USA – co zobaczyć w Kalifornii? Zachodnie wybrzeże cz. 1

Kilka dni temu zerknęłam w kalendarz i zorientowałam się, że mamy już grudzień! :O Serio? -pomyślałam. Czas brać się za porządki przedświąteczne i robienie listy prezentów. Ale zanim o tym tu przeczytacie (a zapewniam, że przeczytacie) to zapraszam na kilka słów a’propos minionego miesiąca. Listopad minął mi w błyskawicznym tempie, po części dlatego, że przez 16 dni byłam na wyczekiwanym z utęsknieniem urlopie. Po zeszłorocznej Azji, tym razem zdecydowałam się na przeciwny kierunek czyli Stany Zjednoczone. Był to mój trzeci pobyt w USA i choć najkrótszy, to równie udany. Odwiedziłam też miejsca, które na długo pozostaną w mojej pamięci i w które na pewno się jeszcze wybiorę. A Was zapraszam na moje subiektywne best of the best- czyli miejsca, które trzeba odwiedzić będąc na zachodnim wybrzeżu USA.

1. San Francisco!

Na sam początek idzie San Francisco. To właśnie do San Francisco miałam lot (z Berlina) i to tutaj spędziłam 4 pierwsze dni.  Choć przyznam szczerze, po pierwszym dniu miałam wątpliwości czy miasto to, znajdzie się w tym zestawieniu. To co rzuciło mi się w oczy po opuszczeniu metra to przeogromna ilość ludzi bezdomnych, żebraków i osób będących „pod wpływem” nie tylko alkoholu, ale też innych cięższych używek… Moje przerażenie minęło, gdy okazało się, że wystarczy wybrać alternatywną, równoległą ulicę, a niektóre miejsca po prostu omijać  (zrezygnujcie ze spaceru 6th Street, bo możecie przeżyć szok), ja przeżyłam zarówno szok jak i spacer wspomnianą 6 Ulicą. Natomiast osoby o mocnych nerwach, chcące zobaczyć, drugie, to mniej kolorowe oblicze San Francisco niech się wybiorą albo na „szósteczkę” albo co będzie jeszcze większym hardcorem Ellis Street). Zapominając jednak  o tych widokach, San Francisco oferuje nam cudowne przejażdżki oldschoolowymi tramwajami, ogromne zapierające dech w piersiach mosty, którymi przejazd samochodem już sprawia frajdę, mnóstwo pięknych zakątków, w które aż chce się zajrzeć i wzgórza… wzgórza i jeszcze raz wzgórza. To jedno z piękniejszych miast Stanów Zjednoczonych leży aż na 42 wzgórzach… co robi wrażenie, szczególnie jeśli trzeba po nich jeździć samochodem. Na ile najlepiej wybrać się do San Francisco? Moim zdanie przynajmniej tydzień. Ja będąc 4 dni, musiałam odpuścić kilka miejsc, które miałam na liście, czego nie mogę odżałować… Ale obiecałam sobie, że wrócę i nadrobię wszystko! Najwyżej nie będę spała! 🙂  (o szczegółach tego co widziałam w SF przeczytacie w innym wpisie).

2. Monterey!

Monterey – cudowne mniejsze miasteczko z mega klimatem. Miałam wrażenie, że czas tu płynie zdecydowanie wolniej niż w San Francisco. Jest to też świetne miejsce na odpoczynek od wielkiego miasta jakim jest to pierwsze, tym bardziej, że w 2-3 godzinki jesteśmy w stanie z San Francisco dotrzeć samochodem do tego malowniczego miasteczka. Znacie serial „Wielkie kłamstewka” z Nicol Kidman i Reese Whiterspoon? Jego akcja toczy się właśnie w uroczym Monterey. Ale to oczywiście nie jedyny powód aby tu zajrzeć. Osobiście polecam spacer Cannery Row, która kończy się Montery Bay Aquarium, czyli miejscem, gdzie można zapoznać się z podwodnym światem zatoki. My po oceanarium w San Francisco miałyśmy dość takich atrakcji i w ramach zaoszczędzonego czasu udałyśmy się na dalszą pieszą wędrówkę wzdłuż Ocean View Blvd. Był to naprawdę świetny pomysł, bo widoki były piękne. Nie wiedziałyśmy, że to dopiero początek tego co nas czeka. Po dość długim spacerze, kawie wypitej w kawiarni z cudnym widokiem (w której spotkałyśmy Polaków) udałyśmy się w kierunku Pebble Beach. Myśląc, że to  po prostu plaża, a nie cały resort z polami golfowymi ciągnącymi się tuż obok linii brzegowej i pięknymi punktami widokowymi, nie zagospodarowałyśmy odpowiednio dużo czasu, żeby móc na spokojnie, bez spoglądania na zegarek cieszyć się pięknym widokami. Także polecam (szczególnie w okresie jesienno-zimowym, kiedy ciemno robi się o 17) wybrać się tam z samego rana, bo naprawdę jest co podziwiać. Wjazd na teren Pebble Beach kosztuje 10$, otrzymujemy też mapę – a przesympatyczny strażnik, jeśli odpowiednio zagadamy, zaznaczy nam na niej najładniejsze miejsca, co jest bardzo przydatne jeśli nie mamy na zwiedzanie całego dnia. 🙂 Dwie rzeczy, których NIE WOLNO Wam ominąć będąc w Pebble Beach to: „Bird Rock Vista Point” i „Lone Cypress”. Nie będę Was też winić jeśli po drodze, samochód zatrzymacie setki razy i zrobicie milion zdjęć. 🙂 Z Pebble Beach od razu warto udać się do Carmel-by-the-Sea. Tym bardziej, że miasteczko to znajduję się przysłowiowy „rzut beretem” od Pebble Beach. Nie polecam zatrzymywać się tu na noc bo Carmel-by-the-Sea to urocze, choć drogie miasteczko, zamieszkiwane głównie przez artystów i milionerów. Ceny są tutaj zawrotne w porównaniu do leżącego przecież w niewielkiej odległości Monterey. Nie mniej warto Carmel odwiedzić, przespacerować się wąskimi (jak na Stany) uliczkami i odwiedzić, uważaną za jedną z piękniejszych plaż czyli Carmel Beach.

3. Big Sur!

To właściwie nie miejsce, a słynna trasa – droga nr 1 wzdłuż wybrzeża, która obfituje w tak piękne widoki, że tego aż nie da się opisać. Na nasze nieszczęście, podczas pobytu w USA „jedynka” była w remoncie – co oznaczało jej zamknięcie w okolicach miejscowości Lucia. Przyznam szczerze, że to trochę pokomplikowało nam plany, które zakładały przejazd Big Surem aż do Pismo Beach, gdzie miałyśmy nocleg. Czy jednak sprawiło, że z przejazdu słynną „jedynką” zrezygnowałyśmy? Absolutnie nie! Decyzja zapadła, że jedziemy nią tak długo jak na to pozwoli, aż do napisu „roboty drogowe” a następnie wracamy i udajemy się do Pismo Beach drogą szybszą, mniej przyjemną, po prostu zwykłą 3-pasmówką. Na drugi dzień natomiast pojechałyśmy Big Surem od drugiej strony, do punktu gdzie można zobaczyć lwy morskie wylegujące się na plaży, czyli Elephant Seal Rookery w okolicach San Simeon. W gratisie udało nam się też dostrzec wieloryby, co było zjawiskiem absolutnie magicznym i nieporównywalnym do niczego. I choć zajęło nam to dwa razy więcej czasu to z czystym sumieniem mogę napisać, że było warto. Jest to najpiękniejsza trasa, jaką było mi w życiu pokonać, a przewodniki turystyczne w żadnym stopniu nie koloryzują. Ochy i achy są tu jak najbardziej wskazane! 🙂 Kto nie jechał Big Surem ten nie widział prawdopodobnie najcudowniejszych widoków w swoim życiu!

4. Pismo Beach!

Kolejna nadmorska mieścina, która mi kojarzy się z setkami surferów, którzy od samego rana próbują złapać najlepszą falę, ogromnym molo i pyszną włoską restauracją tuż przy naszym zajeździe. Trochę żałuję, że nie miałam czasu powłóczyć się po Pismo Beach, bo to co zobaczyłam bardzo mi się spodobało. Chodząc po plaży, zerkając na ogromne pale podtrzymujące molo, poczułam naprawdę dobrą energię. Chciałabym tu wrócić bo niewątpliwie jest to magiczne miejsce!

5. Santa Barbara!

Czas na ostatnie miejsce w tym wpisie, czyli wisienkę (a nawet – truskawkę) na torcie! Santa Barbara, czyli miejsce, które początkowo chciałam ominąć, nie zjeżdżając nawet z trasy. Na szczęście poszłam po rozum do głowy a właściwie napisałam do mojej przyjaciółki, która kilka lat temu odwiedziła Kalifornię, w tym również Santa Barbarę. Po gorącej rekomendacji tego miejsca postanowiłam dać mu szansę. I nie zawiodłam się. Miasto choć widać, że bardziej wymuskane niż inne mniej turystyczne miejscowości ma w sobie urok. Fajnie też popatrzeć czasem „w realu” na najpiękniejsze ujęcia z widokówek czy kadry z filmów. Santa Barbara to ładna plaża, duże molo, na którym tętni życie i port… a także mnóstwo knajp i knajpeczek gdzie można zjeść coś dobrego. Co ciekawe molo świętej Barbary jest udostępnione nie tylko dla pieszych, ale i dla poruszających się samochodami, co bardzo ułatwia leniwym Amerykanom życie. Spacerując po nim można też wypożyczyć sobie wędkę i zrelaksować się łowiąc ryby! Czyż to nie cudowna opcja? 🙂 Ja niestety nie miałam zbytnio czasu na wędkowanie. Zjadłam ogromnego jedno-gałkowego z założenia loda (który wyglądał jak cztero-gałkowiec w Polsce) zrobiłam kilka zdjęć i pomknęłam dalej, w kierunku Los Angeles… Ale to już temat na kolejny wpis… 🙂

 

Continue Reading

Kosmetyczni Ulubieńcy – Kwiecień!

Hej Kochani! W kalendarzu mamy już maj (tak nawiasem mówiąc mój ulubiony miesiąc 😉 ), dlatego czas najwyższy na podsumowanie kwietnia jeśli chodzi o zawartość mojej kosmetyczki. Dzisiaj będzie sporo nowości, które jednak na tyle skradły moje serce, że od razu stały się ulubieńcami miesiąca.

Jesteście ciekawi co to za kosmetyki? Czytajcie dalej 😉

Szampon Botanicals do włosów farbowanych- L’oreal

Ten produkt jest jednocześnie ulubieńcem jak i rozczarowaniem. Hmmm takiej sytuacji chyba jeszcze nie było, ale jak wiadomo my-kobiety jesteśmy dość skomplikowanymi istotami. Powiem Wam, bez owijania w bawełnę, że nowa seria od firmy L’oreal znalazła się w moim koszyku ze względu na opakowanie, bo ono faktycznie jest przepiękne. Od razu wyobraziłam sobie tą śliczną buteleczkę z pompką stojącą dumnie i zdobiącą moją wannę. Kolejnym powodem do zakupu była obniżona cena produktu, normalnie kosztuję on ponad 40 złotych, a na promocji w Rossmannie dorwałam go za niecałe 25 zł. Podekscytowana tymi dwoma rzeczami, włożyłam go szybko do koszyka i powędrowałam do kasy, nie sprawdzając nawet składu. No ale skoro nazwa ma w sobie słowo BOTANICALS to TO musi być naturalny produkt, prawda? Nic bardziej mylnego! Szampon co prawda, jak zapewnia producent pozbawiony jest silikonów, parabenów i barwników, ale w składzie znajdziemy SLS. Szkoda, bo gdyby nie to, nie miałabym się do czego przyczepić. Moje włosy bardzo polubiły ten produkt. A one za nowościami nie przepadają. 🙂 Wybredne bestie! 

Odżywka do włosów Botanicals- L’oreal

Jak się pewnie już domyślacie, wrzucając do koszyka wyżej wspominany szampon, dorzuciłam też odżywkę. A co! Jak szaleć to na całego! 😉 I w przypadku odżywki sytuacja jest analogiczna do tej dotyczącej szamponu. Fajnie, ładnie, ale nie do końca bio i naturalnie. Jedno jest pewne, odżywka, a właściwie balsam do włosów, świetnie radzi sobie z moimi skłonnymi do plątania włosami. Nie obciąża ich, a ładnie wygładza. Ogromny plus za to, że po jej nałożeniu nie muszę już wspomagać się dodatkowymi produktami podczas rozczesywania. Aaaa zapomniałam jeszcze wspomnieć o zapachu. Bo jeśli nie lubicie ziołowych aromatów omijajcie tą serię szeroki łukiem. 😉 Mi zapach nie przeszkadza, a nawet się podoba!

Całonocna maska Bubble Tea- Etude House

Kolejny produkt, o którym muszę Wam napisać to całonocna maska koreańskiej firmy Etude House. Okej, tutaj również opakowanie miało mocny wpływ na decyzję zakupową, ale żeby nie było że jestem podatna na takie tanie sztuczki marketingowe, to tym razem sprawdziłam również opinię na temat tej maski. Po przeczytaniu kilku recenzji kosmetyku stwierdziłam, że jest to coś dla mnie! I nie zawiodłam się! Maskę, tak jak nazwa wskazuję nakładamy na całą noc dołączoną do słoiczka szpatułką, a dokładniej: nabieramy trochę różowego kisielu plus jedną z kuleczek, jak na „prawdziwą atrapę” bubble tea przystało. 😉 Kulkę przed nałożeniem rozgniatamy na ręce (wspomnianą wcześniej szpatułką) i mieszamy z różową mazią. Tak przygotowaną miksturę nakładamy na twarz i idziemy spać. Rano myjemy buzię letnią wodą i gotowe. Nasza twarz po takim zabiegu jest pięknie rozświetlona, po prostu ładna, a efekty widać gołym okiem. Jest to jedna z niewielu masek w mojej kolekcji, po której zastosowaniu widzę natychmiastową zmianę w kondycji swojej skóry!

Zapomniałam jeszcze wspomnieć, że do wyboru są trzy rodzaje „herbatek”: czarna, zielona i truskawkowa. Pierwsza zapewnia nam świetlistość i ujędrnienie, druga pomaga dbać o pory i kontrolować wydzielanie sebum, a ostatnia zapewnia nam gładkość i świetlistość buzi. To są obietnice producenta, ale po przetestowaniu truskawkowej herbatki muszę przyznać, że pokrywają się one z rzeczywistością!

Do kupienia TUTAJ!

Konturówka nr 68- Inglot

Kolejną rzeczą, tym razem nie nowością, a kosmetykiem do którego powróciłam po dłuższej przerwie jest konturówka firmy Inglot o numerku 68, która idealnie zgrywa się z kolorem moich ust. To właśnie nią obrysowuję usta, przed nałożeniem pomadki, wyjeżdżając poza krawędzie. Dzięki temu mam optycznie powiększone wargi bez interwencji lekarza i botoksu! 🙂 Daje mi to bardziej naturalny efekt, który jednak jest zauważalny! Skąd to wiem? Od kiedy stosuję ten zabieg już pare osób zapytało mnie czy mam powiększone usta?! 😉

Róż do policzków Insta Glow nr 002 – Miss Sporty

Kolejnym kosmetykiem z kolorówki, którego w kwietniu używałam non stop jest róż do policzków firmy Miss Sporty. Ma piękny odcień i lekką, pudrową konsystencję. Ważna informacja dla fanek absolutnego matu, róż z tej serii nie zapewni Wam matowego wykończenia, gdyż ma w swoim składzie drobinki dające nam delikatne i naturalne rozświetlenie. Dużym plusem jest też bardzo przystępna cena. Jakość i trwałość jest tutaj na poziomie dużo droższych produktów. Polecam, spróbować któregoś z 6 kolorów, bo myśle, że większość z Was polubi się z tym różem! 😉

I to tyle jeśli chodzi o dzisiejszych ulubieńców! Dajcie znać czy któryś z tych produktów używałyście i czy Wam również przypadł do gustu, albo podzielcie się swoimi kwietniowymi ulubieńcami! 😉

Buziaki i do następnego!

Continue Reading

Kosmetyczne Top & Not- czyli ulubieńcy i rozczarowania!

Hej Kochani! Dzisiaj zapraszam Was na kolejny post z serii beauty. Ze statystyk bloga wynika, że bardzo lubicie tego typu wpisy, dlatego też postanowiłam trochę rozszerzyć temat i tym razem oprócz kosmetyków, które wzbudziły mój niepohamowany zachwyt, pojawią się też totalne klapy i rozczarowania. Będzie ciekawie bo prawdopodobnie jestem jedyną osobą w blogosferze, która nie pokochała tego kosmetyku! 😀 Jeśli chcecie wiedzieć co to za beauty produkty- czytajcie dalej! 🙂

Zaczniemy (tak jak w dowcipach, w których bohater ma do wyboru dobrą i złą wiadomość i zawsze wybieraj najpierw tą pierwszą) od ulubieńców bo tak naprawdę gdyby nie one, dzisiejszy wpis by nie powstał. Także pierwszym naszym pozytywnym bohaterem jest olejek do mycia twarzy koreańskiej firmy Klairs. Zapewne się domyślacie, że po ten produkt sięgnęlam po przeczytaniu książki „Sekret urody Koreanek” o której pisałam w innym wpisie (KLIK). Wcześniej moja wieczorna pielęgnacja twarzy polegała na umyciu buzi żelem i przejechaniu tego wszystkiego na szybko wacikiem nasączonym wodą micelarną. And that’s it! A jak się okazało olejek do mycia jest bardzo istotnym etapem pielęgnacji czego dowodem jest moje cera po ponad miesiącu stosowania. Olejków innej firmy póki co nie stosowałam, także nijak mam z czym porównać, jedno jednak jest pewne-ten produkt zdecydowanie mojej (wybrednej) cerze służy i z czystym sumieniem mogę Wam go polecić.

Znajdziecie go TUTAJ

Kolejny produkt, to również dziecko firmy Klairs- tym razem chodzi o nawilżający tonik. Jak zapewnia producent tonik ma za zadanie nawilżać i odżywiać, a dodatkowo ma również działanie przeciwzapalne i kojące- i z tym wszystkim się zgadzam. Tonik stworzony został na bazie ekstraktów roślinnych i zapewnia skórze odpowiednie pH, zatem niweluje uczucie ściągnięcia i napięcia, które czasami powstaje po umyciu twarzy żelem.  Bardzo zaintrygowała mnie również konsystencja tego produktu, która przypomina rozwodniony żel, co jest akurat plusem bo daje nam to większe pole manewru przy wyborze stosowania. Można użyć do tego wacika, albo wylać kilka kropel na dłoń i wmasować kosmetyk rękoma. Obie wersje przetestowane i obie się sprawdzają 😉 Myślę, że posiadaczki każdego rodzaju cery mogą śmiało sięgnąć po ten produkt.

Do kupienia TUTAJ

Kolejnym kosmetykiem, który chce Wam polecić jest matowa pomadka firmy Zoeva. Także jak widzicie, w moim szaleństwie na temat koreańskich kosmetyków do pielęgnacji znalazło się też miejsce miejsce dla czegoś z kolorówki. Jest to pomadka trwała, matowa, ale nie wysuszająca jak inne tego typu produkty. Dodatkowo ma piękny intensywny kolor! Czego chcieć więcej? 🙂 Aaa dodam jeszcze tylko, że po wyjęciu „szpatułki” z opakowania ilość produktu jaka się na niej znajduje w zupełności wystarczy na dokładne pomalowanie całych ust! ;D Także nie dobierajcie kolejnej porcji bo jak wiadomo we wszystkim umiar jest wskazany, a czasami mniej znaczy więcej 🙂

Zerknijcie też na inne kolory TUTAJ

No i tym optymistycznym akcentem kończymy serię ulubieńców, a przechodzimy do kosmetyków, które miały być bombą, a okazały się niewypałem… Całe szczęście, że nie spowodowały tylu szkód jak prawdziwe materiały wybuchowe, nie mniej jednak moje rozczarowanie jest spore.

Zaczynamy od czarnej maski firmy Pilaten. Ani nie poradziła sobie z moimi zaskórnikami, ani nie pozostawiła cery oczyszczonej, ani nawet ładnie nie pachnie. Jedyne moje skojarzenie póki co po kilku stosowaniach to czerwona twarz (i nie chodzi tutaj o indiański pseudonim), a o wygląd mojej skóry po zdjęciu maski oraz niemiłosierny ból, który temu towarzyszy. Także jeśli macie sadomasochistyczne ciągoty, można spróbować, może u Was się sprawdzi, ale ja ogólnie jestem na nie i nie polecam. Jedyny plus, którego jestem w stanie się doszukać to niska cena, która niestety idzie w parze z jakością. A szkoda, bo wierzyłam, że w końcu znalazłam coś co poradzi sobie z moimi wągrami! 🙁

Jakbyście jednak chciały wypróbować na własnej skórze, do kupienia TUTAJ

I ostatnim produktem, który śmiało mogę nazwać największym rozczarowaniem ubiegłego miesiąca, jest kultowy krem Mizona z wydzieliną ślimaka. Oj ja naiwna, po tym wszystkim co przeczytałam na temat tego kremu w internecie, naprawdę myślałam, że ze ślimaczkiem się polubimy. Prawda okazała się bolesna i to dosłownie. Krem, który miał regenerować moją skórę najzwyczajniej w świecie wysusza (zastanawiam się czy któraś z Was miała podobny problem?). Wysusza do tego stopnia, że robią mi się suche placki na twarzy, które chyba nie muszę pisać, nie wyglądają zbyt dobrze, szczególnie pod warstwą podkładu, który się w tych miejscach zbiera i roluje. Zastanawiałam się czy to nie przypadkiem wina innego kosmetyku, który używam i który w połączeniu ze ślimakiem może dawać takie mało przyjemne rezultaty, ale szczerze mówiąc nie mam pojęcia kto mógłby być tym drugim ukrytym agentem! 😉 Niemniej dam mu jeszcze szansę i spróbuję zużyć go w innych kombinacjach, jeśli moja opinia na temat kultowego Mizona się zmieni to na pewno dam Wam znać! 🙂

Znajdziecie go TU

I to wszystko na dzisiaj! Mam nadzieję, że nowa forma ulubieńców przypadnie Wam do gustu! 🙂 Dajcie znać co u Was się ostatnio sprawdziło, a co kompletnie nie dało rady! Buziaki i do następnego!

Continue Reading

Książkowi Ulubieńcy Lutego!

Hej Kochani! Zapraszam Was na kolejny post z cyklu książkowi ulubieńcy. Wiem i Wy zapewne też pamiętacie, że wpisy te miały pojawiać się co miesiąc jednak w natłoku obowiązków, z książką w styczniu było mi zdecydowanie nie po drodze. 😉 Także dzisiaj o tym co przeczytałam i mogę Wam z czystym sumieniem polecić w lutym. Będą to 3 zupełnie różne pozycje, zatem mam nadzieje, że każdy znajdzie coś dla siebie. Jeśli jesteście ciekawi co zainteresowało mnie na tyle, że byłam w stanie porzucić świat mediów na rzecz papierowych kartek, czytajcie dalej… 😉

I zaczynamy od książki, którą znają już chyba wszyscy… a jeśli się mylę, możecie śmiało mnie poprawić. Sekrety urody Koreanek. Elementarz pielęgnacji- to pozycja napisana przez Charlotte Cho, założycielkę firmy Soko Glam, której głównym mottem jest nie tyko sprzedawać, ale i sprawdzać na własnej skórze koreańskie kosmetyki, wybierając dla nas prawdziwe perełki spośród milionów pozycji na koreańskim rynku „beauty”. Przeglądając asortyment koreańskich marek i  kosmetyki do pielęgnacji jakie oferują, można doznać nie tylko lekkiego szoku, ale też oczopląsu. Dlatego fajnie, że jest taka pozycja książkowa na rynku, która w znacznym stopniu podpowiada nam na co zwrócić uwagę w składzie i po jaki produkt sięgnąć w przypadku konkretnego rodzaju cery. Nie jest to nudy poradnik z cyklu: czytam bo muszę, a w bardzo ciekawy i zabawny sposób uporządkowana wiedza na temat pielęgnacji wg Koreańskich kobiet… i mężczyzn. Czy poradnik jest nas w stanie czymś zaskoczyć? Oj tak!!! Bo czy wiedziałyście, że kosmetyk do mycia na bazie oleju używamy na początku naszej wieczornej bądź porannej rutyny pielęgnacyjnej, a dopiero potem kosmetyk na bazie wody? Ja do tej pory stosowałam tylko ten drugi, a o istnieniu pierwszego nie miałam większego pojęcia. A takich „małych trików” w Sekrecie Urody Koreanek znajdziecie więcej. 🙂

Kolejna książka to dość obszerna powieść, którą czyta się jednym tchem. Przyznam Wam się szczerze, że dawno po żadną powieść nie sięgałam, a „Najlepsze chwile w życiu” Maeve Haran trafiła w moje ręce zupełnie przypadkiem (wygrałam ją w konkursie organizowanym przez MBP w Lesznie :)) Człowiek to jednak ma czasami farta, bo książka idealnie trafiła w moje gusta. Ma wszystko co dobra powieść mieć powinna czyli ciekawe bohaterki ( aż 4 główne), z nie mniej ciekawymi historiami, jest zabawna, inspirująca i zmusza nas do znalezienia odpowiedzi na pytanie, które pojawia się już na samym początku, czyli co nas czeka, powiem może brutalnie, ale na starość. Nasze bohaterki są po sześćdziesiątce, ale historie, które pisze im życie przydarzyć tak naprawdę mogłyby się każdemu, bez względu na wiek. Tutaj jednak, jak twierdzą panie czyli Claudia, Ella, Sal i Laura ten wiek odgrywa na tyle istotną rolę, że temat przewija się przez całą powieść. Dla mnie jednak nie lata „dziewczyn” są istotne, a przyjaźń je łącząca , która, chyba się ze mną zgodzicie potrafi przenosić góry i jest nam potrzebna do funkcjonowanie, niemal tak samo jak powietrze. Nic więcej nie zdradzę… no może poza tym, że znajdziecie w tej książce również polski wątek, a bohater pochodzący z Polski, jest uroczy, zaradny i  przedstawiony (o dziwo :P) w pozytywnym świetle.  Jeśli macie ochotę na coś lekkiego, ale poruszającego istotnie tematy sięgnijcie po „Najlepsze chwile w życiu”.

I na koniec książka-album Humans of New York- Ludzie Nowego Jorku, do której wróciłam po jakimś czasie. Jest to swoistego rodzaju album z portretami i krótkim historiami mieszkańców Nowego Jorku. Historie czasami inspirujące, czasami szokujące, czy wzruszające, ale jedno jest stałe czyli piękne zdjęcia. Jeżeli też lubicie się relaksować przeglądając różne albumy to polecam. Jest to też fajny pomysł na prezent dla przysłowiowego „wrażliwca” bądź osoby interesującej się fotografią. 😉

I to wszystko jeśli chodzi o Książkowych Ulubieńców Lutego, dajcie znać czy którąś z tych książek czytałyście/ oglądałyście, albo co Wy możecie mi polecić. Jak widzicie sięgam po różne rodzaje książek, także chętnie poznam Wasze książkowe top.

 

Continue Reading

Kosmetyczni Ulubieńcy Stycznia!

Hej Kochani! Jak Wam niedziela mija? Mam nadzieje, że dokładnie tak jak sobie wymarzyliście. Jeśli natomiast pytacie o mój weekend… hmm cóż, błogie lenistwo to nie jest coś do czego jestem stworzona, dlatego przygotowałam dla Was wpis z kosmetycznymi ulubieńcami stycznia, z którym polecam Wam się zapoznać bo wraz z nowym rokiem w mojej kosmetyczce pojawiły się prawdziwe perełki.

Zaczynamy od pędzli, które dostałam w imieninowym prezencie i które są absolutnym must have osób, które kochają makijaż i piękne detale. Zoeva kolejny raz mnie nie zawiodła i stworzyła ,,narzędzia”, na które nie tylko się pięknie patrzy ale też z którymi cudownie pracuję. Zastanawiacie się pewnie dlaczego moje pędzle na zdjęciach nie noszą śladu użytkowania, a ja tu się nad nimi rozpływam w ochach i achach. Ha! Już wyjaśniam… 🙂 Nie jest to mój pierwszy kontakt z pędzlami Zoevy, więc podejrzewając, że trafią one do zestawienia ulubieńców, najpierw wykonałam zdjęcia, a dopiero później bez najmniejszych już skrupułów je wykorzystałam. Naprawdę polecam! Można kupić pojedyncze sztuki, bądź cały zestaw w skład którego wchodzi też piękna kosmetyczka do ich przechowywania.

Znajdziecie je TUTAJ

Drugi ulubieniec to podkład dość nowej na polskim rynku marki Milani. Pełna nazwa podkładu to Conceal + Perfect 2-IN-1 Foundation + Concealer w odcieniu O1 CREAMY VANILLA. Uff jakoś przebrnęliśmy przez tego łamańca językowego… 😉 I teraz pytanie co o nim sądzę? Domyślacie się pewnie, że skoro znalazł się on wśród ulubieńców to przypadł mi do gustu, ale czy równie mocno jak mój święty Graal wśród pudrów czyli Kryolan Ultra Foundation? Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że tak. Jest on trochę lżejszy niż Ultra Foundation, ale równie świetnie radzi sobie z kryciem (przy nałożeniu dodatkowych warstw) , minusem i plusem jednocześnie jest odcień, który bez ogródek jest po prostu żółty. Mi to akurat odpowiada, ale dziewczyny, które nie przepadają, za żółtym odcieniem powinny się od niego trzymać z daleka. Produkt z założenia ma pełnić funkcję podkładu i korektora i tak też można go traktować. Wyrównuje koloryt, maskuje niedoskonałości i przypudrowany trzyma się bardzo długo. Nie używam go do krycia cieni pod oczami bo do „zadań specjalnych” mam inny korektor, także nie wiem jak sprawdziłby się w tej roli. 🙂 Stosowałyście? Jeśli tak dajcie znać w komentarzach jak się sprawdził. Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii.

Znajdziecie go TUTAJ

Kolejnym ulubieńcem, tym razem już z pielęgnacji jest Mincer Pharma, Vita C Infusion, witaminowe olejkowe serum, które u mnie sprawdza się świetnie. Dodaje kilka kropel do kremu, który nakładam na noc i muszę powiedzieć, że moja skóra naprawdę lubi ten wieczorny rytuał. Przy regularnym stosowaniu widać też, że jest ona bardziej napięta i „zdrowsza”, w końcu codziennie funduje jej zastrzyk witaminy C 🙂 Opinie na temat tego produktu są bardzo różne, dlatego radze wypróbować na własnej skórze. Bo to czy olejkowe serum się polubi z Waszą skórą to sprawa bardzo indywidualna, jak zresztą w przypadku większości kosmetyków do pielęgnacji! 😉 (Znajdziecie go w Rossmannie)

 I na koniec wracamy do firmy Zoeva. Tym razem zachwalać będę eyeliner. Do tej pory, kreskę robiłam brązowym cieniem bo opanowanie i znalezienie idealnego i prostego w obsłudze eyelinera wydawało mi się graniczyć z cudem. Aż trafiłam na ten okaz: Zoeva Calli Graphic Liquid Eyeliner- czyli czarny eyeliner w płynie o matowym wykończeniu to coś tak prostego w użytkowaniu jak przysłowiowa budowa cepa 🙂 Kreski czyli umiejętność, kóra wydawała mi si,ę nie do opanowania teraz same się malują na moich powiekach! Serio! Koniecznie wypróbujcie!

Znajdziecie go TUTAJ

I to już wszystko na dzisiaj! Dajcie znać jacy są Wasi kosmetyczni ulubieńcy minionego miesiąca. Chętnie wypróbuje na własnej skórze kolejne perełki. 🙂 Do następnego!

Continue Reading