Jesienny makijaż oka – krok po kroku!

Dzisiaj zapraszam Was na wpis jakiego na tym blogu jeszcze nie było. Mam nadzieję, po pierwsze, że przypadnie Wam do gustu, a po drugie – że będziecie wyrozumiali. 🙂 Jakiś czas temu zapytałam Was na instagramie czy chcecie tutorial do makijażu oczka jaki miałam na sobie. Odzew był bardzo duży i wszystkie z Was, które do mnie napisały, stwierdziły, że bardzo chętnie taki wpis zobaczą i przeczytają. Także zapraszam Was na mini poradnik jak zrobić jesienny połyskujący makijaż w odcieniach brązu. Od razu też przedstawiam Wam Asię – moją przyjaciółkę, która zgodziła się być moją modelką i udostępniła swoją buzię do tego makijażu. Gotowi? No to zaczynamy. 🙂

Przed przystąpieniem do makijażu oka odpowiednio przygotowałam twarz modelki. Nałożyłam podkład, Double Wear Estee Lauder w kolorze 1W2, korektor Catrice, żeby zniwelować delikatne sińce pod oczami i to wszystko przypudrowałam pudrem Hean. Kolejnym krokiem było wymodelowanie twarzy bronzerem i tutaj w ruch poszedł niezawodny Bahama Mama z The Balm, który ma idealny chłodny odcień i świetnie sprawdza się w przypadku modelowania. Mojej modelce, już przy nałożeniu niewielkiej ilości bronzera, pięknie uwydatniły się kości policzkowe, a przynajmniej jednego policzka ;). Drugi był niestety spuchnięty po wyrwaniu ósemki, co jest zauważalne na zdjęciach. Po takim przygotowaniu twarzy mogłam przejść do malowania oczu i tutaj już będę Wam opisywać cały proces krok po kroku.

Bardzo ważnym krokiem w makijażu oka, który kiedyś pomijałam, jest nałożenie bazy. Nie tylko przedłuża ona trwałość makijażu, ale też podbija kolor cienia i pozwala na przyklejenie pigmentu czy metalicznego cienia, który został użyty w tym makijażu. Ja akurat tym razem zdecydowałam się na bazę marki Inglot.

W całym makijażu z tego tutoriala korzystałam praktycznie z jednej paletki – Carmel Melange Zoevy, w której znajdziecie  piękne jesienne odcienie. Pytacie mnie często, czy warto zaopatrzyć się w paletki Zoeva. Oj z czystym sumieniem twierdzę, że warto! Jedną paletą jesteśmy w stanie zrobić cały, wcale nie nudny makijaż. Do tego świetna jakość i pigmentacja cieni sprawia, że pracuje się z nimi bardzo przyjemnie. Carmel Melange będzie idealna dla tych z Was, które kochają ciepłe brązy na oczach.

Po nałożeniu bazy najjaśniejszym cieniem z paletki o nazwie Wax Paper zmatowiłam górną części powieki i obszar pod okiem. Nie tylko, żeby rozjaśnić te obszary, ale również po to, żebym miała większą kontrolę podczas blendowania pozostałych kolorów, które następnie będę nakładać na powieki.

Kolejnym etapem było zrobienie cieniem Finish Sensual zarysu kształtu jaki chce nadać oku. Tutaj bardzo pomocny będzie precyzyjny pędzelek tzw. „pencil brush”. Chcąc nadać oku trochę kociego charakteru pociągnęłam cień od połowy dolnej powieki wychodząc aż za jej krawędzie, a następnie zaznaczyłam obszar trochę powyżej załamania. Nadany kształt  przypomina „<„, myślę, że wiecie o co chodzi :).

Następnie w ruch poszedł najciemniejszy cień z palety – Edible Gem, po to żeby trochę przyciemnić nadany wcześniej kształt.

Poźniej wszystko rozblendowałam moim cichym ulubieńcem z tej paletki czyli kolorkiem Alchemy. Ma on piękny, ciepły odcień, wpadający trochę w pomarańcz, który bardzo kojarzy mi się z kolorem jesiennych liści <3. Tutaj już zmieniamy precyzyjny „pencil brush” na puszysty pędzelek do blendowania.

Pora nadać oku trochę błysku. Żeby osiągnąć zamierzony efekt trzeba było sięgnąć po „ciężką artylerię” czyli metaliczny cień z MakeUp Revolution w odcieniu „Rose Gold”.

Taki foliowy cień najlepiej nakładać palcem, metodą na „wklepkę” czyli po prostu wklepując go w powiekę, a nie rozcierając. Wtedy uzyskamy piękny błysk, który da nam niesamowity efekt i praktycznie „zrobi” cały makijaż.

Ostatnie szlify pracy z cieniami, to roztarcie granic między cieniami matowymi, a cieniem foliowym i ten efekt uzyskałam dzięki użyciu cienia Liquid Center.

W tym makijażu czarna kreska jest elementem niezbędnym, ponieważ będę również przyklejać rzęsy, a bez narysowanej, chociażby cieniutkiej kreski, wygląda to po prostu słabo. W moim odczuciu czarna kreska na oku dodaje przysłowiowej „kropki nad i” oraz pięknie podkreśla to co wczarowałyśmy cieniami.

I choć piszę Wam tutaj o zaletach czarnej kreseczki na powiekach, to jest ona moją niewątpliwą zmorą. To właśnie podczas malowania kreski, ręce trzęsą mi się niemiłosiernie, a ja doznaję chwilowego zatrzymania akcji serca ;). Zdaje sobie sprawę, że moja kreska nie jest jeszcze perfekcyjna, ale przecież nie od razu Rzym zbudowano. Uczę się każdego dnia i zapewniam was, że następnym razem będzie lepiej. Mam taki charakter, że będę tak długo ćwiczyć, aż dojdę do perfekcji, a kreskę będę mogła namalować będąc obudzoną o 3 w nocy, z zamkniętymi oczami :).

Następnie poprawiłam trochę makijaż dolnej powieki, przyciemniłam i rozblendowałam tymi samymi cieniami, których użyłam na górnej powiece.

Przy makijażu oczu bardzo ważne jest też żeby zadbać odpowiednio o brwi. To one są tak naprawdę oprawą oczu i zaniedbane, niepodkreślone brwi strasznie szpecą naszą nawet najpiękniej wymalowaną buzię.

Po brwiach u mnie zawsze przychodzi czas na rzęsy! Te podkreślamy tylko delikatnie tuszem, bo tak jak pisałam wcześniej, będziemy doklejać sztuczne rzęsy.

A rzęsy, których użyłam to nowość na rynku marki Perhaeps.  Wysokiej jakości sztuczne rzęsy otrzymujemy wraz z klejem, który jest bardzo wygodny w użyciu i mocno trzyma rzęski tam gdzie powinien. Jeśli chodzi natomiast o same rzęsy to mam model na pasku – tj. Carmen i rzęsy w kępkach w trzech rozmiarach. Powiem Wam szczerze, że miałam problem z podjęciem decyzji, który model zastosować w przypadku tego makijażu. Ale ostatecznie, razem z modelką, uznałyśmy, że skoro ma to być makijaż na dzień to dużo lepiej sprawdzą się kępki, które nie dają aż tak mocnego, teatralnego efektu. W przypadku kępek ten ostateczny wygląd oczka można stopniować. Carmen sprawdzi się świetnie w makijażach wieczorowych, czy smokey eye.

Technika klejenia takich rzęs jest banalnie prosta. Wystarczy zaopatrzyć się w pensetę i mocne nerwy. Oczywiście przykleić rzęsy komuś jest dużo łatwiejszą sztuką, niż zrobić to sobie, zerkając w lusterko. Dlatego w tym drugim przypadku, dobrze zaopatrzyć się w dobre lusterko, najlepiej stojące, które postawimy na stole; ręce zaś z pęsetą, łokciami opieramy na blacie. Wtedy mamy pewność, że ręka z rzęską, która chcemy przykleić jest stabilna i ma odpowiednie podparcie. To bardzo ułatwia sprawę. Proste rzęsy i te które rosną do dołu podkręcamy zalotką jeszcze przed wytuszowaniem. Moja modelka swoje rzęsy ma naturalnie podkręcone, na jednym oku nawet za bardzo, dlatego zabieg z zalotką okazał się zbędny. Jak widzicie też na załączonym obrazku w zestawie kępek rzęs Perheaps mamy 3 długości: short, medium i long. Ja zazwyczaj longi kleje w samym zewnętrznym kąciku, mediumy na większości oka, a shorty w wewnętrznym kąciku.

Przechodzimy do klejenia. Na jedną dłoń wylewamy sobie trochę kleju, w drugą bierzemy pęsetę i delikatnie wyciągamy kępkę z opakowania. Trzeba robić to naprawdę bardzo ostrożnie, tak żeby nie zdeformować kształtu rzęski. Kępką następnie staramy się trafić w obszar tuż nad lub pomiędzy rzęsami. Pamiętajcie kępki kleimy do powieki, a nie do naszych naturalnych rzęs. Następnie dociskamy delikatnie palcami tak żeby nie odstawały od naszych naturalnych rzęs. Klejąc kępki pozostawiam zazwyczaj przerwę pomiędzy jedną a drugą, którą wypełniam następną kępką dopiero po zrobieniu obydwu oczu, kiedy klej już na pierwszych dwóch wysechł.

Takie kępki pięknie powiększają oko, dodają naszemu makijażowi ostatniego szlifu. Ale nie zapomnijcie też o zachowaniu równowagi, czyli wytuszowaniu dolnych rzęs. Inaczej efekt będzie groteskowy!

I tak prezentuje się gotowy makijaż! Dajcie znać czy Wam się podoba i czy próbowałyście kiedyś przykleić sobie sztuczne rzęsy. W razie jakichkolwiek pytań czy wątpliwości, śmiało piszcie! Obiecuję, że odpowiem na każde pytanie! 🙂 <3

Życzę Wam pięknych, jesiennych makijaży i mówię do następnego!

„Przed i po” – Jak to niewiele trzeba żeby podkreślić tak piękną buzię! <3

Modelka: Joanna Ren

Zdjęcia: Dorota Siemianów

Rzęsy – Perhaeps (kupicie je TUTAJ)

 

Continue Reading

Kosmetyczni Ulubieńcy Lipca!

Mamy już sierpień, a to oznacza, że czas podsumować miniony miesiąc. O ile na książkowych ulubieńców będziecie musieli jeszcze trochę poczekać (kończę właśnie 800-stronnicową książkę, która jest jedną z lepszych książek jakie ostatnio czytałam i na pewno znajdzie się w tym zestawieniu:-)), o tyle ulubieńców kosmetycznych mogę Wam wymienić bez probemu. W końcu to ja sama wiem jakich kosmetyków używałam w lipcu najczęściej i które  rzeczy z mojej kosmetyczki okazały się niezawodne.

W poście tym znajdą się aż 3 nowości! Rzadko to się zdarza, że jakiś produkt od razu, po pierwszym użyciu, trafia na listę ulubieńców, ale wierzcie mi, te 3 kosmetyki są warte każdej złotówki i  zasłużyły na każdą pochwałę, jaką kiedykolwiek na ich temat słyszeliście. Jest też jedna rzecz, której do tej pory nie doceniałam, a jak się okazuje, jest niezbędna przy zrobieniu ładnego makijażu oka. Jesteście ciekawi…?

No to zapraszam do lektury! 🙂

Kiehl’s Ultra Facial Cream!

Zaczniemy od kremu, o którym słyszałam wiele dobrego, sama jednak wcześniej nie miałam okazji go wypróbować.  Jeśli czytacie mojego bloga już jakiś czas to wiecie, że po zawodzie, jakiego doznałam kupując krem Mizon z wyciągiem ze śluzu ślimaka (który narobił mi więcej szkód niż pożytku), do takich rewelacyjnych rzekomo produktów podchodzę bardzo ostrożnie. Biorąc pod uwagę jego niemałą cenę (około 110 zł), wyjątkowo! zachowałam zdrowy rozsądek i czekałam grzecznie, aż będę mogła go przetestować na własnej skórze. Taka okazja nadażyła się pod koniec czerwca, kiedy w końcu dotarłam do sklepu stacjonarnego Kiehl’sa w galerii Posnania w Poznaniu. Powąchałam, pooglądałam, posmarowałam kawałek szyi i ruszyłam na dalsze zakupy. Produkt okazał się jednak tym czego szukałam i nie minęło pół godziny, jak wróciłam do uśmiechniętej Pani ekspedientki, po pełnowymiarowe opakwanie :). Kremu używam codziennie rano i prawie codziennie wieczorem. Jest to idealny produkt pod makijaż. Szybko się wchłania i ma lekką, bardzo fajną konsystencję, która idealnie dogaduję się z drugim ulubieńcem, o którym przeczytacie niżej. Dodam jeszcze nieskromnie, że ostatnio dostaje coraz więcej komplemetnów odnośnie makijażu i wyglądu mojej cery! Chcecie poznać przepis na promienną twarz? Potrzebne są tylko dwa kosmetyki, żeby taki efekt osiągnąć. Podstawa to dobre nawilżenie – czyli krem Ultra Facial i genialny podkład – Double Wear Estee Lauder, które jak dla mnie tworzą duet idealny! Czas więc przejść do drugiej połowy tego duetu!

 

Estee Lauder Double Wear!

Jest to podkład idealny! Serio! I żałuję, że tak późno się na niego zdeycowałam (pewnie trochę odstraszała mnie cena – 175 zł w Sephorze; dzięki Bogu za sklepy online, w których można go kupić za 140 zł;)). Wg producenta, jest to produkt, który powinien trzymać się na naszej buzi przez 15 godzin. I wiecie co? On się naprawdę tyle trzyma! Nawet po treningu na siłowni… Tak wiem, pewnie się teraz zastanawiacie, jaki oszołom chodzi na siłownie w make-upie… (odpowiedzi nie trzeba daleko szukać- Ja! :)) – mój wygląd pozostawał bez zarzutu i bez jakichkolwiek poprawek mogłabym spokojnie ruszyć na imprezę. Ja wybrałam 1W2 Sand, który idealnie pasuje do mojej karnacji.  W internecie znalazłam opinie i negatywne komentarze, że tłusta cera się po nim świeci… No dziewczyny litości, która tłusta buzia, bez przypudrowania, się nie świeci? Chyba wszystkie posiadaczki takiego typu cery są świadome tego, że niezeleżnie, jak cudowny byłby to podkład, trzeba go przypudrować i nie rozumiem, jak można oczekiwać od podkładu zadań, które przeznaczone są dla pudrów. Z zalet muszę wymienić mocne krycie, dość dużą gamę kolorów (dzięki czemu podkład można dobrać prawie idealnie) oraz trwałość. Jest to dość „ciężki” produkt, dlatego bardzo ważne jest dobre nawilżenie buzi przed aplikacją. Inaczej skóra może wyglądać dużo gorzej niż przed nałożeniem podkładu. Jak temu zapobiec? To już przecież wiecie! A jeśli nie – to odsyłam do pierwszego ulubieńca :).

 

Evree – Peeling cukrowy do ust i balsam do ust!

Kolejne dwa produkty to też „duet idealny”, ale zdecydownie z niższej półki cenowej. Bardzo podręczny zestaw, z którego korzystam jak tylko czuję, że moje usta wymagają regeneracji (co przy używaniu matowych pomadek zdarza się dość często). Najpierw nakładam peeling cukrowy, którym delikatnie masuje usta, po czym ścieram nadmiar produktu chusteczką. Na tak przygotowane usta nakładam balsam, który zostawiam przeważnie na noc. Po takim zabiegu, rano, moje usta są gotowe na przyjęcie nowej dawki, nawet bardzo ciężkich i wysuszających kosmetyków.

 

Zoeva – pencil brush nr 230!

I ostatni ulubieniec – nie jest to może stricte kosmetyk, ale z kosmetykami ma dużo wspólnego! Pędzel od Zoevy, tak zwany pencil brush, którego do tej pory nie doceniałam… a to właśnie nim, podczas nakładania cieni, można nadać oku ładny kształt. Od kiedy go używam moje makijaże są zdeydownie ładniejsze, bardziej precyzyjne (polecam ten pędzel każdemu, nawet jeśli jest na początku swojej drogi makijażowej…). Pamiętajcie – dobre pędzle to podstawa, bez nich, mając nawet najlepsze cienie, nie będziemy w stanie „zrobić” ładnego oka :).

I to już wszyscy dzisiejsi ulubieńcy!

Ja kocham te kosmetyki i wiem, że jak tylko dacie im szanse, to Wy również je polubicie.

A może już stosujecie któryś z wymienionych przez mnie, w dzisiejszym wpisie, ulubieńców? Starsznie jestem ciekawa co myślicie o tych produktach. Koniecznie dajcie znać w komentarzach!

Buziaki i do następnego!

Continue Reading

Kosmetyczne Top & Not- czyli ulubieńcy i rozczarowania!

Hej Kochani! Dzisiaj zapraszam Was na kolejny post z serii beauty. Ze statystyk bloga wynika, że bardzo lubicie tego typu wpisy, dlatego też postanowiłam trochę rozszerzyć temat i tym razem oprócz kosmetyków, które wzbudziły mój niepohamowany zachwyt, pojawią się też totalne klapy i rozczarowania. Będzie ciekawie bo prawdopodobnie jestem jedyną osobą w blogosferze, która nie pokochała tego kosmetyku! 😀 Jeśli chcecie wiedzieć co to za beauty produkty- czytajcie dalej! 🙂

Zaczniemy (tak jak w dowcipach, w których bohater ma do wyboru dobrą i złą wiadomość i zawsze wybieraj najpierw tą pierwszą) od ulubieńców bo tak naprawdę gdyby nie one, dzisiejszy wpis by nie powstał. Także pierwszym naszym pozytywnym bohaterem jest olejek do mycia twarzy koreańskiej firmy Klairs. Zapewne się domyślacie, że po ten produkt sięgnęlam po przeczytaniu książki „Sekret urody Koreanek” o której pisałam w innym wpisie (KLIK). Wcześniej moja wieczorna pielęgnacja twarzy polegała na umyciu buzi żelem i przejechaniu tego wszystkiego na szybko wacikiem nasączonym wodą micelarną. And that’s it! A jak się okazało olejek do mycia jest bardzo istotnym etapem pielęgnacji czego dowodem jest moje cera po ponad miesiącu stosowania. Olejków innej firmy póki co nie stosowałam, także nijak mam z czym porównać, jedno jednak jest pewne-ten produkt zdecydowanie mojej (wybrednej) cerze służy i z czystym sumieniem mogę Wam go polecić.

Znajdziecie go TUTAJ

Kolejny produkt, to również dziecko firmy Klairs- tym razem chodzi o nawilżający tonik. Jak zapewnia producent tonik ma za zadanie nawilżać i odżywiać, a dodatkowo ma również działanie przeciwzapalne i kojące- i z tym wszystkim się zgadzam. Tonik stworzony został na bazie ekstraktów roślinnych i zapewnia skórze odpowiednie pH, zatem niweluje uczucie ściągnięcia i napięcia, które czasami powstaje po umyciu twarzy żelem.  Bardzo zaintrygowała mnie również konsystencja tego produktu, która przypomina rozwodniony żel, co jest akurat plusem bo daje nam to większe pole manewru przy wyborze stosowania. Można użyć do tego wacika, albo wylać kilka kropel na dłoń i wmasować kosmetyk rękoma. Obie wersje przetestowane i obie się sprawdzają 😉 Myślę, że posiadaczki każdego rodzaju cery mogą śmiało sięgnąć po ten produkt.

Do kupienia TUTAJ

Kolejnym kosmetykiem, który chce Wam polecić jest matowa pomadka firmy Zoeva. Także jak widzicie, w moim szaleństwie na temat koreańskich kosmetyków do pielęgnacji znalazło się też miejsce miejsce dla czegoś z kolorówki. Jest to pomadka trwała, matowa, ale nie wysuszająca jak inne tego typu produkty. Dodatkowo ma piękny intensywny kolor! Czego chcieć więcej? 🙂 Aaa dodam jeszcze tylko, że po wyjęciu „szpatułki” z opakowania ilość produktu jaka się na niej znajduje w zupełności wystarczy na dokładne pomalowanie całych ust! ;D Także nie dobierajcie kolejnej porcji bo jak wiadomo we wszystkim umiar jest wskazany, a czasami mniej znaczy więcej 🙂

Zerknijcie też na inne kolory TUTAJ

No i tym optymistycznym akcentem kończymy serię ulubieńców, a przechodzimy do kosmetyków, które miały być bombą, a okazały się niewypałem… Całe szczęście, że nie spowodowały tylu szkód jak prawdziwe materiały wybuchowe, nie mniej jednak moje rozczarowanie jest spore.

Zaczynamy od czarnej maski firmy Pilaten. Ani nie poradziła sobie z moimi zaskórnikami, ani nie pozostawiła cery oczyszczonej, ani nawet ładnie nie pachnie. Jedyne moje skojarzenie póki co po kilku stosowaniach to czerwona twarz (i nie chodzi tutaj o indiański pseudonim), a o wygląd mojej skóry po zdjęciu maski oraz niemiłosierny ból, który temu towarzyszy. Także jeśli macie sadomasochistyczne ciągoty, można spróbować, może u Was się sprawdzi, ale ja ogólnie jestem na nie i nie polecam. Jedyny plus, którego jestem w stanie się doszukać to niska cena, która niestety idzie w parze z jakością. A szkoda, bo wierzyłam, że w końcu znalazłam coś co poradzi sobie z moimi wągrami! 🙁

Jakbyście jednak chciały wypróbować na własnej skórze, do kupienia TUTAJ

I ostatnim produktem, który śmiało mogę nazwać największym rozczarowaniem ubiegłego miesiąca, jest kultowy krem Mizona z wydzieliną ślimaka. Oj ja naiwna, po tym wszystkim co przeczytałam na temat tego kremu w internecie, naprawdę myślałam, że ze ślimaczkiem się polubimy. Prawda okazała się bolesna i to dosłownie. Krem, który miał regenerować moją skórę najzwyczajniej w świecie wysusza (zastanawiam się czy któraś z Was miała podobny problem?). Wysusza do tego stopnia, że robią mi się suche placki na twarzy, które chyba nie muszę pisać, nie wyglądają zbyt dobrze, szczególnie pod warstwą podkładu, który się w tych miejscach zbiera i roluje. Zastanawiałam się czy to nie przypadkiem wina innego kosmetyku, który używam i który w połączeniu ze ślimakiem może dawać takie mało przyjemne rezultaty, ale szczerze mówiąc nie mam pojęcia kto mógłby być tym drugim ukrytym agentem! 😉 Niemniej dam mu jeszcze szansę i spróbuję zużyć go w innych kombinacjach, jeśli moja opinia na temat kultowego Mizona się zmieni to na pewno dam Wam znać! 🙂

Znajdziecie go TU

I to wszystko na dzisiaj! Mam nadzieję, że nowa forma ulubieńców przypadnie Wam do gustu! 🙂 Dajcie znać co u Was się ostatnio sprawdziło, a co kompletnie nie dało rady! Buziaki i do następnego!

Continue Reading

Kosmetyczni Ulubieńcy Stycznia!

Hej Kochani! Jak Wam niedziela mija? Mam nadzieje, że dokładnie tak jak sobie wymarzyliście. Jeśli natomiast pytacie o mój weekend… hmm cóż, błogie lenistwo to nie jest coś do czego jestem stworzona, dlatego przygotowałam dla Was wpis z kosmetycznymi ulubieńcami stycznia, z którym polecam Wam się zapoznać bo wraz z nowym rokiem w mojej kosmetyczce pojawiły się prawdziwe perełki.

Zaczynamy od pędzli, które dostałam w imieninowym prezencie i które są absolutnym must have osób, które kochają makijaż i piękne detale. Zoeva kolejny raz mnie nie zawiodła i stworzyła ,,narzędzia”, na które nie tylko się pięknie patrzy ale też z którymi cudownie pracuję. Zastanawiacie się pewnie dlaczego moje pędzle na zdjęciach nie noszą śladu użytkowania, a ja tu się nad nimi rozpływam w ochach i achach. Ha! Już wyjaśniam… 🙂 Nie jest to mój pierwszy kontakt z pędzlami Zoevy, więc podejrzewając, że trafią one do zestawienia ulubieńców, najpierw wykonałam zdjęcia, a dopiero później bez najmniejszych już skrupułów je wykorzystałam. Naprawdę polecam! Można kupić pojedyncze sztuki, bądź cały zestaw w skład którego wchodzi też piękna kosmetyczka do ich przechowywania.

Znajdziecie je TUTAJ

Drugi ulubieniec to podkład dość nowej na polskim rynku marki Milani. Pełna nazwa podkładu to Conceal + Perfect 2-IN-1 Foundation + Concealer w odcieniu O1 CREAMY VANILLA. Uff jakoś przebrnęliśmy przez tego łamańca językowego… 😉 I teraz pytanie co o nim sądzę? Domyślacie się pewnie, że skoro znalazł się on wśród ulubieńców to przypadł mi do gustu, ale czy równie mocno jak mój święty Graal wśród pudrów czyli Kryolan Ultra Foundation? Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że tak. Jest on trochę lżejszy niż Ultra Foundation, ale równie świetnie radzi sobie z kryciem (przy nałożeniu dodatkowych warstw) , minusem i plusem jednocześnie jest odcień, który bez ogródek jest po prostu żółty. Mi to akurat odpowiada, ale dziewczyny, które nie przepadają, za żółtym odcieniem powinny się od niego trzymać z daleka. Produkt z założenia ma pełnić funkcję podkładu i korektora i tak też można go traktować. Wyrównuje koloryt, maskuje niedoskonałości i przypudrowany trzyma się bardzo długo. Nie używam go do krycia cieni pod oczami bo do „zadań specjalnych” mam inny korektor, także nie wiem jak sprawdziłby się w tej roli. 🙂 Stosowałyście? Jeśli tak dajcie znać w komentarzach jak się sprawdził. Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii.

Znajdziecie go TUTAJ

Kolejnym ulubieńcem, tym razem już z pielęgnacji jest Mincer Pharma, Vita C Infusion, witaminowe olejkowe serum, które u mnie sprawdza się świetnie. Dodaje kilka kropel do kremu, który nakładam na noc i muszę powiedzieć, że moja skóra naprawdę lubi ten wieczorny rytuał. Przy regularnym stosowaniu widać też, że jest ona bardziej napięta i „zdrowsza”, w końcu codziennie funduje jej zastrzyk witaminy C 🙂 Opinie na temat tego produktu są bardzo różne, dlatego radze wypróbować na własnej skórze. Bo to czy olejkowe serum się polubi z Waszą skórą to sprawa bardzo indywidualna, jak zresztą w przypadku większości kosmetyków do pielęgnacji! 😉 (Znajdziecie go w Rossmannie)

 I na koniec wracamy do firmy Zoeva. Tym razem zachwalać będę eyeliner. Do tej pory, kreskę robiłam brązowym cieniem bo opanowanie i znalezienie idealnego i prostego w obsłudze eyelinera wydawało mi się graniczyć z cudem. Aż trafiłam na ten okaz: Zoeva Calli Graphic Liquid Eyeliner- czyli czarny eyeliner w płynie o matowym wykończeniu to coś tak prostego w użytkowaniu jak przysłowiowa budowa cepa 🙂 Kreski czyli umiejętność, kóra wydawała mi si,ę nie do opanowania teraz same się malują na moich powiekach! Serio! Koniecznie wypróbujcie!

Znajdziecie go TUTAJ

I to już wszystko na dzisiaj! Dajcie znać jacy są Wasi kosmetyczni ulubieńcy minionego miesiąca. Chętnie wypróbuje na własnej skórze kolejne perełki. 🙂 Do następnego!

Continue Reading