Brazylijski sposób na pielęgnację włosów!

Dziś przeczytacie kilka słów o lecie i… o włosach. Nie wiem, czy warto kłamać, że wiosna minęła równie szybko jak się pojawiła, bo właściwie wcale jej było. Czy ubolewam? Trochę tak… wiosna to dla mnie coś więcej niż tylko pora roku. Wiosną często wszystko ma swój początek :), więc ciężko mi zbudzić się z zimowego snu i od razu zaaklimatyzować  w środku lata. Na takie przystosowanie nie mają również czasu nasze czupryny, które nagle wychodząc spod czapki, narażone są na silne promienie słoneczne, co jak wiadomo może je wysuszać. Jak więc pielęgnować nasze włosy, aby były zdrowe, nawilżone, mocne i zawsze wyglądały pięknie? Mnie pomogła seria kosmetyków do włosów marki g-synergie Brazilian Keratin. Odkąd używam jej do codziennej pielęgnacji głowy, za każdym razem czuję się wyjątkowo i to właśnie dzięki moim włosom, bo są jednym z głównych czynników (zaraz po makijażu oczywiście!), które powodują, że czuję się pięknie.

Moje włosy myję (prawie) codziennie, codziennie też używam suszarki i prostownicy. Przy wyborze szamponu,  odżywki i olejków zwracam więc uwagę na to aby nie obciążały mojego blond cuda. Przyznaję szczerze, że po kilku nietrafionych wyborach wreszcie odetchnęłam z ulgą, gdyż z pomocą przyszła mi marka g-synergie.

Szampon zwiększający objętość

Przede wszystkim nie zawiera SLS, a zawarte w nim naturalne białka keratyny odbudowują strukturę włosów.  Producent obiecuje, że produkt potrafi zamknąć łuskę, poprawić kondycję i zwiększyć połysk włosów. Faktycznie po tygodniu stosowania szamponu w asyście serum lub odżywki (nigdy nie stosuję podwójnego obciążania, więc jeśli po umyciu chwycę za odżywkę, to nie nakładam na włosy olejku i odwrotnie) moje włosy pięknie się błyszczą i nie jest to efekt przetłuszczenia. Co ważniejsze, kosmetyk ten nie zawiera soli i jest idealny dla osób, które zafundowały sobie keratynowe prostowanie włosów. Dla mnie bomba!

Odżywka zwiększająca objętość

Tak jak mówiłam, nie dubluję pielęgnacji odżywką i olejkiem. Jednak moje włosy trzeba przyznać, nie są w złej kondycji, nie mam większych problemów z ich nawilżeniem. Tak jak szampon, odżywka zawiera naturalne białka keratyny i odbudowuje strukturę włosów. Również jest zalecana dla osób, które keratynowo prostowały włosy. Przyznam szczerze, że ze wszystkich kosmetyków do włosów, odżywki zajmują u mnie ostatnio miejsca w klasyfikacji. Zdecydowanie wolę olejowanie.

Dlatego też serum intensywnie nawilżające to mój zdecydowany faworyt tej serii! Pomimo,  że moje włosy są zdrowe, to jednak zawsze po umyciu mam spory problem z ich rozczesaniem. Bardzo nie lubię tego etapu i choćbym zaopatrzyła się w miliona różnych szczotek i grzebieni, problem zawsze jest. Stop. Problem zawsze był, dopóki nie nałożyłam na wilgotne włosy kilku kropel serum marki g-synergie. Nagle moje włosy udało się rozczesać za jednym pociągnięciem pierwszym lepszym grzebieniem. Producent obiecuje, że serum wzmacnia mieszki włosowe i łamliwe końcówki. O tym więcej będę mogła powiedzieć po dłuższym stosowaniu produktu, ale czuję, że to mój strzał w dziesiątkę! Muszę tu jeszcze wspomnieć o zapachu, który utrzymywał się na włosach do końca dnia i co jakiś czas dyskretnie o sobie przypominał.

Ostatnim produktem z tej serii jest intensywnie nawilżająca maska do włosów. Tak jak wszystkie wyżej wymienione produkty, maska również nie zawiera SLS. Ma za zadanie naprawić uszkodzone, zniszczone przez zabiegi fryzjerskie włosy. W moim przypadku będzie to farbowanie, a odkąd wróciłam do koloru blond, tym bardziej staram się raz w tygodniu zafundować moim włosom takie SPA. Poprawa elastyczności i podatności na układanie zauważona już po pierwszym użyciu mówi sama za siebie. Maskę trzymałam na głowie około 15 minut (producent zaleca trzymać ją od 10 do 25 minut), później dokładnie spłukałam produkt letnią wodą. Fryzurę ułożyłam błyskawicznie bez specjalnej udręki.

Trudno jest pisać tak jednoznaczne opinie, ale jestem przekonana, że jeśli wypróbujecie te kosmetyki, to ciężko będzie Wam wrócić do typowych drogeryjnych, komercyjnych produktów.  Ja zakochałam się w tej pachnącej Brazylią serii i wiem, że długo musiałabym szukać zamienników, które spełnią moje oczekiwania. Fakt, że nie oszczędzam swoich włosów od teraz już nie spędza mi aż tak bardzo snu z powiek.

Continue Reading

Książkowi Ulubieńcy Wakacji!

Przygotowując się do tego wpisu uświadomiłam sobie, że dawno takiego na blogu nie było, a przecież kocham książki. Gdy tylko wygospodaruję odrobinę czasu to sięgam po kolejną pozycję z mojej biblioteczki, w której aż roi się, nie od moli, a od nieprzeczytanych jeszcze książek, które co rusz trafiają w moje ręce. Tak sobie myślę, że gdyby można było rozciągnąć dobę to poprosiłabym o jakieś dodatkowe 5 godzin na czytanie. Wtedy na pewno ze wszystkim byłabym na bieżąco, a już na pewno szybciej pochłonęłabym najlepszą książkę jaką czytałam i która również znalazła się w tym zestawieniu. Jesteście ciekawi co to za pozycja i jakie gatunki uwielbiam? Czytajcie dalej! 🙂

1. „Byle Dalej w 888 dni dookoła świata”- Marta Owczarek i Bartek Skowroński

Nie jest tajemnicą, że książki podróżnicze to numer jeden w mojej biblioteczce! One też zajmują w niej zaszczytne, honorowe miejsce, co oznacza, że zawsze układam je na wysokości moich oczu, tak żebym w każdej chwili mogła wrócić do ulubionych tytułów. I tak jest właśnie w przypadku książki „Byle dalej. W 888 dni dookoła świata” Marty Owczarek i Bartłomieja Skowrońskiego. Historia Bartka i Marty to niby nic odkrywczego. Dwoje ludzi, wspólna pasja i ogromna chęć żeby zrobić coś dla siebie.  Tak naprawdę jest to historia banalnie prosta, która może być opowieścią każdego z nas i być może, właśnie dlatego tak mnie urzekła. Nasi bohaterowie postanowili  porzucić swoje dotychczasowe życie, prace i wyruszyć w podróż, o której większość z nas rozmyśla i marzy. Oni udowadniają, że ze sfery marzeń, łatwo przejść do czynów. Jedyne co trzeba mieć to wystarczająco duże „jaja”, które mam nadzieję i mi kiedyś urosną! 😉 Oczywiście jak każda podróż tak i ta nie obyła się bez miłych i tych trochę mniej miłych przygód, ale nie chce Wam tutaj za dużo zdradzać, bo gorąco zachęcam żebyście sięgnęli po tę książkę. Jak to się teraz mówi? „Winter is coming”, a nie ma chyba nic przyjemniejszego, niż jesienny wieczór, z kubkiem kakao i dobrą, lekko napisaną książką, która przeniesie nas w cieplejsze rejony globu! Czy coś może się z tym równać? Chyba tylko rzeczywiste odwiedzenie miejsc do których zawędrowali Marta i Bartek! 😉

2. „Swoją drogą”- Tomek Michniewicz

Kolejną pozycją „must read” na mojej liście jest „Swoją drogą” Tomka Michniewicza. Tutaj również pojawia się wątek wyprawy, a właściwie trzech wypraw, w trzy zupełnie różne rejony świata i w towarzystwie trzech różnych osób. Pozycja fascynuje, śmieszy, ale często też daje do myślenia.  Autor bierze trzy bliskie sobie osoby: przyjaciela, żonę i tatę do miejsc, które sami mogą sobie wybrać. Na początku więc przenosimy się na Czarny Ląd i poznajemy kolegę Tomka oraz historię plemienia Baka. Zdradzę Wam w sekrecie, że jest to moja ulubiona podróż z tej książki i coraz częściej mam ochotę spakować plecak i ruszyć do Afryki, w której mnie jeszcze nie było. Historia wciąga, jak dobry kryminał, gwarantuję, że jeden dłuższy jesienny wieczór, a będziecie już po tej części i pozostanie tylko rozpacz, że skończyło się tak szybko. Ale książka się jeszcze nie kończy, są przecież jeszcze wyprawy, do Arabii Saudyjskiej, gdzie Tomek zabrał żonę i do Nowego Orleanu gdzie wybrał się z tatą. Mam wrażenie, że ta ostatnia miała być tą najmocniejszą częścią, a jakoś nie wyszło. Mnie osobiście dużo bardziej wciągnęły i zaintrygowały dwie wcześniejsze. Ale nie oznacza to, że podróż do Stanów Zjednoczonych była nijaka, warto sprawdzić to na własnej skórze. Być może Wam bardziej przypadnie do gustu wyprawa po amerykańskich pubach i ulicach w rytmie dźwięków bluesa. Wiem z dobrych źródeł, od  samego autora, że w przygotowywaniu jest nowa książka, której nie mogę się już doczekać. Tym bardziej, że ma się w niej pojawić wątek moich Indii…

3. „Shantaram”- Gregory David Roberts

A propos Indii, to do nich przeniesiemy się z 3 pozycją, która jest absolutną petardą w tym zestawieniu. Właściwie znalazłaby się na podium nawet jeśli brałabym pod uwagę wszystkie książki jakie do tej pory przeczytałam! :O „Shantaram” G.D Roberts’a nie bez powodu jest światowym bestsellerem i dziwie się tylko, że w moje ręce trafiła tak późno. Jest to inspirowana prawdziwymi wydarzeniami opowieść , która przenosi nas w brudne, tajemnicze, ale i piękne zakątki Bombaju. Główny bohater – Australijczyk, który w biały dzień uciekł z więzienia i przedostał się do Indii, właśnie w Bombaju odnajduje drugi dom. Tylko nie myślcie sobie, że to sielankowa opowieść o Bollywood i pięknych Indiach. O nie! To co tu znajdziemy, to szemrane interesy, bombajską mafię z niedopowiedzianymi praktycznie do samego końca wątkami i postaciami, które co rusz wkraczają w życie naszego bohatera, oraz kobietę – femme fatale dla której Lin traci głowę. Jest też moja ulubiona postać czyli Prabaker, którego nie da się nie lubić. Czytając zachwyty Marcina Mellera nad tą książką, myślałam sobie: „pic na wodę, na pewno przesadza, jak to zwykle w przypadku recenzji bywa”, a on pisał prawdę i tylko prawdę i wcale się nie dziwie, że pozycja ta na stałe zagościła w jego repertuarze podarków dla rodziny, przyjaciół, a nawet znajomych przyjaciół. Jeśli chcecie poznać Indie takie jakie ja znam, wyjątkowe, nieobliczalne i zaskakujące na każdym kroku,  wyjścia są dwa: albo kupcie bilet do Delhi albo sięgnijcie po Shantaram. Wszystkie sytuacje tam opisane, nawet te najdziwniejsze, dla kogoś kto tak jak ja, rok czasu spędził w Indiach, wcale nie były aż tak szokujące. I wierzcie lub nie, ale jestem prawie w 100% pewna, że każda z tych najbardziej absurdalnych historii zdarzyła się naprawdę.

I to były 3 książki z mojej biblioteczki, które polecam Wam na długie jesienne wieczory. Ja już rozglądam się za drugą częścią „Shantaram” czyli książką „Cień Góry” niestety w Empiku widziałam tylko wydanie w twardej oprawie, a 800-stronicowa pozycja i tak już jest wyjątkowo ciężka i nieporęczna, szczególnie w przypadku czytania na leżąco. 😉 Ale może i dobrze, że jeszcze jej nie dorwałam, bo pewnie znowu przepadłabym na kilka dni, a mam kilka ważnych projektów do zrealizowania. Także nie sięgajcie po wyżej wymienione pozycje, jeśli nie dysponujecie wystarczająco dużą ilością wolnego czasu, bo może to się źle skończyć! 😀 Ja lecę… czytać! Do następnego!

Continue Reading

Kosmetyczni ulubieńcy czerwca 2017!

Hej Kochani! Ponieważ mamy „upalny” lipiec, hahaha, taki żarcik – na dobry początek, czas więc na gorące podsumowanie! 😀 Dzisiaj „na tapetę” postanowiłam wziąć  kosmetycznych ulubieńców. Niektóre z prezentowanych w dzisiejszym poście kosmetyków używałam już wcześniej i powróciłam do nich po przerwie w stosowaniu, inne –  to całkowite „świeżynki”. Jest nawet kosmetyk, który na moją toaletkę trafił przez zupełny przypadek, a teraz – nie wyobrażam sobie, bez niego, mojego codziennego makijażu! Gotowi? No to zaczynamy!

Błyszczyk Clarins!

Na początek chciałabym Wam zaprezentować błyszczyk do ust, z którym polubiłam się od pierwszego użycia. Zazwyczaj, wśród moich ulubieńców, mogłyście znaleźć albo matowe pomadki, albo kredki również o matowym wykończeniu. Błyszczyk firmy Clarins jest nowością w mojej kosmetyczce, ale  tak się złożyło, że na lato nabrałam ochoty na błysk. Błysk na policzkach, na skórze no i oczywiście na ustach! A co daje piękniejszy efekt niż błyszczyk w pięknym karmelowym odcieniu? (jeśli macie inne pomysły, to koniecznie dajcie znać w komentarzach).  Błyszczyk Clarins’a jest wprost wymarzonym produktem na lato – nie dość, że ma piękny karmelowy zapach, to jeszcze nie powoduje dyskomfortu podczas noszenia. Gdyby nie zapach, który jest przepiękny, praktycznie możnaby zapomnieć, że został zaaplikowany. Na pewno, docenią go wszystkie fanki słodyczy ;-).  Ja wybrałam Nr 06 – odcień, który lekko wpada w ciepły brąz, a więc pięknie podkreśli delikatną opaleniznę. Zdradzę Wam jeszcze jeden powód, dla którego warto go kupić i przetestować na własnej skórze – w Douglasie, obecnie, znajdziecie go w promocji! Nie wiem do kiedy promocja trwa także Hurry Up! 🙂

Dermablend 3D Correction- Vichy!

Podkład 3D Correction jest właśnie tym produktem, który pojawił się u mnie przez totalny przypadek (bo sama nigdy bym go nie kupiła). Początkowo byłam do niego sceptycznie nastawiona, a ciężka (naprawdę ciężka!) konsystencja budziła moje głębokie obawy co do naturalnego wyglądu, który przecież każda z nas, po nałożeniu produktu, chce osiągnąć. Jak się okazało, moje obawy okazały się zupełnie niepotrzebnie. Ten „ciężki kaliber” marki VICHY, czyli podkład wyrównujący powierzchnię skóry, potrzebował po prostu odpowiedniego „kompana”, czyli gąbeczki Beauty Bledner. Wilgotna gąbeczka pomaga na odpowiednie, wg naszego uznania, stopniowanie krycia, a podkład dopiero wtedy ukazuje swoje świetne właściwości – maskuje wszystkie niedoskonałości. Dodam może jeszcze, że producent zaleca ten produkt do skóry tłustej, skłonnej do trądziku, czyli dokładnie takiej jaką sama posiadam! Co do trwałości, to niestety nie mam żadnego zarzutu. Dziewczyny, które tak jak ja, posiadają jakiekolwiek blizny potrądzikowe, powinny spróbować tego kosmetyku. Myślę, że będziecie zachwycone, a Wasze niedoskonałości znikną pod warstwą tego cuda jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki! 🙂 Do kupienia w aptece!

Korektor Full Cover – Make Up For Ever!

Jak już załatwiliśmy sprawę podkładu, to czas na kolejny ciężki, ale idealny do zadań specjalnych produkt. Jest to korektor, do którego powróciłam po rocznej przerwie (niestety nie udało mi się znaleźć tańszego i równie dobrego odpowiednika). Full Cover, jako jedyny korektor (z tych, które do tej pory stosowałam ;)) w pełni radzi sobie z moimi cieniami pod oczami (to niestety uroki wczesnego wstawania). Idealnie sprawdzi się też w przypadku blizn, czy niespodzianek, które od czasu do czasu pojawiają się chyba u każdej z nas. Abyście sobie jeszcze bardziej zwizualizowały moc krycia tego produktu – dodam, że korektor ten z powodzeniem zakryje również tatuaż. Jedna rzecz, o której musicie pamiętać – przed nałożeniem korektora, szczególnie pod oczy, należy zadbać o odpowiednie nawilżanie odpowiednim kremem. Na koniec, dodam jeszcze, że jest to produkt wodoodporny, także żadna ulewa, czy wysiłek fizyczny nam nie groźny. 😉 Mój kolor to czwóreczka (04), do kupienia w Sephorze.

Maskara Better than sex- Too Faced!

Kolejny ulubieniec, choć jest jedynie próbką, to już skradł moje serce i na pewno wkrótce zaopatrzę się w pełnowymiarowy produkt. Maskara od Too Faced cudownie upiększa rzęsy, sprawia, że po jego użyciu stają się długie, pogrubione i idealnie rozczesane. Będąc cały dzień w biegu, nie muszę się martwić, że coś mi się rozmaże, albo odciśnie na powiekach. Dodatkowo, próbka tego tuszu, idealnie sprawdzi się w podróży, gdzie każdy centymetr w walizce czy kosmetyczce jest na wagę złota :).

Rajstopy w sprayu – Lirene!

Ostatni produkt, który chce Wam polecić i który warto wypróbować, szczególnie latem, to rajstopy w sprayu Firmy Lirene. Dla mnie, zagorzałej fanki pięknej, opalonej skóry, ale z drugiej strony – przeciwniczki opalania, takie rajstopy są zbawieniem w okresie letnim. Dzięki nim nie wyglądam, jak córka młynarza, a jak osoba, która wróciła z egzotycznych wakacji :). Świetnie sprawdzą się też w przypadku sesji zdjęciowych: nogi po takim naspreyowaniu pięknie wyglądają, mają wyrównany koloryt i zapewniają efekt opalonej skóry. Dziwią mnie negatywne opinie w internecie jakoby produkt nie wywiązywał się ze swoich obietnic i wszystko brudził. Jest to absolutną nieprawdą – gdyby tak było, na pewno nie kupiłabym kolejnego opakowania. Oczywiście, można też kupić dwa razy droższy produkt od Sally Hansen, który ma zdecydowanie przyjemniejszą konsystencję i jest dużo łatwiejszy w nakładaniu  (też kiedyś stosowałam), ale skoro ten sprawdza się równie dobrze, to po co przepłacać. Wg mnie, przy odpowiednim roztarciu, można osiągnąć bardzo satysfakcjonujący efekt.

I to już wszyscy moi czerwcowi ulubieńcy!

Jestem ciekawa Waszych perełek, także koniecznie dajcie znać w komentarzach! 🙂 Chętnie podpatrzę i wypróbuję na własnej skórze! Uwielbiam testować nowe kosmetyki! <3

 

Continue Reading

Kosmetyczni Ulubieńcy Maja 2017!

Hej wszystkim! Tym razem szczególnie ciepło witam na blogu panie, bo jestem świadoma, że mężczyznom ten post raczej słabo przypadnie do gustu. Chociaż, kto wie… ?!w Korei ponoć, płeć brzydsza równie mocno interesuję się nowinkami kosmetycznymi co kobiety! Dlatego nikogo nie dyskryminując witam raz jeszcze wszystkich zainteresowanych tematyką „beauty”. Jedno jest pewne! Mamy już prawie połowę czerwca, a tutaj nie pojawili się jeszcze ulubieńcy maja! :O Trochę jestem w szoku, tym bardziej,  że w minionym miesiącu trochę tych produktów, co skradły moje serce, było. Zatem aby więcej nie igrać z czasem, który leci jak szalony zapraszam na wpis! Jeśli jesteście ciekawi moich kosmetycznych hitów maja- czytajcie dalej!

L’Oreal- Brown Artist Genius Kit

Na początek „przedstawiam” Wam produkt, który od jakiegoś czasu jest punktem „must do” mojego porannego rytuału makijażowego. Niestety nie wiem, jaki jest dokładny numer, czy też kolor mojego zestawu do brwi, a to dlatego, że po naklejce z tą informacją zostało tylko puste pole. Jedno jest pewne, kolor idealnie pasuje blondynkom. Nie jest ani za ciemny, ani za jasny- po prostu idealny. Dodam jeszcze, że wcześniej moja rutyna związana z brwiami zaczynała i kończyła się na pomalowaniu ich cieniem. Tutaj w zestawie mamy 2 produkty i 3 kroki do wykonania. Najpierw za pomocą skośnego pędzelka (który też dołączony jest do zestawu) przeciągamy brwi woskiem (to ten po lewej stronie) w celu przygładzenia wszystkich niesfornych włosków. Następnie przy pomocy tego samego pędzelka używając cienia (po prawej) rysujemy kształt jaki chcemy nadać naszym łukom brwiowym, po czym wypełniamy środek. No i na końcu pozostaje nam jeszcze przejechać, pięknie już wyglądające brwi, szczoteczką, którą również znajdziemy w tym secie. Czego więcej trzeba? Mi osobiście absolutnie niczego, dlatego Brown Artist Genius Kit stał się moim długofalowym ulubieńcem. Cena? Moim zdaniem bardzo w porządku, bo za taki pełnowymiarowy zestaw na ezebra.pl zapłacimy niecałe 30 zł. Żebyście nie musieli szukać–> TUTAJ podsyłam link do sklepu! 🙂

Rozświetlacz Dr Irena Eris- Sun Shimmer

Kolejny produkt z kategorii „beauty” o którym muszę wspomnieć to rozświetlacz od Pani Irki, a właściwie Dr Ireny Eris. Rozświetlacz nie tylko pięknie prezentuję się na toaletce, ale nadaje naszej cerze cudownie rozświetlony wygląd. Wydaje mi się, że bosko będzie wyglądał na muśniętej słońcem buzi podkreślając naszą opaleniznę. Efekt rozświetlenia nie jest tak mocny, jak na przykład w przypadku Mary Lou Manizer z firmy The Balm. Dlatego osoby, które w makijażu stosują zasadę make-up – nomake-up pokochają ten produkt. Ja kocham go też za obłędny zapach. Pierwszy raz spotkałam się z produktem rozświetlającym, który również pachnie! Rozświetlacz jest obecnie w promocji w Douglasie i można go kupić z 30%rabatem płacąc tylko 45 zł –> KLIK!

Peeling- Skin79

Kolejną rzeczą, z którą bardzo się polubiłam w maju jest peeling w żelu koreańskiej fitmy Skin 79, ale spokojnie można go też kupić na polskich stronach (na końcu opisu podeślę Wam link ;)) Jest to bardzo delikatny produkt, nie powodujący podrażnień, przynajmniej z mojego punktu widzenia, a warto tutaj dodać, że moja skóra jest bardzo wybredna i jak tylko coś jej nie pasuję to złości się niemiłosiernie, dając upust tej złości w postaci wyprysków, które niczym grzyby po deszczu zaczynają wychodzić na mojej buzi. Tutaj- nic takiego nie nastąpiło. Buzia po peelingu staję się gładka i promienna. Mimo delikatnego działania, peeling „robi robotę” czyli ściera martwy naskórek, przygotowując cerę do nałożenia innych produktów. Peeling znajdziecie zarówno w sklepach internetowych typu ekobieca.pl jak i Rossmannie, a regularna cena to około 49 zł. Ja, specjalnie dla Was przeszukałam pół internetu i znalazłam peeling w promocyjnej cenie –> KLIK 🙂

Max Factor- Lipfinity Lip Colour

Ostatni już produkt, który namiętnie eksploatowałam w maju to podwójna pomadka do ust z firmy Max Factor. Jest to produkt idealny dla wszystkich fanek trwałych pomadek. Trzyma się cały dzień, a do tego nie wysusza ust. Wszytko dzięki wazelinie dołączonej do pomadki(to ta druga tubka). Niech Was nie odstraszy to, że po nałożeniu warstwy koloru usta się kleją, na taką lepką bazę, nakładamy odrobinę wazeliny, którą znajdziecie w czarnym opakowaniu. Matowy efekt pojawia się dopiero po jakimś czasie, gdy wazelina nam się zetrze. Jest to produkt z którym naprawdę się polubiłam, a kolor 160, który posiadam jest tak naturalny, że pasuje niemal do wszystkiego.

No i na koniec, mam jeszcze jedną perełkę o której nie sposób nie wspomnieć w przypadku beauty ulubieńców. Mowa o wyszukiwarce salonów kosmetycznych Mójsalon.eu . Jest to świetne narzędzie, moim zdaniem niezbędne nam kobietom w tych zabieganych czasach. Kliknij –> TUTAJ a sama zobaczysz ile możliwości daje strona. Znajdziecie tu informacje na temat usług i cen salonów kosmetycznych bądź fryzjerskich z Waszego miasta, ale nie tylko. Wielkim plusem portalu są również opinie klientów, z którymi warto się zapoznać, jeśli chcemy trafić do fajnego, profesjonalnego miejsca. I to wszystko w jednym miejscu!!! Polecam!

A Wy, jakie produkty z kategorii beauty polubiliście w maju? Jak zwykle czekam na Wasze komentarze! Koniecznie dajcie znać czy stosowałyście, któryś z polecanych przeze mnie produktów. A może znacie portal Mójsalon.eu? Buziaki i do następnego!

Continue Reading

Książkowi Ulubieńcy Maja!

Hejka wszystkim!

Dzisiejszy post będzie o książkowych ulubieńcach… Ostatnio mam dość chaotyczną technikę czytania książek, zaczynam jedną, po czym porzucam ją na rzecz innej, nie doczytawszy do końca, a następnie znowu do niej wracam. No normalne to to nie jest, ale cóż… Ważne, że jeszcze jestem w stanie się w tym połapać, chociaż muszę przyznać, że czasami jest naprawdę ciężko :). Jednak jestem zdania, że trening pamięci i rozruszanie szarych komórek jeszcze nikomu nie zaszkodził…

Ale do rzeczy! Mimo majowego skakania z „kwiatka na kwiatek”, czy raczej z „książki na książkę” – trzy pozycje urzekły mnie i pochłonęły na tyle, że przeczytałam je od razu od deski do deski i własnie o tych 3 książkach chce Wam dzisiaj napisać.

Jeśli jesteście ciekawi, co trafiło na listę moich majowych książkowych ulubieńców – czytajcie dalej! 🙂

Zaczynamy od „Ciszy” Erlinga Kagge, który jest nie tylko autorem tej przepięknie wydanej książki, ale też podróżnikiem i filiozofem. Wyobraźcie sobie, że ten mający 54 lata Norweg jako pierwszy człowiek na Ziemi dotarł samotnie na biegun południowy. To oczywiście nie wszystko, a tylko przedsmak tego czego dokonał. Erling Kagge zdobył również Mount Everest, dwukrotnie przepłynął Ocean Atlantycki… Jeżeli sądzicie, że ta książka jest stricte o podróżach, to autor szybko wyprowadzi was z błędu… Książka traktuje o doświadczeniach z tych najdalszych zakątków, o tym co zainspirowało autora do samotnych wypraw… Zastanawiacie się pewnie, czy w książce znajdziemy odpowiedź na pytanie – czym tak naprawdę jest cisza, gdzie ją można znaleźć, dlaczego jest tak ważna i potrzebna w naszym życiu? Być może… Ja znalazłam w niej dużo więcej… ale teraz już ciiii…sza! I tak jak śpiewają chłopki z Depeche Mode – po prostu „Enjoy the silence”.

Kolejna książka, w której po prostu się zakochałam to „Blondynka w Japonii” Beaty Pawlikowskiej. Ci, którzy śledzą mojego bloga od samego początku wiedzą, że uwielbiam książki podróżnicze i dosłownie „pochłaniam” je w każdej ilości :). A jeżeli do tego, książka podróżnicza dotyczy kraju, który mnie fascynuje – to nie ma zmiłuj – muszę ją kupić i jak najszybciej przeczytać!

I tak właśnie było z książką Pani Beaty. Z „Blodnynki w Japonii” dowiedziałam się mnóstwo ciekawych i jednocześnie przydatnych informacji… Bo czy wiedzieliście na przykład, że w Japonii jest zakaz wydmuchiwania nosa podczas jedzenia? Odbierane jest to jako coś bardzo nieeleganckiego. W restauracjach serwujących słynne japońskie gorące zupy Miso, na porządku dziennym jest pociąganie  nosem. Jak dla mnie – trochę obrzydliwe, ale cóż, z obcą kulturą raczej się nie dyskutuje i pozostaje nam uszanować dziwne, jak dla nas, zwyczaje Japończyków. Takich ciekawostek w tej książce znajdziecie od „groma i trochę”, a ja, po jej przeczytaniu, jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że chiałabym w niedalekiej przyszłości odwiedzić ten baaaardzo dziwny, ale i fascynujący kraj! Jeśli kiedyś będzie mi dane go odwiedzić, to na pewno przypomnę sobie wszystkie rady Beaty Pawlikowskiej i być może, dzieki temu, uniknę sytuacji, w których zrobie z siebie przysłowiowego „głupka” 😉

Kolejna, ostatnia już książka, to „Dzika Fermentacja” Sandora Katza. Jest to swego rodzaju kulinarny przewodnik po sztuce fermentacji, który zachęca do eksperymentów w kuchni.

Czy dacie wiarę, że ja – ogromna fanka kiszonych ogórków i kapuchy, do tej pory nie miałam pojęcia, ile jeszcze produktów można poddać procesowi fermentacji? Sandor w swojej książce udowadnia, że ukisić można prawie wszystko! 😉 W swoim przewodniku poprowadzi nas praktycznie za rękę. Ten fascynujący człowiek to krótko mówiąc po prostu maniak i odkrywca niecodziennych smaków, to pasjonat fermentacji, to wreszcie człowiek kochający zdrowe jedzenie. „The New York Times” okrzyknął go „kulinarną gwiazdą rocka” i choć jego sceną jest tylko, albo aż – kuchnia, to przyznam szczerze, że ja na takim kulinarnym koncercie Katza ustawiłabym się w pierwszym rzędzie.

 

I to wszystko jeśli chodzi o książkowych ulubieńców maja! Dajcie znać co Wy ciekawego przeczytaliście w ubiegłym miesiącu! A może mieliście styczność z którąś z polecanych przeze mnie pozycji? Jeśli tak, to koniecznie podzielcie się wrażeniami!

Buziaki i do następnego!

Continue Reading