerwowego (co w podróży na własną rękę zdarza się dość często, szczególnie jeśli coś idzie nie po naszej myśli :)). Nie, nie dlatego, że mi się w Los Angeles nie podobało… Podobało mi się i to nawet bardzo! Ale zanim zaczęło się „podobać”, to po dość długiej podróży samochodem i dojechaniu wreszcie do Los Angeles, nie było mi do śmiechu. Wiele już w życiu widziałam, ale tylu pasów po jednej stronie drogi, które rozchodzą się w nieskończoną ilość kierunków, tworząc „drogową ośmiornicę” – nigdy! Jak się łatwo domyślić na kilka mil przed celem podróży, czyli miejscem, gdzie czekał upragniony nocleg, wybrałam zły pas i skręciłam w drogę, z której nie było możliwości powrotu, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało… Na swoje usprawiedliwienie dodam, że jechałam w nocy, nie miałam w telefonie internetu, i że zjechałam z trasy obranej za pomocą google maps wyznaczonej jeszcze w Santa Barbara… Trwało to chyba 5 godzin – w mojej głowie, a z godzinę w realu – zanim zjechałam, oczywiście „na czuja”- do centrum Los Angeles, gdzie dość szybko udało mi się znaleźć Starbucksa, z darmowym WI-FI, i gdzie wreszcie mogłam zaktualizować nawigację! Tym razem, google maps, zaprowadził nas do miejsca docelowego bez większych atrakcji. Przyznam Wam się szczerze, że na drugie dzień – perspektywa wyruszenia na podbój Los Angeles drogami, które tej nocy okazały się niezłym labiryntem, nie napawała mnie optymizmem…  Ale, pomijając przeboje z dojazdem do „Miasta Aniołów”  – jestem przekonana, że nie mogło go zabraknąć na mojej liście podróżniczej. To miasto, gdzie powstały najwspanialsze produkcje telewizyjne i kinowe; miejsce takich wytwórni filmowych, jak: Warner Bros., Walt Disney Studios, czy Universal Pictures. Jeżeli będziecie kiedyś w Los Angeles – koniecznie zajrzyjcie do jednej z nich, bo gwarantuję, że jest to niesamowite przeżycie! Choć w Los Angeles byłam tylko 2, ale jakże intensywne dni, to o tym, co dokładnie warto zobaczyć, zrobię osobny wpis :).

2. Las Vegas!

Żeby zachować równowagę z „Miasta Aniołów” przenosimy się do Las Vegas, czyli „Miasta Grzechu”. Co do Vegas zdania są podzielone –  jedni to miasto kochają, inni – nienawidzą, a ja… mam do niego ogromny sentyment. Czy już Wam wspomniałam, że będąc jeszcze na studiach – wybrałam się na znany chyba wszystkim studencki program „work & travel” i to właśnie w Las Vegas spędziłam  ponad 3 miesiące?! 😉 Wspaniale było wrócić do miejsc, które znałam z przeszłości, przespacerować się tymi samymi ulicami i pomieszkać w hotelu na słynnym Stripie (na co nie było mnie stać, kiedy byłam studentką). Vegas to głównie jedna ulica, wokół której, toczy się, przeważnie nocne, życie. Na  „The Strip’ie” (bo tak nazwano to najbardziej rozświetlone miejsce w Nevadzie) – znajdziemy słynną Stratosphere, czyli hotel z najwyższą w Vegas wieżą, na szczycie której znajduję się restauracja oraz „wesołe miasteczko”. I chociaż zarezerwowałam nocleg właśnie w Stratosferze, i chociaż w cenie wliczona była zniżka, to na takie atrakcje typu „wiszenie nad przepaścią”, jeszcze nie byłam gotowa. Nie omieszkałam natomiast odwiedzić moich ulubionych miejsc takich, jak: Bellagio, gdzie znajdziecie piękne, magiczne wystawy, przeważnie z kwiatowym motywem, i przed którym codziennie odbywa się niesamowite widowisko, czyli pokaz tańczących fontann; Hotel/kasyno New York New York, gdzie panuje niesamowity klimat (wewnątrz budynku znajduje się miniaturka Nowego Jorku). Uwielbiam, takie trochę kiczowate miejsca, ale ze świetnym klimatem. Generalnie Las Vegas to kasyna, hotele i atrakcje niczym w Disneylandzie i to wszystko w jednym miejscu. Każdy budynek kasyno-hotelu jest inny, niesamowity, z ogromnym przepychem i przeróżnymi atrakcjami wewnątrz (if you know what I mean) – znajdziemy tu Piramidę Cheopsa, Wieżę Eiffela, Cyrk, Pałac księżniczki i wiele, wiele więcej. Wszystkie te miejsca to hotele, z obowiązkowym miejscem do hazardu, czyli kasynem (bo wszyscy chyba wiemy po co ludzie jeżdżą do Vegas). Polecam zajrzeć do każdego z nich, bo każdy ma coś innego do zaoferowania. W Las Vegas, poza „tymi” atrakcjami i ewentualną wycieczką na Wielki Kanion, praktycznie nie ma zbyt wiele do zwiedzania. Dwa, max. trzy dni w tym mieście w zupełności wystarczą :).

3. Dolina Śmierci!

Dolina Śmierci, czy jak kto woli „Death Valley” to moje absolutne must visit. Podczas tych wakacji, chyba nic nie zrobiło na mnie takiego wielkiego wrażenia, jak właśnie to, co można zobaczyć w Dolinie Śmierci. Widoki zapierają dech w piersiach, trochę z pogranicza jawy i snu… Jest to, jak usłyszałam od spotkanego tam naszego rodaka, najbardziej depresyjne miejsce w USA! Ha! Ha! I nie chodzi tu o depresje sensu strictoa raczej o to, że na obszarze tym występuje największa depresja (855m poniżej poziomu morza). Dolina Śmierci jest również najbardziej suchym miejscem w Ameryce Północnej!  To właśnie tutaj, odnotowano najwyższą na świecie temperaturę powietrza, wynoszącą 56,7 st. C. Biorąc pod uwagę powyższe, nie polecam wybierać się do Doliny latem, bo temperatury, nawet w nocy, nie spadają tu poniżej 30 st. C. Natomiast, pod koniec listopada jest tu całkiem znośnie (przyjemnie i ciepło). Będąc w Dolinie koniecznie trzeba zobaczyć Wielki Krater, Paletę Artysty, Słone Jezioro, czy wydmy. Ale więcej o tym – w kolejnym wpisie (przecież nikt nie jest w stanie, na raz, aż tyle czytać :P).

4. Yosemite!

Czwarte i ostatnie już miejsce, które chciałabym Wam polecić – to magiczny Park Yosemite, który z ogromną chęcią odwiedzę jeszcze raz – ale latem. Będąc w Yosemite w listopadzie trzeba się liczyć z tym, że sporo dróg i tras będzie zamkniętych. Ale nie wierzcie w to, że do serca tego miejsca nie będziecie w stanie dojechać samochodem bez łańcuchów (droga jest bardzo ładna i przejezdna). Post faktum, trochę żałowałam, że zdecydowałam się na podróż autobusem (w wypożyczonym samochodzie nie tylko nie miałam łańcuchów, ale również opon zimowych). Wiadomo, że jadąc samemu samochodem, nie jesteśmy niczym ograniczeni: czy to czasem, czy miejscem postojów. Ważna informacja jest taka, że będąc już w Yosemite możemy poruszać się albo pieszo, albo specjalnymi, darmowymi busikami (które zatrzymują się w najciekawszych miejscach Parku). Znajdziemy tutaj m.in. ogromny wodospad – Kaskadę, który liczy 740 metrów i tak naprawdę składa się z 3 wodospadów: górnego, środkowego i dolnego (widok naprawdę robi wrażenie). Kolejnym miejscem, które wywarło na mnie ogromne wrażenie to „Mirror Lake”, czyli lustrzane jezioro, w odbiciu którego dostrzec można drugi, odbity świat. Nie mogłam odżałować, że dojście na „Glacier Point” było o tej porze roku już zamknięte (z powodu śniegu, który pojawił się w wyższych partiach gór). Uśmiech na mojej twarzy powrócił, kiedy na naszej  drodze stanęli „krewni” kochanego przeze mnie w dzieciństwie Bambi. Co ciekawe, sarenki ani trochę się nie bały turystów i bardzo chętnie pozowały do zdjęć. Pobyt w Yosemite skończyliśmy dość wcześnie, bo około godziny 17, z dwóch powodów: o tej godzinie odjeżdżał nas autobus powrotny oraz z powodu ciemności, która szybko zapadła, a co za tym idzie – wszystkie punkty turystyczne zostały zamknięte, a w Parku Yosemite powiało grozą… Czekając na autobus, przez chwilkę miałam wizję noclegu pod chmurką i stoczenia nierównej walki o jedzenie z niedźwiedziami, przed którymi ostrzegały liczne znaki. Na szczęście autobus przyjechał na czas, a my bezpiecznie wróciłyśmy do miasteczka o nazwie Merced, gdzie miałyśmy kolejny nocleg. 🙂

Parkiem Yosemite kończę „best of the best” Kalifornii (z małym zahaczeniem o Nevadę). Mam nadzieję, że oba wpisy przypadły Wam do gustu, i że kiedyś, jak będziecie w USA, wpiszecie je na swoją listę miejsc, które warto zobaczyć. A ja, ze swojej strony obiecuję, że do Kalifornii jeszcze na blogu wrócę!  A póki co, życzę miłego dnia i mówię do następnego!

 

Continue Reading

Książkowi Ulubieńcy Wakacji!

Przygotowując się do tego wpisu uświadomiłam sobie, że dawno takiego na blogu nie było, a przecież kocham książki. Gdy tylko wygospodaruję odrobinę czasu to sięgam po kolejną pozycję z mojej biblioteczki, w której aż roi się, nie od moli, a od nieprzeczytanych jeszcze książek, które co rusz trafiają w moje ręce. Tak sobie myślę, że gdyby można było rozciągnąć dobę to poprosiłabym o jakieś dodatkowe 5 godzin na czytanie. Wtedy na pewno ze wszystkim byłabym na bieżąco, a już na pewno szybciej pochłonęłabym najlepszą książkę jaką czytałam i która również znalazła się w tym zestawieniu. Jesteście ciekawi co to za pozycja i jakie gatunki uwielbiam? Czytajcie dalej! 🙂

1. „Byle Dalej w 888 dni dookoła świata”- Marta Owczarek i Bartek Skowroński

Nie jest tajemnicą, że książki podróżnicze to numer jeden w mojej biblioteczce! One też zajmują w niej zaszczytne, honorowe miejsce, co oznacza, że zawsze układam je na wysokości moich oczu, tak żebym w każdej chwili mogła wrócić do ulubionych tytułów. I tak jest właśnie w przypadku książki „Byle dalej. W 888 dni dookoła świata” Marty Owczarek i Bartłomieja Skowrońskiego. Historia Bartka i Marty to niby nic odkrywczego. Dwoje ludzi, wspólna pasja i ogromna chęć żeby zrobić coś dla siebie.  Tak naprawdę jest to historia banalnie prosta, która może być opowieścią każdego z nas i być może, właśnie dlatego tak mnie urzekła. Nasi bohaterowie postanowili  porzucić swoje dotychczasowe życie, prace i wyruszyć w podróż, o której większość z nas rozmyśla i marzy. Oni udowadniają, że ze sfery marzeń, łatwo przejść do czynów. Jedyne co trzeba mieć to wystarczająco duże „jaja”, które mam nadzieję i mi kiedyś urosną! 😉 Oczywiście jak każda podróż tak i ta nie obyła się bez miłych i tych trochę mniej miłych przygód, ale nie chce Wam tutaj za dużo zdradzać, bo gorąco zachęcam żebyście sięgnęli po tę książkę. Jak to się teraz mówi? „Winter is coming”, a nie ma chyba nic przyjemniejszego, niż jesienny wieczór, z kubkiem kakao i dobrą, lekko napisaną książką, która przeniesie nas w cieplejsze rejony globu! Czy coś może się z tym równać? Chyba tylko rzeczywiste odwiedzenie miejsc do których zawędrowali Marta i Bartek! 😉

2. „Swoją drogą”- Tomek Michniewicz

Kolejną pozycją „must read” na mojej liście jest „Swoją drogą” Tomka Michniewicza. Tutaj również pojawia się wątek wyprawy, a właściwie trzech wypraw, w trzy zupełnie różne rejony świata i w towarzystwie trzech różnych osób. Pozycja fascynuje, śmieszy, ale często też daje do myślenia.  Autor bierze trzy bliskie sobie osoby: przyjaciela, żonę i tatę do miejsc, które sami mogą sobie wybrać. Na początku więc przenosimy się na Czarny Ląd i poznajemy kolegę Tomka oraz historię plemienia Baka. Zdradzę Wam w sekrecie, że jest to moja ulubiona podróż z tej książki i coraz częściej mam ochotę spakować plecak i ruszyć do Afryki, w której mnie jeszcze nie było. Historia wciąga, jak dobry kryminał, gwarantuję, że jeden dłuższy jesienny wieczór, a będziecie już po tej części i pozostanie tylko rozpacz, że skończyło się tak szybko. Ale książka się jeszcze nie kończy, są przecież jeszcze wyprawy, do Arabii Saudyjskiej, gdzie Tomek zabrał żonę i do Nowego Orleanu gdzie wybrał się z tatą. Mam wrażenie, że ta ostatnia miała być tą najmocniejszą częścią, a jakoś nie wyszło. Mnie osobiście dużo bardziej wciągnęły i zaintrygowały dwie wcześniejsze. Ale nie oznacza to, że podróż do Stanów Zjednoczonych była nijaka, warto sprawdzić to na własnej skórze. Być może Wam bardziej przypadnie do gustu wyprawa po amerykańskich pubach i ulicach w rytmie dźwięków bluesa. Wiem z dobrych źródeł, od  samego autora, że w przygotowywaniu jest nowa książka, której nie mogę się już doczekać. Tym bardziej, że ma się w niej pojawić wątek moich Indii…

3. „Shantaram”- Gregory David Roberts

A propos Indii, to do nich przeniesiemy się z 3 pozycją, która jest absolutną petardą w tym zestawieniu. Właściwie znalazłaby się na podium nawet jeśli brałabym pod uwagę wszystkie książki jakie do tej pory przeczytałam! :O „Shantaram” G.D Roberts’a nie bez powodu jest światowym bestsellerem i dziwie się tylko, że w moje ręce trafiła tak późno. Jest to inspirowana prawdziwymi wydarzeniami opowieść , która przenosi nas w brudne, tajemnicze, ale i piękne zakątki Bombaju. Główny bohater – Australijczyk, który w biały dzień uciekł z więzienia i przedostał się do Indii, właśnie w Bombaju odnajduje drugi dom. Tylko nie myślcie sobie, że to sielankowa opowieść o Bollywood i pięknych Indiach. O nie! To co tu znajdziemy, to szemrane interesy, bombajską mafię z niedopowiedzianymi praktycznie do samego końca wątkami i postaciami, które co rusz wkraczają w życie naszego bohatera, oraz kobietę – femme fatale dla której Lin traci głowę. Jest też moja ulubiona postać czyli Prabaker, którego nie da się nie lubić. Czytając zachwyty Marcina Mellera nad tą książką, myślałam sobie: „pic na wodę, na pewno przesadza, jak to zwykle w przypadku recenzji bywa”, a on pisał prawdę i tylko prawdę i wcale się nie dziwie, że pozycja ta na stałe zagościła w jego repertuarze podarków dla rodziny, przyjaciół, a nawet znajomych przyjaciół. Jeśli chcecie poznać Indie takie jakie ja znam, wyjątkowe, nieobliczalne i zaskakujące na każdym kroku,  wyjścia są dwa: albo kupcie bilet do Delhi albo sięgnijcie po Shantaram. Wszystkie sytuacje tam opisane, nawet te najdziwniejsze, dla kogoś kto tak jak ja, rok czasu spędził w Indiach, wcale nie były aż tak szokujące. I wierzcie lub nie, ale jestem prawie w 100% pewna, że każda z tych najbardziej absurdalnych historii zdarzyła się naprawdę.

I to były 3 książki z mojej biblioteczki, które polecam Wam na długie jesienne wieczory. Ja już rozglądam się za drugą częścią „Shantaram” czyli książką „Cień Góry” niestety w Empiku widziałam tylko wydanie w twardej oprawie, a 800-stronicowa pozycja i tak już jest wyjątkowo ciężka i nieporęczna, szczególnie w przypadku czytania na leżąco. 😉 Ale może i dobrze, że jeszcze jej nie dorwałam, bo pewnie znowu przepadłabym na kilka dni, a mam kilka ważnych projektów do zrealizowania. Także nie sięgajcie po wyżej wymienione pozycje, jeśli nie dysponujecie wystarczająco dużą ilością wolnego czasu, bo może to się źle skończyć! 😀 Ja lecę… czytać! Do następnego!

Continue Reading

Kosmetyczni Ulubieńcy – Kwiecień!

Hej Kochani! W kalendarzu mamy już maj (tak nawiasem mówiąc mój ulubiony miesiąc 😉 ), dlatego czas najwyższy na podsumowanie kwietnia jeśli chodzi o zawartość mojej kosmetyczki. Dzisiaj będzie sporo nowości, które jednak na tyle skradły moje serce, że od razu stały się ulubieńcami miesiąca.

Jesteście ciekawi co to za kosmetyki? Czytajcie dalej 😉

Szampon Botanicals do włosów farbowanych- L’oreal

Ten produkt jest jednocześnie ulubieńcem jak i rozczarowaniem. Hmmm takiej sytuacji chyba jeszcze nie było, ale jak wiadomo my-kobiety jesteśmy dość skomplikowanymi istotami. Powiem Wam, bez owijania w bawełnę, że nowa seria od firmy L’oreal znalazła się w moim koszyku ze względu na opakowanie, bo ono faktycznie jest przepiękne. Od razu wyobraziłam sobie tą śliczną buteleczkę z pompką stojącą dumnie i zdobiącą moją wannę. Kolejnym powodem do zakupu była obniżona cena produktu, normalnie kosztuję on ponad 40 złotych, a na promocji w Rossmannie dorwałam go za niecałe 25 zł. Podekscytowana tymi dwoma rzeczami, włożyłam go szybko do koszyka i powędrowałam do kasy, nie sprawdzając nawet składu. No ale skoro nazwa ma w sobie słowo BOTANICALS to TO musi być naturalny produkt, prawda? Nic bardziej mylnego! Szampon co prawda, jak zapewnia producent pozbawiony jest silikonów, parabenów i barwników, ale w składzie znajdziemy SLS. Szkoda, bo gdyby nie to, nie miałabym się do czego przyczepić. Moje włosy bardzo polubiły ten produkt. A one za nowościami nie przepadają. 🙂 Wybredne bestie! 

Odżywka do włosów Botanicals- L’oreal

Jak się pewnie już domyślacie, wrzucając do koszyka wyżej wspominany szampon, dorzuciłam też odżywkę. A co! Jak szaleć to na całego! 😉 I w przypadku odżywki sytuacja jest analogiczna do tej dotyczącej szamponu. Fajnie, ładnie, ale nie do końca bio i naturalnie. Jedno jest pewne, odżywka, a właściwie balsam do włosów, świetnie radzi sobie z moimi skłonnymi do plątania włosami. Nie obciąża ich, a ładnie wygładza. Ogromny plus za to, że po jej nałożeniu nie muszę już wspomagać się dodatkowymi produktami podczas rozczesywania. Aaaa zapomniałam jeszcze wspomnieć o zapachu. Bo jeśli nie lubicie ziołowych aromatów omijajcie tą serię szeroki łukiem. 😉 Mi zapach nie przeszkadza, a nawet się podoba!

Całonocna maska Bubble Tea- Etude House

Kolejny produkt, o którym muszę Wam napisać to całonocna maska koreańskiej firmy Etude House. Okej, tutaj również opakowanie miało mocny wpływ na decyzję zakupową, ale żeby nie było że jestem podatna na takie tanie sztuczki marketingowe, to tym razem sprawdziłam również opinię na temat tej maski. Po przeczytaniu kilku recenzji kosmetyku stwierdziłam, że jest to coś dla mnie! I nie zawiodłam się! Maskę, tak jak nazwa wskazuję nakładamy na całą noc dołączoną do słoiczka szpatułką, a dokładniej: nabieramy trochę różowego kisielu plus jedną z kuleczek, jak na „prawdziwą atrapę” bubble tea przystało. 😉 Kulkę przed nałożeniem rozgniatamy na ręce (wspomnianą wcześniej szpatułką) i mieszamy z różową mazią. Tak przygotowaną miksturę nakładamy na twarz i idziemy spać. Rano myjemy buzię letnią wodą i gotowe. Nasza twarz po takim zabiegu jest pięknie rozświetlona, po prostu ładna, a efekty widać gołym okiem. Jest to jedna z niewielu masek w mojej kolekcji, po której zastosowaniu widzę natychmiastową zmianę w kondycji swojej skóry!

Zapomniałam jeszcze wspomnieć, że do wyboru są trzy rodzaje „herbatek”: czarna, zielona i truskawkowa. Pierwsza zapewnia nam świetlistość i ujędrnienie, druga pomaga dbać o pory i kontrolować wydzielanie sebum, a ostatnia zapewnia nam gładkość i świetlistość buzi. To są obietnice producenta, ale po przetestowaniu truskawkowej herbatki muszę przyznać, że pokrywają się one z rzeczywistością!

Do kupienia TUTAJ!

Konturówka nr 68- Inglot

Kolejną rzeczą, tym razem nie nowością, a kosmetykiem do którego powróciłam po dłuższej przerwie jest konturówka firmy Inglot o numerku 68, która idealnie zgrywa się z kolorem moich ust. To właśnie nią obrysowuję usta, przed nałożeniem pomadki, wyjeżdżając poza krawędzie. Dzięki temu mam optycznie powiększone wargi bez interwencji lekarza i botoksu! 🙂 Daje mi to bardziej naturalny efekt, który jednak jest zauważalny! Skąd to wiem? Od kiedy stosuję ten zabieg już pare osób zapytało mnie czy mam powiększone usta?! 😉

Róż do policzków Insta Glow nr 002 – Miss Sporty

Kolejnym kosmetykiem z kolorówki, którego w kwietniu używałam non stop jest róż do policzków firmy Miss Sporty. Ma piękny odcień i lekką, pudrową konsystencję. Ważna informacja dla fanek absolutnego matu, róż z tej serii nie zapewni Wam matowego wykończenia, gdyż ma w swoim składzie drobinki dające nam delikatne i naturalne rozświetlenie. Dużym plusem jest też bardzo przystępna cena. Jakość i trwałość jest tutaj na poziomie dużo droższych produktów. Polecam, spróbować któregoś z 6 kolorów, bo myśle, że większość z Was polubi się z tym różem! 😉

I to tyle jeśli chodzi o dzisiejszych ulubieńców! Dajcie znać czy któryś z tych produktów używałyście i czy Wam również przypadł do gustu, albo podzielcie się swoimi kwietniowymi ulubieńcami! 😉

Buziaki i do następnego!

Continue Reading

Książkowi Ulubieńcy Marca!

Hej Kochani! Jak Wam weekend mija? Ja przyznam się szczerze,że jak zerknęłam wczoraj do kalendarza, to wierzyć mi się nie chciało, że mamy już kwiecień. Serio, gdzie mi te wszystkie marcowe dni umknęły? Dlatego w kwietniu mam mocne postanowienie, żeby również w dni wolne od pracy wstawać wcześniej, najpóźniej o 7, tak żeby jak najdłużej cieszyć się kwietniowymi, wiosennymi dniami. W końcu to jedna z piękniejszych pór roku. No i być może będę dzięki temu miała więcej czasu na czytanie, tym razem już na świeżym powietrzu. 🙂 Bo w marcu po książki sięgałam dopiero późnym wieczorem… Niemniej pozycje, które chce Wam polecić są na tyle ciekawe, że mimo mojego ogromnego zmęczenia, zamiast przyłożyć głowę do poduszki, zakładałam okulary, zapalałam lampkę (inne lampki też mi czasami towarzyszyły ;)) i przenosiłam się w zupełnie inny świat. Właściwie w 3 zupełnie rożne światy, wszystkie cudowne i fascynujące! Interesuje Was jakie pozycje mnie w tym miesiącu zainteresowały? To zapraszam do dalszej lektury.

I na początek chce Wam polecić powieść brytyjskiej dziennikarki i pisarki Jojo Moyes- „Razem będzie lepiej”. Jest to przyjemna lektura do poduszki, którą pochłonęłam bardzo szybko. Tak to chyba jest, że jeśli coś jest napisane fajnym językiem, a do tego pojawia się bohaterka, która od początku wzbudza naszą sympatię to od razu chcemy uczestniczyć w tym wyimaginowanym świecie. Ja od samego początku kibicowałam Jess, podziwiałam jej upór, wewnętrzną siłę i to, że mimo niełatwego życia zawsze znajdowała rozwiązanie. I niech mi ktoś powie, że my kobiety to słaba płeć?! Nie chce Wam tu zdradzać za dużo, dlatego napisze tak: Jest to powieść o podróży na drugi koniec kraju, po to aby spełnić marzenie córki. Oprócz Jess, jej córki, która ma chorobę lokomocyjną i  problematycznego nastolatka, który jest przyszywanym synem Jess w podróż tę wyrusza również ogromnym, śliniący się psiak i przypadkowo spotkany mężczyzna. To nie może być nudna podróż! A biorąc pod uwagę, że wszyscy muszą się pomieścić w jednym samochodzie i spędzić ze sobą kilka dni robi się czasami naprawdę gorąco. Polecam! Szczególnie na ciepłe, wiosenne dni. Ja na pewno sięgnę również po inne książki Pani Moyes! 🙂

Kolejna książka, którą bardzo Wam polecam, zabiera nas w zupełnie inny świat. To już nie jest powieść, a bardzo rzetelnie napisany poradnik autorstwa wykwalifikowanej i wykształconej kosmetolog Bożeny Społowicz. Pani Bożena , która od kilkudziesięciu lat zajmuje się tematem skóry wymyśliła sobie nawet nowy zawód- Skin Coach. I jak to w przypadku różnego rodzaju coachów bywa… jako pierwszy w Polsce Skin Coach, zajmuję się doradztwem w sprawie naszej skóry. Po terapii z Panią Bożeną ponoć każda z nas wyjdzie z domu bez makijażu, bo nie będzie go potrzebować. „Dzięki Skin Coachowi polubisz siebie, uśmiech będzie Twoim najlepszym makijażem, poznasz potrzeby swojej skóry i dowiesz się, jak ją odpowiednio pielęgnować, zaoszczędzisz czas i pieniądze, będziesz odporna na marketingowe obietnice.”- to zdanie przepisane z książki, które najlepiej oddaje to co w niej znajdziecie. Tak jak już kiedyś mówiłam, jest to taki nasz polski odpowiednik książki Charlotte Cho- „Sekrety Urody Koreanek”. Napisana troszkę inaczej, zwracająca uwagę na naturalne sposoby dbania o skórę, uświadamiająca nam, że nie tylko kosmetyki, ale też sposób w jaki żyjemy wpływa na to jak wyglądamy. W przypadku tej lektury notatnik jest nieodzownym elementem procesu czytania. Ja notowałam sobie najważniejsze rzeczy, tak aby w każdej chwili móc sobie je przypomnieć nie musząc przekopywać się znowu przez 280 stron. 🙂 Mam nadzieje, że Pani Bożena odniesie tą książką taki sam sukces jak wspomniana wcześniej Charlotte Cho. Powiedzenie „Dobre, bo polskie” jest tu w 100% uzasadnione. Polecam!

I ostatnia lektura, o które chce dzisiaj wspomnieć  to chyba najpiękniej wydana książka kucharska autorstwa Wendy Rowe. Przyznam się szczerze, że mnie jako typową sroczkę najpierw zauroczyła okładka, a dopiero później zagłębiałam się w treść „Jedz i bądź piękna”. Na szczęście w tym przypadku powiedzenie „Nie oceniaj książki po okładce” się nie sprawdziło i zarówno szata graficzna, jak i treść pięknie się uzupełniają. Z książki dowiesz się między innymi co pomaga, a o przeszkadza w utrzymaniu zdrowia i promiennej cery. Bo czy wiedziałyście na przykład, że nadmiar nabiału nam szkodzi, a picie wody kokosowej działa na nasz wygląd zbawiennie?! Ja też nie, dlatego chętnie uzupełniłam swoją wiedzę  o wspomniane kwestie. W książce znajdziecie przepisy na wszystkie  4 pory roku. Dodatkowo porady dla urody i przepisy na domowe kosmetyki. Jest to kolejne książka- urodowa biblia, która moim zdaniem powinna znaleźć się na półce każdej świadomej kobiety, która chce wyglądać pięknie.

I to już koniec na dzisiaj. Dajcie znać, czy którąś z tych książek czytałyście? Czekam też, w komentarzach, na Waszych „książkowych ulubieńców” bo chętnie sięgnę po coś sprawdzonego! 🙂 Buziaki i do następnego!

Continue Reading

Kosmetyczne Top & Not- czyli ulubieńcy i rozczarowania!

Hej Kochani! Dzisiaj zapraszam Was na kolejny post z serii beauty. Ze statystyk bloga wynika, że bardzo lubicie tego typu wpisy, dlatego też postanowiłam trochę rozszerzyć temat i tym razem oprócz kosmetyków, które wzbudziły mój niepohamowany zachwyt, pojawią się też totalne klapy i rozczarowania. Będzie ciekawie bo prawdopodobnie jestem jedyną osobą w blogosferze, która nie pokochała tego kosmetyku! 😀 Jeśli chcecie wiedzieć co to za beauty produkty- czytajcie dalej! 🙂

Zaczniemy (tak jak w dowcipach, w których bohater ma do wyboru dobrą i złą wiadomość i zawsze wybieraj najpierw tą pierwszą) od ulubieńców bo tak naprawdę gdyby nie one, dzisiejszy wpis by nie powstał. Także pierwszym naszym pozytywnym bohaterem jest olejek do mycia twarzy koreańskiej firmy Klairs. Zapewne się domyślacie, że po ten produkt sięgnęlam po przeczytaniu książki „Sekret urody Koreanek” o której pisałam w innym wpisie (KLIK). Wcześniej moja wieczorna pielęgnacja twarzy polegała na umyciu buzi żelem i przejechaniu tego wszystkiego na szybko wacikiem nasączonym wodą micelarną. And that’s it! A jak się okazało olejek do mycia jest bardzo istotnym etapem pielęgnacji czego dowodem jest moje cera po ponad miesiącu stosowania. Olejków innej firmy póki co nie stosowałam, także nijak mam z czym porównać, jedno jednak jest pewne-ten produkt zdecydowanie mojej (wybrednej) cerze służy i z czystym sumieniem mogę Wam go polecić.

Znajdziecie go TUTAJ

Kolejny produkt, to również dziecko firmy Klairs- tym razem chodzi o nawilżający tonik. Jak zapewnia producent tonik ma za zadanie nawilżać i odżywiać, a dodatkowo ma również działanie przeciwzapalne i kojące- i z tym wszystkim się zgadzam. Tonik stworzony został na bazie ekstraktów roślinnych i zapewnia skórze odpowiednie pH, zatem niweluje uczucie ściągnięcia i napięcia, które czasami powstaje po umyciu twarzy żelem.  Bardzo zaintrygowała mnie również konsystencja tego produktu, która przypomina rozwodniony żel, co jest akurat plusem bo daje nam to większe pole manewru przy wyborze stosowania. Można użyć do tego wacika, albo wylać kilka kropel na dłoń i wmasować kosmetyk rękoma. Obie wersje przetestowane i obie się sprawdzają 😉 Myślę, że posiadaczki każdego rodzaju cery mogą śmiało sięgnąć po ten produkt.

Do kupienia TUTAJ

Kolejnym kosmetykiem, który chce Wam polecić jest matowa pomadka firmy Zoeva. Także jak widzicie, w moim szaleństwie na temat koreańskich kosmetyków do pielęgnacji znalazło się też miejsce miejsce dla czegoś z kolorówki. Jest to pomadka trwała, matowa, ale nie wysuszająca jak inne tego typu produkty. Dodatkowo ma piękny intensywny kolor! Czego chcieć więcej? 🙂 Aaa dodam jeszcze tylko, że po wyjęciu „szpatułki” z opakowania ilość produktu jaka się na niej znajduje w zupełności wystarczy na dokładne pomalowanie całych ust! ;D Także nie dobierajcie kolejnej porcji bo jak wiadomo we wszystkim umiar jest wskazany, a czasami mniej znaczy więcej 🙂

Zerknijcie też na inne kolory TUTAJ

No i tym optymistycznym akcentem kończymy serię ulubieńców, a przechodzimy do kosmetyków, które miały być bombą, a okazały się niewypałem… Całe szczęście, że nie spowodowały tylu szkód jak prawdziwe materiały wybuchowe, nie mniej jednak moje rozczarowanie jest spore.

Zaczynamy od czarnej maski firmy Pilaten. Ani nie poradziła sobie z moimi zaskórnikami, ani nie pozostawiła cery oczyszczonej, ani nawet ładnie nie pachnie. Jedyne moje skojarzenie póki co po kilku stosowaniach to czerwona twarz (i nie chodzi tutaj o indiański pseudonim), a o wygląd mojej skóry po zdjęciu maski oraz niemiłosierny ból, który temu towarzyszy. Także jeśli macie sadomasochistyczne ciągoty, można spróbować, może u Was się sprawdzi, ale ja ogólnie jestem na nie i nie polecam. Jedyny plus, którego jestem w stanie się doszukać to niska cena, która niestety idzie w parze z jakością. A szkoda, bo wierzyłam, że w końcu znalazłam coś co poradzi sobie z moimi wągrami! 🙁

Jakbyście jednak chciały wypróbować na własnej skórze, do kupienia TUTAJ

I ostatnim produktem, który śmiało mogę nazwać największym rozczarowaniem ubiegłego miesiąca, jest kultowy krem Mizona z wydzieliną ślimaka. Oj ja naiwna, po tym wszystkim co przeczytałam na temat tego kremu w internecie, naprawdę myślałam, że ze ślimaczkiem się polubimy. Prawda okazała się bolesna i to dosłownie. Krem, który miał regenerować moją skórę najzwyczajniej w świecie wysusza (zastanawiam się czy któraś z Was miała podobny problem?). Wysusza do tego stopnia, że robią mi się suche placki na twarzy, które chyba nie muszę pisać, nie wyglądają zbyt dobrze, szczególnie pod warstwą podkładu, który się w tych miejscach zbiera i roluje. Zastanawiałam się czy to nie przypadkiem wina innego kosmetyku, który używam i który w połączeniu ze ślimakiem może dawać takie mało przyjemne rezultaty, ale szczerze mówiąc nie mam pojęcia kto mógłby być tym drugim ukrytym agentem! 😉 Niemniej dam mu jeszcze szansę i spróbuję zużyć go w innych kombinacjach, jeśli moja opinia na temat kultowego Mizona się zmieni to na pewno dam Wam znać! 🙂

Znajdziecie go TU

I to wszystko na dzisiaj! Mam nadzieję, że nowa forma ulubieńców przypadnie Wam do gustu! 🙂 Dajcie znać co u Was się ostatnio sprawdziło, a co kompletnie nie dało rady! Buziaki i do następnego!

Continue Reading